Sport.pl

Tak rodzą się nowe Złotka

Polskie siatkarki zrobiły krok do Pekinu, wygrywając pierwszy mecz olimpijskich kwalifikacji z Holandią 3:1. Z charakterem i w atmosferze, jakiej w drużynie nie było od lat. - W takim stylu możemy awansować na igrzyska już teraz - zapowiedziała bohaterka meczu Anna Barańska
- Spokojnie, spokojnie, piłka za piłką - opowiadał po ostatniej piłce trener Marco Bonitta. Jego zdaniem to był klucz do wygranej w pierwszym meczu kwalifikacyjnego turnieju w Halle. Mówił po polsku, bo zapowiedział, że jeśli uda mu się awansować na igrzyska, nie będzie już na co dzień używał włoskiego. W trakcie meczu mówił bez przerwy. I grał razem z drużyną, imitując w każdej akcji atak bądź wyskok do bloku.

- Siatkówka jest niesprawiedliwa, a systemy nią rządzące nie mają nic wspólnego ze sportem - biadolili za to holenderscy dziennikarze, podkreślając, że nigdzie indziej nie znajdzie się kontynentalnych kwalifikacji olimpijskich, w których o jedno miejsce walczą mistrzynie świata (Rosja), trzecia drużyna globu (Serbia) oraz zwyciężczynie ostatniej edycji World Grand Prix (Holandia). Nikt nie zapomniał też o dwóch kolejnych mistrzostwach Europy Polek.

Ze wszystkich faworytów w najgorszej sytuacji są Holenderki. Jeśli nie wygrają w Halle, do Pekinu nie pojadą, bo ze względu na słabe miejsce w rankingu FIVB nie mają szans na udział w turnieju interkontynentalnym. To dlatego wszystko w tym kraju podporządkowane jest igrzyskom. Charyzmatyczny trener Avital Selinger zażądał, by siatkarki grały w jednym klubie. W lidze nie mają konkurencji, ale nikt nie zwraca uwagi na wyniki, chodzi tylko o to, by siatkarki były ciągle razem, a w głowach miały jedynie Pekin.

Górą był Bonitta, który o igrzyskach tylko marzy. Holenderski trener wie, że na nie pojedzie, bo przed przyjazdem do Halle kolejny raz stwierdził, że ma najlepszą drużynę na świecie. Jej tajną bronią miała być środkowa Francien Huurman, która wróciła do reprezentacji po dwóch latach walki z rakiem. Jej historia od kilku miesięcy jest na czołówkach holenderskich gazet, bohaterkę próbowała z niej zrobić także rozgrywająca Kim Staelens, rzucając do niej i do drugiej środkowej wiele piłek. Robiła to jednak fatalnie, a w przerwie po pierwszym secie pomstowały na nią niemal wszystkie koleżanki.

Polki też grały środkiem, ale o niebo lepiej, przede wszystkim pewniej. Eleonora Dziękiewicz i Katarzyna Gajgał zdobyły w sumie 24 pkt, więcej nawet od atakującej Katarzyny Skowrońskiej. Biało-czerwone nie popełniały też aż tak wielu błędów, w pierwszym secie ani razu nie dały się zatrzymać holenderskiemu blokowi. Oczy wszystkich, zwłaszcza holenderskiego trenera, skierowane były na polskie debiutantki w drużynie Bonitty - Annę Barańską i Katarzynę Gajgał. Coś, co miało być słabością, stało się atutem, bo cała analiza Holendrów oparta była m.in. na Dorocie Świeniewicz, której polski selekcjoner do Halle nie zabrał, i Marii Liktoras obserwującej mecz z ławki. Obie debiutantki grały, jakby kadra była dla nich codziennością, a mecze o wielką stawkę rozgrywały co sobotę. Barańska ze swobodą serwowała piekielnie mocno, Gajgał była na tyle pewna, że rozgrywająca mogła wystawiać jej wiele piłek.

- Kiedy wychodzę na luzie, nie jestem niepotrzebnie spięta, gra mi się o wiele lepiej - mówiła później "Gazecie" Barańska. - Nie czułam żadnej tremy, bardzo pomogły mi dziewczyny. Wbrew pozorom ma to olbrzymie znaczenie, kiedy koleżanki poklepują mnie po plecach, krzyczą, mówią, że wszystko było w porządku. Z taką atmosferą awans do Pekinu już stąd jest naprawdę możliwy - stwierdziła.

O Barańskiej mówił bez przerwy trener Holenderek. Podkreślał, że jej zagrywka zniszczyła jego zespół. Niemal w każdym zdaniu padała jedenastka, z którą przyjmująca gra na koszulce.

To, jak kobiety potrafią zmienić się z minuty na minutę, pokazały kolejne sety, które były dla Polek niezwykłą lekcją charakteru. Tak przecież rodziła się drużyna trenera Andrzeja Niemczyka - wygrywała mecze już przegrane. Drugi set miał najdramatyczniejszy przebieg, bo Polki prowadziły 10:6, a później - po serii nieskończonych ataków - były o włos od porażki (21:23). Wtedy Bonitta wziął czas, spojrzał zawodniczkom w oczy, praktycznie nic nie mówiąc. Jego siatkarki odrobiły straty i mimo dwóch setboli dla Holenderek wygrały 30:28.

O trzecim secie, przegranym z kretesem, polski zespół zapomniał zaraz po jego zakończeniu. Nie było jak dawniej, kiedy Polki zwieszały głowy i pogrążały się z każdą następną piłką. Bonitta wciąż grał razem z drużyną. Znów po polsku krzyczał: "Graj, graj, palce, głowa, Milena, co jest!" [to do Sadurek]. Zdarzyło mu się też zakląć. Szalały także rezerwowe - Karolina Ciaszkiewicz, Katarzyna Skorupa i Liktoras po każdej wygranej piłce skakały z radości wyżej niż do bloku. Ta ostatnia zapomniała chyba nawet o kontuzjowanym kolanie.

Tak szczęśliwych polskich siatkarek dawno nie widziano. Na nieschodzące z twarzy uśmiechy, na niesamowitą chemię w zespole zwrócili nawet uwagę szkoleniowcy innych drużyn, którzy obserwowali spotkanie. Relacje nie były udawane, a wiarą w siebie Polki emanowały na każdym kroku. Pytane po meczu, czy rodzą się nowe Złotka, już nie zaprzeczały jak dawniej, tylko nieśmiało rzucały: "może"...