Błysk wrócił. Tylko na jeden dzień

Po pięknej sobocie, kiedy Adam Małysz skakał jak za dawnych miesięcy i lat, przyszła rozczarowująca niedziela. W konkursie w Oberstdorfie Polak był tłem dla innych. Turniej Czterech Skoczni wydaje się być wewnętrzną sprawą Austriaków, w niedzielę wygrał rewelacyjny Thomas Morgenstern przed Gregorem Schlierenzauerem i Finem Janne Ahonenem
Wyniki konkursu w Oberstdorfie

Klasyfikacja generalna Pucharu Świata

- Cały czas kręciłem się wśród najlepszych. Zawsze jednak czegoś mi brakowało. Teraz wierzę, że wreszcie zrobiłem duży krok w kierunku światowej czołówki - obiecywał chyba bardziej sobie niż dziennikarzom Małysz po sobotnich kwalifikacjach w których zajął trzecie miejsce. Wygrał Thomas Morgenstern (136 m). Austriak otrzymał wyższe noty, choć wylądował o metr bliżej niż Polak i zachwiało nim na zeskoku jak osiką podczas huraganu. - Nie spodziewałem się zwycięstwa, lądowanie nie było najlepsze - przyznał lider PŚ w jednej z austriackich gazet.

Małysz nie wydawał się zdziwiony wysokimi notami dla rywala. - Ten, co skacze najlepiej i najdalej zawsze jest oceniany łagodniej - mówił Małysz. - Sędziowie przymykają oczy na drobne błędy. Tak było ze mną w lutym i marcu, kiedy traktowali mnie ulgowo. Dziś źle wylądowałem, markowałem telemark, ale słusznie odjęto mi punkty. Moc wraca, popełniam błędy na progu, ale staję się bardziej lotny - cieszył się mimo wszystko Małysz. I miał powody - bo każdy z jego sobotnich skoków był efektowniejszy od poprzedniego. Optymizm i nadzieja, po nieudanym początku sezonu wracała. Od listopada Adam ani razu nie skoczył tak znakomicie, tak równo i za każdym razem tak daleko. Wydawało się, że parę dni odpoczynku - od 24 do 28 grudnia, kiedy miał tylko jeden trening siłowy - przyniosły efekt.

Jak się na razie okazało - na jeden dzień. Nadzieja, tak jak błyskiem wróciła, tak - lotem błyskawicy - odfrunęła. Bo Małysz w niedzielę nie był błyskawicą, tylko bombą z opóźnionym zapłonem. Kiedy w serii treningowej uzyskał 118,5 m, zastanawialiśmy się, kiedy zafałszowana została rzeczywistość. Gdy było pięknie, czyli w sobotę, czy kiedy było beznadziejnie - czyli w niedzielę. Minęła godzina niedzielnych zawodów i już było jasne - Małysza nie stać na piękne skoki przez dwa dni z rzędu. W konkursach wciąż jest zawodnikiem na pograniczu pierwszej i drugiej dziesiątki. W niedzielę zajął 17. miejsce - najgorsze w tym sezonie i wypadł z pierwszej dziesiątki PŚ.

Rozmawialiśmy w trakcie drugiej serii, kiedy skakało czterech najlepszych zawodników i trwała pasjonująca walka o zwycięstwo - szyki Austriakom próbował pokrzyżować Fin Janne Ahonen. Gęsty śnieg przestał sypać, wiatr się uspokoił. Małysz stał z nami zagubiony i bezradny jak jego skoki. Kiedy "Morgi" osiągnął 141,5 m z żalem pokręcił głową i rozłożył ręce. - Powinienem tam teraz być z nimi. Warunki są idealne - mówił. Ale widać było po nim kompletną bezradność i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: "dlaczego było tak źle, skoro mogło być tak dobrze?" - Zepsułem oba skoki. Nie było siły i mocy w nogach. Nie wiem, dlaczego. Nie czułem się tak dobrze, tak świeżo, jak w sobotę. Rano poszliśmy trenować do hali i zamiast pograć w siatkówkę, była piłka nożna. Forma i wszystko czego mi trzeba, jest w głowie. W sobotę to uwolniłem, w niedzielę nie. Mam nadzieję, że w Ga-Pa będzie lepiej, że wróci do mnie to, co tu pokazywałem w sobotę.

Forma może Małyszowi wrócić, wszyscy zastanawiają się tylko kiedy. Wydaje się, że to jednak raczej kwestia tygodni niż dni. Do Garmisch-Partenkirchen, zamiast - jak Austriacy - w szampańsko-sylwestrowych nastrojach jedziemy - tak jak i skoczkowie - niepewni tego, co przyniosą najbliższe godziny.

