Sport.pl

Historii chorzowskiej omegi cd.

W sobotniej "Gazecie" napisaliśmy, że w Chorzowie znalazły się osoby, które twierdzą, że słynna omega działała także podczas okupacji. To wywołało wielkie poruszenie...
Historia omegi, którą opisaliśmy w sobotniej "Gazecie", wywołała duże poruszenie. W Chorzowie są osoby, które twierdzą, że słynny przedwojenny zegar działał na stadionie Ruchu także podczas okupacji, m.in. Henryk Komander, chorzowski radny (rocznik 1936), który podczas wojny kibicował na stadionie przy ul. Cichej swojemu ojcu Alojzemu, bramkarzowi BSV.

Komander twierdzi, że zegar prawdopodobnie został schowany dopiero z wejściem do Chorzowa wojsk radzieckich, a nie niemieckich.

Zegarem opiekował się Augustyn Ferda, znany chorzowski zegarmistrz (swój zakład miał przy ul. Pocztowej w Chorzowie Batorym), a zarazem gospodarz obiektu. Słowa Komandera zabolały rodzinę Ferdy, która opiekuje się zegarem do dziś!

Z naszą redakcją skontaktował się Eugeniusz Gryszczyk. - Augustyn Ferda był bratem mojej matki. Boli mnie, że są osoby, które szargają jego pamięć. Urodziłem się w 1931 roku, w czasie wojny byłem już nastolatkiem i wiem, jaka była prawda. Pamiętam jak wuj wyciągnął zegar spod węgla, pod którym ukrył go przed Niemcami. Pamiętam jak go czyścił. Każdy, kto twierdzi inaczej, jest w wielkim błędzie - podkreśla Gryszczyk, którego rodzina jest związana z niebieskimi barwami od początku istnienia chorzowskiego klubu. - Mój ojciec, Jan, był jednym z założycieli Ruchu, jego skarbnikiem. Dla naszej rodziny Ruch był zawsze bardzo ważny. Podobnie jak historia omegi. To nasza perełka i powód do dumy - dodaje.

Z naszą redakcją skontaktował się też Teodor Peczka (rocznik 1936), którego ojciec Franciszek (rocznik 1880) pracował na stadionie Ruchu podczas wojny. - Podczas wojny na stadionie rzeczywiście chodził zegar, ale to już wcale nie była omega. Miałem wtedy sześć, siedem lat, ale wiele zapamiętałem. Z tyłu trybuny stała artyleria przeciwlotnicza, a na jej piętrze były koszary. Wiem też, że na stadionie był zegar. Wstyd, nie wstyd, ale dobrze - powiem... Gdy Niemcy uciekali z Chorzowa, a na Śląsk wkroczyli Rosjanie, mój ojciec ten drugi zegar ukradł. Przyniósł go do domu w ciemnej skrzynce z żelazną rączką. Mieszkaliśmy wtedy przy ul. Hajduckiej, wokół było dość zakamarków, żeby ją dobrze schować. Po wojnie mój ojciec wrócił do pracy, ale tym razem już na chorzowskim AKS-ie. Skradziony zegar pewnie leżał mu na sumieniu, bo pewnego dnia przyniósł go do domu, kazał matce umyć skrzynkę i z tego, co wiem, to odniósł na Ruch... Tak więc Niemcy mogli podczas wojny używać zegara, ale czy to była Doxa, Patek czy inna cholera, tego już nie wiem... - kończy Teodor Peczka.