Półfinałowy falstart hokeistów z Tychów i Sosnowca

Nasze drużyny rozpoczęły rywalizację o finał od porażek. Spotkanie w Tychach zakończyło się skandalem. Na lód wjechały budowlane taczki, kibice wykrzyczeli sędziemu, że jest złodziejem, a dyrektor klubu nazwał pracę arbitra kompromitacją.


Uff... to będzie gorący półfinał! Już pierwszy mecz pomiędzy GKS-em a Podhalem aż kipiał emocjami, których wystarczyłoby do obdzielenia kilku ligowych kolejek.

Tyszanie rozpoczęli w świetnym stylu. Dwie dobre szybkie akcje. Dwa mocne celne strzały i gospodarze cieszyli się z dwubramkowego prowadzenia. - Nas tak szybko się nie złamie! I co, że przegrywaliśmy dwoma golami? W ćwierćfinale Stoczniowiec prowadził już 2:0 w całej rywalizacji, a na koniec i tak byliśmy górą - przypominał Milan Baranyk, wczoraj kluczowy gracz Podhala.

Baranyk sunął po lodzie szybko niczym torpeda z zapalnikiem gotowym do oddania celnego strzału. Przymierzył aż trzy razy, a co gol to uderzenie było ładniejsze. - Nie pierwszy raz strzelam trzy gole w meczu. Nie powiem, to miłe - żartował.

- Klucz do sukcesu? Konsekwentna gra w obronie i wyczekiwanie na błędy rywala - mówił Milan Jancuska, szkoleniowiec drużyny gości. - Błędów było aż za dużo. Właściwie każdy gol dla Podhala to nasza wpadka. Sami zawiedliśmy szczególnie w drugiej tercji. Graliśmy wtedy dobrze, ale nieskutecznie, bo przecież okazji mieliśmy multum - smucił się Tomasz Wołkowicz, najlepszy w drużynie GKS-u.

Gdy nowotarżanie zdobyli czwartą bramkę i wyszli na dwubramkowe prowadzenie, przez trybuny przetoczył się jęk zawodu. Prezes Andrzej Skowroński zaczął nerwowo chodził wzdłuż bandy, dyrektor Karol Pawlik ukrył twarz w dłoniach.

Po chwili trafił jednak Artur Gwiżdż i nadzieja wróciła. Gdy tyszanie zbierali siły do decydującego uderzenia, do gry włączył się niestety sędzia Maciej Pachucki.

Arbiter z Gdańska puścił grę, pomimo że na lodzie leżał sfaulowany Grzegorz Piekarski. Pomyłka była niezwykle kosztowna, bo Podhale zaraz wyprowadziło skuteczną kontrę (tyszanie pochylali się wtedy nad kontuzjowanym kolegą). Kibice nie wytrzymali - na lód poleciały plastikowe butelki i słonecznik. Sędzia został zwymyślany od kanciarzy i złodziei. Przerwa trwała siedem minut. By wszystko wyczyścić, na lód wytoczono taczki, miotły, łopaty...

Na pomeczowej konferencji prasowej dyrektor Pawlik odważnie powiedział, co sądzi o pracy arbitra. - Kilka dni temu sędzia Pachucki otrzymał bardzo niskie noty za prowadzenie meczu w Oświęcimu. To ja się pytam, co robi w półfinale play-off? Dostał go w nagrodę!? Za to, co teraz mówię, pewnie zostanę zawieszony... ale jego praca to kompromitacja! Zresztą liniowi mylili się równie często. Po co w ogóle organizować rozgrywki, skoro gwiżdże się tylko w jedną stronę? Sędziowie chcą tylko więcej i więcej. Jako jedyni w całym PZHL-u mają płacone co do grosza. Pytam się za co? Kto ich ocenia? Rok temu Pan Karaś [szef wydziału sędziowskiego - przyp. red.] nie widział żadnego meczu. Ale jak ma widzieć, skoro mieszka w Siedlcach - pieklił się Pawlik.

Dziś w Tychach kolejny mecz. Początek o godzinie 18.

GKS Tychy 4 (2, 0,2 )

Podhale Nowy Targ 5 (1, 0, 4)

Bramki: 1:0 Garbocz - Sarnik (1.), 2:0 Wołkowicz - Parzyszek (7.), 2:1 Baranyk (14.), 2:2 Baranyk (45.), 2:3 Kacir - Różański (47.), 2:4 Baranyk - Voznik (47.), 3:4 Gwiżdż - Sarnik (52.), 3:5 Kacir - Różański (53.), 4:5 Wołkowicz - Parzyszek (59.)

GKS: Sobecki; Śmiełowski (2) - Gonera, Jakes (2) - Mejka, Sokół (2) - Piekarski; Bacul (2) - Parzyszek (10) - Wołkowicz, Sarnik - Garbocz - Proszkiewicz, Woźnica - Jakubik - Bagiński, Gawlina - Krzak - B. Matczak oraz Gwiżdż

Podhale: Rajski; Wilczek (2) - Sroka (2) , Dutka - Suur, Łabuz - Piotrowski, Galant - Pechodsky; Kacir (2 tech.) - Zapała (6) - Różański, Baranyk - Voznik - Podlipni (2), Malasiński - Biela (2) - Batkiewicz (2), Gruszka - Sulka - Łyszczarczyk.