Stoch 22

Kamil Stoch stracił do Małysza 13,6 pkt. i zajął 22. miejsce w Oberstdorfie. - Z miejsca nie jestem zadowolony, ale z drugiego, ostatniego w tym roku konkursowego skoku tak - powiedział po zawodach 20-latek z Zębu. - W pierwszej serii zjadły mnie nerwy, za bardzo się "napaliłem". Dopiero w drugim skoczułem normalnie. Trochę spóźniłem, ale oceniam go dobrze. Forma jest, muszę ją tylko doszlifować.

O co się walczy w 56. TCS?

Główną nagrodą jest czerwone subaru impreza 2.0 Active warte 22 tysiące euro. Ma dwulitrowy silnik o mocy 150 KM, do prędkości 100 km/h rozpędza się w niecałe dziesięć sekund. Maksymalna prędkość - 193 km/h, pali średnio 8,4 l na 100 km. Piękne auto stoi na specjalnym podium, tuż przy zeskoku każdej ze skoczni. Faworyci turnieju tęsknym wzrokiem spoglądają w jego kierunku. - Ja jeszcze nie patrzę, na razie zależy mi na równym, dobrym skakaniu - mówił po kwalifikacjach w Oberstdorfie Adam Małysz. Kiedy w sezonie 2000/01 Polak wygrał TCS, dostał w nagrodę audi A4, które niedługo później sprzedał innemu skoczkowi - Tomisławowi Tajnerowi. Syn obecnego prezesa Polskiego Związku Narciarskiego rozbił samochód dwa lata temu.

Drugą nagrodą tegorocznego TCS jest piękny, ręcznie wykonany, kryształowy puchar. Mierzy 45 cm, waży sześć kilogramów i jest pokryty diamentową otoczką oraz 24-karatowym złotem. Do tego jeden ze sponsorów TCS dokłada dla zwycięzcy wart aż 15 tysięcy euro hotelowy voucher.

Nowa skocznia w Nowy Rok

We wtorek na nowiutkiej, jeszcze lśniącej od czystości skoczni Olimpijskiej w Garmisch-Partenkirchen odbędzie się drugi konkurs TCS. 14 kwietnia 2007 roku Ga-Pa wstrząsnął potężny wybuch. Runęła 57-letnia historia miasta, czyli pierwsza w Europie cała stalowa skocznia narciarska. Zbudowano ją (najpierw z drewna) w 1922 roku, w 1935 po raz pierwszy została gruntownie przebudowana - wszystko po to, by następnego roku odbył się na niej konkurs olimpijski. W 1950 roku nastąpiła kolejna modernizacja - powstał obiekt stalowy. Razem z nią do historii przejdzie skok Adama Małysza z pierwszego stycznia 2001 roku. Polski orzeł pofrunął w kwalifikacjach na 129 metr. Dalej nie skoczył na niej już nikt nigdy. Małysz na zawsze pozostanie jej rekordzistą.

Nowy obiekt jest większy i nowocześniejszy. Postawiono go w... dziesięć miesięcy za niespełna 15 milionów euro. Można na nim skakać i 150 m. Na razie rekordzistą jest Martin Schmitt - 133,5 m w niedawnym Pucharze Kontynentalnym. Podczas treningów o metr dalej poleciał Norweg Andreas Vilberg, ale jego skok nie był oceniany i nie liczy się jako rekord. We wspomnianym PK startował Marcin Bachleda - zajął siódme i 13. miejsce. - Mówił nam, że jest podobna do tej w Klingenthal - opowiadał Stoch. - Tory są zlodzone, identyczne jak w Trondheim. Łatwa nie jest, ale jedziemy skakać.

Kofler upadł, ale wstał!

W trakcie pierwszej serii paskudnie wyglądający upadek miał jeden z najlepszych austriackich skoczków - Andreas Kofler. 23-latek z Innsbrucka wylądował na 126 metrze i zahaczył prawą nartą o lewą. Stracił równowagę i runął na zeskok, obie nogi wygięło mu we wszystkie strony i, jakby nie dość było nieszczęścia, całym impetem runął w drewnianą bandę. Załamany trener Austriaków Alexander Pointner ukrył twarz w dłoniach. Koflera zwieziono z zeskoku i natychmiast trafił do szpitala. Nie stracił przytomności - uniósł usztywnioną głowę i pozdrowił publiczność. - Zerwał więzadła w lewym kolanie - brzmiała pierwsza diagnoza Pointnera wygłoszona niedługo po wypadku.

Dwie godziny po zawodach trener Austriaków powiedział: - Andy natychmiast pojechał do szpitala, okazało się że wszystko jest w porządku. Robimy wszystko, żeby wystartował we wtorek w Ga-Pa! Miał ogromne szczęście, ale szybko wrócił na skocznię. I razem ze mną, na wieży trenerskiej, oglądał skoki najlepszej dziesiątki konkursu.