Sylwetka Nikołaja Tanasejczuka, asystenta Pogoni Ruda Śląska

Piłkę trzymał w rękach tuż po urodzeniu, a basketu uczył się w kazachskim stepie. Teraz pomaga rudzkiej Pogoni utrzymać się w ekstraklasie
Nikołaj Tanasejczuk do Nowego Bytomia trafił dość niespodziewanie. Niedługo przed rozpoczęciem sezonu trener Wojciech Krajewski zaangażował niewysokiego, ciemnowłosego koszykarza klubów z Pomorza jako swojego asystenta.

Trener Krajewski nie ma wątpliwości, że dokonał dobrego wyboru. O talentach swojego asystenta przekonał się przed kilku laty, gdy prowadził Noteć Inowrocław, a Tanasejczuk był czołowym graczem tamtej drużyny.

- Nikołaj walnie przyczynił się do utrzymania zespołu w ekstraklasie, choć nikt nie dawał nam wielkich szans. Podobnie jest teraz w Pogoni - mówi Krajewski. - Zauważyłem u Tanasejczuka walory, które powinien mieć dobry szkoleniowiec. Potrafił dotrzeć zarówno do partnerów z boiska, jak i zrozumieć zalecenia trenera.

Tanasejczuk: - Krajewski jest dla mnie jak guru. Jest świetnym szkoleniowcem. Obaj jesteśmy fanatykami kosza.

W stepie szerokim

Już w momencie narodzin było wiadomo, że Nikołaj będzie koszykarzem. Ojciec Konstanty, w którego żyłach płynęła polska krew, należał do trenerskiej czołówki Związku Radzieckiego w tamtym okresie. Był szkoleniowcem koszykarek Dynama Nowosybirsk. Drużyna z dalekiej Syberii zdominowała wtedy radzieckie i europejskie parkiety - kilka razy wywalczyła mistrzostwo ZSRR, dwa razy Puchar Ronchetti i raz Puchar Europy. Mama Irena, Rosjanka, o koszykówce też wiele wiedziała. Występowała w reprezentacji swego kraju podczas spartakiady, grała też w reprezentacji socjalistycznej republiki Mołdawii.

Nic dziwnego, że syn obowiązkowo musiał być koszykarzem - piłkę turlał niedługo po urodzeniu, potem dorastał i przyglądał się meczom i treningom swoich rodziców, wreszcie sam zaczął grać.

Urodził się w Ałma Acie leżącej u podnóża łańcucha górskiego Ałtau Zailijskiego, nad rzekami Wielką i Małą Ałmaatynką, stolicy socjalistycznej republiki kazachskiej. Dzieciństwo spędził jednak u dziadków w Karagandzie, na północnym wschodzie republiki.

Młody Nikołaj był bardzo ruchliwy, uwielbiał sport, nie koncentrował się na jednej dyscyplinie. Grał w siatkówkę, hokeja, piłkę ręczną. Był bramkarzem w drużynie futbolowej. W późniejszym okresie, już w Polsce, spodobał się nawet działaczom zespołu... rugby.

- Tęsknię za tamtym okresem. Nie za miejscem, ale właśnie za tamtymi latami. Myślę, że udało mi się przyjąć to, co wtedy było dobre, a złe rzeczy mnie ominęły - mówi koszykarz, który po raz ostatni odwiedził rodzinne strony przed dziesięciu laty.

Karierę koszykarską zaczynał od szkoły sportowej w Karagandzie, zaś pierwsze lata bardziej poważnego uprawiania basketu związane były z klubami wojskowymi - najpierw SKA Ałma Ata, a potem na Białorusi RTI Mińsk i SKS Mińsk.

Po odsłużeniu armii Nikołaj trafił na sam koniec świata, do zespołu z Nowosybirska. W miejscowym Lokomotiwie grał przez sześć lat. - Cały czas walczyliśmy o awans do radzieckiej ekstraklasy. Nigdy się to jednak nie udało - wspomina.

Człowiek od czarnej roboty

Jak to się stało, że ze środka Syberii Tanasejczuk dotarł do naszego kraju? - Ludzkie losy bywają zawiłe. Żona była w ciąży, a lekarze doradzili, by urodziła w lepszych warunkach - tłumaczy. - W jednym z polskich klubów miałem kolegę i to zdecydowało, że przeprowadziliśmy się do tego kraju. A może to polska krew, której kilkanaście procent płynie w moich żyłach, w odpowiednim momencie dała znać o sobie?