Kary: 18-18. Widzów: 1500

Stan rywalizacji: 1:0 dla Podhala (gra się do czterech zwycięstw, kolejny mecz dziś w Tychach)



Zagłębiu też nie poszło

Sosnowiczanom w tym sezonie nawet raz nie udało się wygrać w Krakowie. Ostatnia porażka była wyjątkowo upokarzająca dla sosnowiczan, ponieważ przegrali aż 0:6. Jednak scenariusz pierwszego spotkania półfinałowego w niczym nie przypominał meczów z rundy zasadniczej. - Potwierdziło się, że play-off rządzi się swoimi prawami. Zagłębie to teraz dużo lepszy zespół - powiedział Leszek Laszkiewicz, napastnik Cracovii.

Zawrotne tempo od początku spotkania Pierwsi zaatakowali gospodarze, ale niespodziewanie to goście już w 5. min wyszli na prowadzenie. Po wzorowo wyprowadzonym kontrataku Teddy Da Costa zagrał do Vladimira Luki, a ten z bliskiej odległości nie dał szans Rafałowi Radziszewskiemu.

Po strzeleniu gola sosnowiczanie nie dążyli do zdobywania następnych, tylko skupili się na obronie dostępu do własnej bramki. Obrona gości zaczynała się już w tercji przeciwnika. Zawodnicy Zagłębia grali bardzo ofiarnie i z dużym poświęceniem, blokowali strzały krakowian nawet głowami.

Mimo agresywnej obrony sosnowiczan gospodarze dochodzili do sytuacji strzeleckich, ale albo pudłowali, albo krążek zatrzymywał świetnie spisujący się Tomasz Jaworski.

Najlepszą okazję w pierwszej tercji zmarnował Daniel Laszkiewicz, który nie trafił w krążek, stojąc metr od bramki Zagłębia.

Krakowianie przez 100 sekund grali w podwójnej przewadze, ale bramka gości była zaczarowana. Odczarował ją dopiero po półgodzinie gry Leszek Laszkiewicz.

Cracovia grała w podwójnym osłabieniu. Daniel Laszkiewicz odsiedział swoją karę, wjechał na lód i wyłożył krążek bratu, który umieścił go w prawym okienku bramki gości. - Dostałem świetne podanie, ta bramka to przede wszystkim zasługa Daniela. Wielkie słowa uznania dla brata za ten mecz. Zmagał się z grypą żołądkową, ledwo stał na nogach, w trakcie meczu poszedł się wyrzygać, a mimo to grał znakomicie - powiedział Leszek Laszkiewicz.

To był kluczowy moment spotkania, ponieważ po strzeleniu gola krakowianie grali coraz pewniej, a obrona Zagłębia nie była już taka szczelna i agresywna.

W trzeciej tercji dominacja gospodarzy została potwierdzona dwoma bramkami. Znowu w rolach głównych wystąpił młodszy z braci Laszkiewiczów.

Najpierw podał do brata, który idealnie wyłożył do Damiana Słabonia, a środkowy pierwszego ataku Cracovii po raz drugi pokonał Jaworskiego. To była najładniejsza akcja meczu, krążek wędrował między krakowskimi napastnikami jak po sznurku, a osłabieni goście nie potrafili go zatrzymać.

Leszek Laszkiewicz asystował drugi raz przy golu Jarosława Kuca, pozbawiającym Zagłębie szansy na korzystny wynik.

W końcowych fragmentach meczu sosnowiczanie grali przez kilkanaście sekund w podwójnej przewadze, ale krakowianie do końca skutecznie się bronili.

- W pierwszej tercji nie grzeszyliśmy skutecznością. Nigdy nie grało nam się łatwo z Zagłębiem, ale tym razem było wyjątkowo ciężko. Zrobiliśmy pierwszy krok w drodze do awansu do finału, ale czeka nas jeszcze trudna przeprawa. Zagłębie na pewno nie odpuści - podsumował Leszek Laszkiewicz.

Cracovia 3 (0, 1, 2)

Zagłębie Sosnowiec 1 (1, 0, 0)

Bramki: 0:1 Luka - Da Costa (5.), 1:1 L. Laszkiewicz - D. Laszkiewicz (30.), 2:1 Słaboń - D. Laszkiewicz - L. Laszkiewicz (47.), 3:1 Kuc - L. Laszkiewicz (51.).

Cracovia: Radziszewski - Csorich, Kuc, L. Laszkiewicz, Słaboń, D. Laszkiewicz - Burzil, Dulęba, Vercik, Pasiut, Drzewiecki - Noworyta, Kłys, Kmec, Mihalik, Hlouch - Marcińczak, Landowski, Piotrowski, Kowalówka, Witowski.

Sędziował: Przemysław Kępa; kary: 12-14; widzów: 1000

Adrian Grałek, Kraków