Lech rok po roku

Sezon 1976/1977
Od powrotu do ekstraklasy w 1972 r. Lech nie spełniał oczekiwań kibiców. Dysproporcja między wielkim zainteresowaniem a tym, co pokazywał "Kolejorz", była ogromna. W wielkich sukcesach polskiej piłki w latach 70. lechici właściwie nie brali udziału. Prawda dla rzeszy poznańskich kibiców była w latach 70. bardzo smutna - Lech się po prostu nie liczył, a Poznań na mapie piłkarskiej Polski miał znaczenie tylko pod względem potencjału drzemiącego tu w kibicach.

Jak się jednak okazało, Lech lat 70. wcale nie był skazany na przeciętność. Wkrótce było z nim... jeszcze gorzej.

Wydawało się, że po zapaści z sezonu 1975/1976 do kolejnego Lech przygotuje się lepiej. Drużynę wzmocniło kilku naprawdę dobrych graczy - Mirosław Justek, Jerzy Kasalik, Romuald Chojnacki czy Piotr Grobelny. W Lechu pojawiło się wreszcie trochę pieniędzy, zaczęły krążyć pogłoski, że ten zespół może powalczyć o puchary.

Tym większe było rozczarowanie z późniejszych wyników. Jesień 1976 r. była fatalna - Lech przegrał 1:4 z Wisłą Kraków, 1:4 z Ruchem Chorzów, został wreszcie rozbity w pył w Poznaniu przez mistrza kraju, Stal Mielec aż 1:5. Panika była tak wielka, że zaczęło dochodzić do rzeczy wówczas rzadko spotykanej - dramatycznych spotkań kibiców z władzami klubu. Podczas jednego z takich spotkań historia zapisała dramatyczne wystąpienie jednego z fanów. Wstał i stwierdził, że jedyne, co można zrobić, by uratować Lecha przed spadkiem i zupełną katastrofą, to rzucić się na kolana i modlić o cud.

Ten cud się zdarzył. Do dziś sezon 1976/1977 uważany jest za najbardziej niesamowity w dziejach klubu i obrósł wręcz mityczną legendą, związaną właściwie z jednym człowiekiem - Jerzym Kopą. Ten bardzo młody wtedy trener objął zespół podczas przerwy na mecze reprezentacji w październiku 1976 r. Zabrał go na zgrupowanie w Błażejewku, gdzie dokonała się cudowna przemiana, nazwana potem "cudem w Błażejewku". - Musieliśmy nadrobić zaległości w przygotowaniu fizycznym i podreperować psychikę - mówił potem Kopa.

Efekty jego pracy nie były od razu widoczne. Lech wygrał co prawda 4:0 z głównym rywalem ROW Rybnik w jednym z najbardziej niesamowitych meczów w historii. Toczył się on bowiem w listopadzie, w gęstej mgle. Tak gęstej, że dziennikarze relacje z meczu opatrywali wzmianką "prawdopodobnie tak było". Dzięki tej wygranej lechici po rundzie jesiennej nie byli na ostatnim miejscu - to okupował GKS Tychy. "Kolejorz" zajmował miejsce przedostatnie. Niestety, z ligi spadały dwie ekipy.

Przyszły następne klęski, w tym pamiętna 1:7 z Odrą Opole czy 1:4 w Zabrzu. Na dwie kolejki przed końcem rozgrywek Lech nie miał już wyjścia - potrzebował punktów w wyjazdowym starciu z ROW Rybnik (a trzeba pamiętać, że przez cały sezon lechici nie wygrali na wyjeździe z nikim). To nie wszystko, "Kolejorz" musiał jeszcze ograć u siebie lidera - Śląsk Wrocław. Nie koniec na tym - nawet przy takich wynikach Lech mógł jedynie liczyć na korzystny obrót w innych starciach ligowych.

Lechici wygrali w Rybniku 3:1, a kroczący po pierwsze mistrzostwo Polski Śląsk Wrocław ograli 2:0. Zbawcą lechitów okazał się ŁKS Łódź - zespół środka tabeli, który ograł walczący z lechitami o byt GKS Tychy 3:1. W efekcie to tychowianie i gracze ROW Rybnik opuścili ekstraklasę. Lech pozostał w niej jeszcze na 23 lata.

Wiosną 1977 r. rozegrano w Polsce dziwadło zwane Pucharem Ligi. Rozgrywki cieszyły się - tak jak dziś - niemal zerowym zainteresowaniem widzów, choć wtedy miały jeszcze jakiś sens. Zwycięzca kwalifikował się bowiem do Pucharu UEFA. W sezonie 1977/1978 Polska zyskała nieoczekiwanie dodatkowe, trzecie miejsce w tych rozgrywkach. Tego trzeciego wyłaniano poprzez Puchar Ligi, który wygrała ostatecznie Odra Opole. Pokonała ona w półfinale Lecha w niecodziennym, hokejowym stosunku 7:4, a katem "Kolejorza" okazał się wtedy Józef Kloze - pisany wtedy przez "z" ojciec dzisiejszej gwiazdy niemieckiej reprezentacji, Miroslava Klose.