Udane zakończenie roku Wisły

Wisła po raz drugi w tym sezonie pokonała obrońcę tytułu. Lubinianie zagrali jednak bez respektu i do sukcesu zabrakło im kilku minut. Paweł Brożek i Marek Zieńczuk do spółki z Kamilem Kosowskim nie po raz pierwszy w tym sezonie rozstrzelali przeciwnika jak pluton egzekucyjny. Manuel Arboleda był w Zagłębiu tylko jeden.
Przy okazji meczów tych drużyn jakiekolwiek opieranie się na statystykach traci sens. Co sześć miesięcy po obu stronach barykady wszystko staje na głowie. Przed rokiem, kiedy w Krakowie wciąż poważnie myślano o tytule, a w Lubinie składali w jedną całość to, co w parę tygodni rozbił Edward Klejndinst, padł bezbramkowy remis. Podobnie jak na wiosnę, z tym, że wtedy Wisła lizała rany po porażce z Odrą, a sezon spisała już na straty. Podopieczni Czesława Michniewicza do meczu na Reymonta wygrali cztery razy z rzędu. Z Wisłą zagrali sparaliżowani magią nazwy, a dla innych zespołów środka tabeli takiej litości nie mieli. Pojawiły się nawet głosy, że gdyby Zagłębie przegrało wyścig o mistrzostwo kraju, to na pewno przez te dwa stracone w Krakowie punkty.

Po powrocie ze zwycięskiego turnieju w Chicago na swoje pierwsze spotkanie Wisła jechała do Lubina, miasta mistrzów. Eksperci pytani o wynik wzruszali ramionami i z przepraszającym uśmiechem rozkładali ręce. Ale gdy napędzany dynamicznymi Kamilem Kosowskim i Andrzejem Niedzielanem krakowski walec przejechał się po obrońcy tytułu, przecierali oczy ze zdumienia. Po raz pierwszy od dłuższego czasu na grę Wisły dało się patrzeć. To właśnie od trzech punktów wywiezionych z Lubina zaczął się trwający przez całą rundę koncert zwycięstw, dwukrotnie przerwany tylko fałszowanymi akordami remisów w Bełchatowie i Wodzisławiu.

U siebie Wisła rozbiła w pył Koronę i Lecha, nie dała pograć Legii Warszawa, więc dlaczego teraz jakiś problem miałoby jej sprawić mające prawie dwa razy mniej punktów Zagłębie. Sęk w tym, że lubinianie wracają ostatnio na właściwe tory, a trener Rafał Ulatowski przekonywał, że jego zespół na pewno nie przyjeżdża do Krakowa w celach turystycznych. - Chcemy zagrać swoje, nie zamierzamy się cofnąć, murować bramki i kontrować - zapewniał. I rzeczywiście, od pierwszych minut było widać, że Wisłę czeka ciężka przeprawa.

Dawno nie było w Krakowie zespołu, który przez długie chwile nie wypuszczał gospodarzy z własnej połowy. Rui Miguel i Michał Goliński gasili ataki krakowian jeszcze w zarodku i momentalnie oddawali piłkę Maciejowi Iwańskiemu. Reżyser gry Zagłębia próbował rozgrywać, ale nie pokazał niczego specjalnego poza jedną akcją, kiedy na długie metry odsadził Mauro Cantoro i zagrał do Piotra Włodarczyka. Byłego legionistę jak juniora powstrzymali jednak Arkadiusz Głowacki i Cleber.

Piotr Brożek przy reprezentacyjnym pomocniku Wojciechu Łobodzińskim miał dużo pracy, ale ze swoich defensywnych zadań wywiązywał się nieźle, choć grał mocno przeziębiony. Na tyle dobrze, że w drugiej połowie Łobodziński przeszedł na prawą stronę. Wisła w pierwszej połowie nie oddała ani jednego celnego strzału, serce Aleksandra Ptaka mocniej zabiło tylko, gdy piłka po strzale Cantoro z rzutu wolnego odbiła się od poprzeczki.

