Kto będzie nowym prezesem PZPN i dlaczego Listkiewicz

Niedzielny zjazd PZPN znów wywołał nieśmiertelny od roku (pamiętacie zapewnienia kuratora, że najdalej w marcu 2007 będą wybory?) temat zmiany prezesa w związku. Wybitnie proceduralne zgromadzenie miało przegłosować pakiet poprawek do statutu i gdyby nie wywołana przez Ekstraklasę SA dyskusja o abolicji, przeszłoby zupełnie bez echa.
Marcinkiewicz prezesem PZPN? Nie rozśmieszajcie mnie, bo mam zajady - Blog

Ale przecież nie wszyscy wykazują brak czujności... Już kilka dni wcześniej Ryszard Czarnecki rozsyłał po redakcjach zaproszenia na swoje konferencje prasowe podpisane nie tylko "europoseł", ale i "kandydat na prezesa PZPN", na sali obrad Tomasz Jagodziński dziwnie często wstawał i się rozglądał, a Grzegorz Lato cierpliwie wypowiadał się do każdego podstawionego mikrofonu. Z kolei wczoraj Henryk Kasperczak udzielił jednej z gazet wywiadu, w którym stwierdził, że znaleźliby się tacy, którzy swój głos oddaliby właśnie jemu.

Panowie, nie łudźcie się. Mimo że zjazd przegłosował również zmianę zasad wybierania prezesa PZPN (w skrócie - może być teraz aż dziewięciu kandydatów), wasze zaklinanie rzeczywistości nic nie pomoże. Jeśli tylko Michał Listkiewicz zdecyduje się kandydować - wygra w cuglach. I będzie zajmował prezesowski fotel jeszcze pięć lat. Oczywiście rzecz wyłącznie w wymiarze administracyjnym, bo o korzyściach dla polskiego futbolu w żadnym przypadku nie ma co mówić. Nawet przysłowie o stryjku nie pasuje, gdyby ktokolwiek z wymienionych został nowym szefem PZPN. Bo z Czarneckiego, Jagodzińskiego, Laty czy Kasperczaka takie same kijki jak z Listkiewicza siekierka... Ale cóż, apel o konieczności znalezienia sprawnego menedżera od lat trafia między głuchych.

Kokieteryjnie odmawiający jednoznacznego stwierdzenia, czy wciąż chce być prezesem, Listkiewicz ma - poza społeczeństwem, ale to akurat ani jego, ani nikogo w piłkarskim środowisku nie obchodzi - poparcie równie wielkie co wieloźródłowe. Umie się obracać w wielkim świecie i za granicą naprawdę postrzegany jest jak Mesjasz polskiego futbolu. Obecny na zjeździe prezes ukraińskiej federacji Hryhorij Surkis przestrzegał delegatów przed "zmianą koni w trakcie przeprawy", stwierdzając, że nie wyobraża sobie, by Euro 2012 organizowane było bez Michała Listkiewicza.

Dalej, prezes potrafił też okręcić sobie wokół palca nową władzę. Mirosław Drzewiecki już w listopadzie ubiegłego roku, dziesięć dni po objęciu funkcji ministra sportu (!), uznał za stosowne przyjść na nic nieznaczące obrady zarządu PZPN, na których publicznie i imiennie podziękował Listkiewiczowi za "olbrzymie sukcesy sportowe i organizacyjne w ostatnich latach". Na niedzielnym zjeździe też zresztą był i rzucił z mównicy kolejną porcję lukru ("nie będzie Euro 2012 bez was")...

Listkiewicz wciąż sprawuje wręcz niewyobrażalny rząd dusz nad tłumem delegatów - a więc tymi, którzy będą głosować w wyborach. Kiedy kilku z nich ostro zaprotestowało przeciw abolicyjnej propozycji Ekstraklasy SA, wystarczyło, że Listkiewicz wypowiedział dosłownie kilka pojednawczych zdań (inna sprawa, że natychmiast znalazł rozsądne rozwiązanie) i po chwili za jego propozycją zagłosowało 116 delegatów. Ilu się wstrzymało? Jeden. Ilu było przeciw? Nikt...

Nawet samo przesunięcie wyborów na jesień tego roku było tyleż bezczelne, co świadczące o tym, że Listkiewiczowi nikt krzywdy nie zrobi. Bez jakiegokolwiek skrępowania argumentowano głośno, że lepiej niech wybory na prezesa odbędą się jesienią 2008, bo w takim razie następne przypadną na czas już po organizowanych przez Polskę mistrzostwach Europy. A kto jest jedynym zdolnym poprowadzić nasz futbol do finałów 2012? No kto?

A co z tego wszystkiego może mieć polski kibic umęczony latami oglądania ustawionych meczów? Myślicie, że kogoś w PZPN to interesuje?

Jak PZPN biletami dzieli

Kto ma dość karania za korupcję?