W każdym razie młode małżeństwo z Ałma Aty w 1992 roku wylądowało nad polskim morzem, w Kołobrzegu. Na świat przyszła córka Ania, zaś Nikołaj znalazł pracę w trzecioligowej Kotwicy. Założył też własną szkółkę, w której uczył miejscowe dzieci podstaw koszykówki.

Po sześciu latach spróbował swoich sił w polskiej ekstraklasie. Zadebiutował w Stargardzie Szczecińskim, gdzie rozegrał kilka spotkań. Po dwóch miesiącach zmienił jednak klub i stał się jednym z filarów beniaminka z Inowrocławia. - Ten okres w Noteci wspominam najmilej. To była superpaczka, grupa weteranów, którzy wiedzieli, o co chodzi w koszykówce, średnia pierwszej piątki wynosiła chyba około 35 lat. Rozumieliśmy się znakomicie, byliśmy przyjaciółmi i utrzymaliśmy się w lidze - opowiada.

W nowym sezonie kibice zobaczyli Tanasejczuka w Szczecinie - tym razem pomagał tamtejszemu PKK utrzymać się w lidze. Rozgrywki kończył ze złamaną ręką, a mimo to pojawiał się na parkiecie. - Wnosiłem coś do zespołu już tym tylko, że grałem - śmieje się.

Zawodniczą karierę kończył w wieku 41 lat w Starogardzie Gdańskim. Ostatnie miesiące w drugoligowym zespole znowu grał z kontuzją, z naderwanym mięśniem prawego przedudzia. Zawodnicy z podziwem spoglądali na starszego kolegę, żartowali nawet, że wystarczy mu trochę maści na kontuzjowaną nogę i gra jak zdrowy.

- Właściwie podczas całej kariery byłem takim człowiekiem od czarnej roboty. W cieniu gwiazd zespołów robiłem rzeczy mniej zauważalne, ale także bardzo potrzebne drużynie. Interesowało mnie to, by przechwycić piłkę, zebrać ją, zablokować. Punkty nie są najważniejsze - tłumaczy.

Pieluchy na parkiecie

Sportowcem jest też żona Tanasejczuka. Kibice siatkówki znają ją bardzo dobrze - nazywa się Irina Archangielska, jest jedną z najlepszych rozgrywających w naszej siatkarskiej ekstraklasie. Ma na koncie brązowy medal mistrzostw kraju z okresu gry w Pałacu Bydgoszcz oraz dwa złote zdobyte z Naftą Piła. Pani Irina od dziecka marzyła, by zobaczyć Amerykę. Niedawno pragnienie się spełniło, bo otrzymała nasze obywatelstwo, niedługo później powołanie do biało-czerwonej reprezentacji, a wraz z nią wyjechała do Stanów Zjednoczonych.

Córka Ania jest oczkiem w głowie rodziców. - Przez pewien czas, gdy żona przebywała na jakichś turniejach i zgrupowaniach, ja byłem dla Ani ojcem i matką jednocześnie - uśmiecha się Tanasejczuk. - Brałem ją nieraz na treningi, leżała w wózku, aż tu nagle zawodnicy krzyczą: "Panie trenerze, Ania zrobiła kupę!". No i rzucałem piłkę i biegłem ją przewijać.

Ania ma obecnie dziewięć lat. Od niedawna rodzice mogą spokojnie zajmować się sportem, bo małą zajmuje się babcia, która przyjechała z Rosji. Dzięki temu wnuczka może podszkolić się w języku rosyjskim, bo polski zna doskonale.

Jak guru

Nikt chyba by nie zgadł, gdzie Tanasejczuk po raz pierwszy spotkał się z trenerem Krajewskim. - To było w Indiach, a dokładnie w Delhi - wyjaśnia. W 1988 roku w tym kraju odbywały się mistrzostwa świata koszykarzy kolejarzy. Tanasejczuk przyjechał tam ze swoim Lokomotiwem Nowosybirsk, a Krajewski dotarł tam z naszym "Kolejorzem", czyli Lechem Poznań. Oba zespoły spotkały się w finale tej imprezy. - Wygraliśmy bardzo pewnie, a do tamtego meczu i egzotycznego wyjazdu często wracam we wspomnieniach - mówi Nikołaj.

Jego trenerskie motto brzmi: "Porządek bije klasę". - To znaczy, że jeśli ma się sumienny zespół, złożony z rzetelnych graczy, którzy stosują się do zaleceń trenera, to można pokonać nawet drużynę największych gwiazd - przekonuje do swojej koncepcji Tanasejczuk.