Tajemnicą trenera Macieja Skorży pozostanie to, co powiedział zawodnikom w szatni, ale najwyraźniej przemówił im do rozumu, bo od razu wzięli się do roboty. Zaraz po wznowieniu gry po akcji Rafała Boguskiego i Radosława Sobolewskiego szybkim wyjściem ratował się Ptak. Po chwili był już bezradny, kiedy po błędzie Arboledy piłkę do siatki wpakował Paweł Brożek. Kiedy wydawało się, że sytuacja została opanowana, niegroźne uderzenie lubinian zablokował Paulista i piłka wyszła na rzut rożny. Celnie dośrodkował Michał Goliński, Marcin Baszczyński przegrał pojedynek główkowy z Arboledą i Mariusz Pawełek nie sięgnął piłki.

Wisła straciła bramkę, a za chwilę kapitana Arkadiusza Głowackiego, który rozbił głowę po zderzeniu z Michałem Stasiakiem. Wreszcie wszedł wracający po kontuzji Kamil Kosowski. Zastąpił Jeana Paulistę, który ewidentnie nie radził sobie ze świetnie grającym Arboledą.

Zaraz po wejściu na boisko zagrał tak, że gdyby Marek Zieńczuk lepiej przymierzył, mogłaby paść kolejna bramka. To również po jego akcji sam z piłką przed polem karnym znalazł się Radosław Sobolewski, ale strzelił minimalnie obok słupka. Kosowski zaadresował też najważniejszą piłkę meczu. W ostatniej minucie zacentrował prosto na głowę Zieńczuka, a ten trafił pod poprzeczkę.

Wisła konsekwentnie idzie do przodu. Krakowianie wygrali po raz dziesiąty z rzędu i pod choinką na pewno będą mogli zobaczyć już cień mistrzowskiej korony. - Życzę sobie i drużynie spokoju oraz tego, byśmy pod koniec sezonu również mieli więcej punktów niż rywale - mówił po meczu Skorża. - Czeka nas ciężka walka o tytuł, bo taką przewagę, jaką mamy, łatwo roztrwonić. Nie możemy zmarnować ani jednego dnia przygotowań.



Wisła Kraków2 (0)
Zagłębie Lubin1 (0)
Strzelcy bramek

Wisła: Paweł Brożek (50.), Zieńczuk (90.).

Zagłębie: Arboleda (57.).

Wisła: Pawełek 3 - Baszczyński 2,5, Głowacki 3,5 (63. Kokoszka 3), Cleber 3,5, Piotr Brożek 3,5 - Boguski 3 (82. Małecki), Sobolewski 3,5, Cantoro 3, Zieńczuk 4,5 - Paweł Brożek 4, Jean Paulista 3 Ż (65. Kosowski 4).

Zagłębie: Ptak - Bartczak, Stasiak Ż, Sretenović Ż, Arboleda Ż - Goliński, Rui Miguel (87. Kolendowicz), Łobodziński, Iwański, Pawłowski - Włodarczyk (76. Plizga).

Sędziował: Hubert Siejewicz z Białegostoku. Widzów: 16 tys.

Zdaniem trenerów

Maciej Skorża: Kiedy rano analizowaliśmy z trenerami rundę, zauważyliśmy, że tak naprawdę nie mieliśmy meczu, w którym gonilibyśmy wynik. Trochę wykrakaliśmy, bo Zagłębie napędziło nam strachu i spotkanie do ostatniej minuty było niezwykle zacięte. Mieliśmy wtedy kilka okazji, również goście groźnie kontrowali. Okazało się, że o wyniku zadecydowała jedna bramka. Zaczęliśmy bardzo niemrawo i pierwsza połowa zupełnie nam nie wyszła. Na szczęście po zmianie stron zaatakowaliśmy, Paweł strzelił bramkę. Wtedy wydawało mi się, że będziemy kontrolowali grę, ale Zagłębie wyrównało. Mamy jednak w składzie Marka Zieńczuka, który nie po raz pierwszy zapewnił nam trzy punkty.

Rafał Ulatowski (Zagłębie):

Gratuluję Maćkowi tytułu trenera roku. Mniej chętnie gratuluję trzech punktów. Jestem rozczarowany, bo było blisko, by wywalczyć choć jeden punkt. Wisła zagrała bardzo dobrze w drugiej połowie, to była prawdziwa bitwa. Prosty błąd w ostatniej minucie zdecydował o wyniku. Tyle razy dopisywało nam szczęście, dzisiaj go zabrakło. Nawet remis z Wisłą w Krakowie jest niezwykle cenny.