Sławny piłkarz Ruchu umarł w zapomnieniu

W czwartek pogrzeb Józefa Gomolucha. Znakomity prawoskrzydłowy Ruchu Chorzów umierał w samotności i cierpieniu. Gdyby nie Edward Herman - przyjaciel i kolega z boiska - nie miałby go kto pochować...
- Józik nie żyje?! - nie dowierza 68-letni Eugeniusz Faber, rówieśnik Gomolucha, przed laty znakomity pomocnik niebieskich, który od ponad 20 lat mieszka we francuskim Lens. - Zaraz muszę zadzwonić do Asia Marksa i Bronka Buli [kolejni piłkarze Ruchu, którzy wyemigrowali do Francji - przyp. red.] - zawiesza głos.

Gomoluch, wychowanek Śląska Świętochłowice, pojawił się na Cichej w 1964 roku. - Jak na tamte czasy to był późny transfer. Józek miał już przecież wtedy 25 lat. Zespół go polubił. To był koleżeński synek - opowiada Faber.

- No i swój! Ze Śląska! Zresztą wtedy tylko tacy w Ruchu grali. Z Chorzowa, Dębu, Katowic... Nie to co teraz - macha ręką Herman.

Gomoluch grał w niebieskiej koszulce do roku 1973. Wystąpił w 208 meczach, strzelił 42 bramki. W 1968 roku cieszył się z tytułu mistrza Polski. 29 października 1967 roku spełniło się jego marzenie: jeden jedyny raz zagrał w reprezentacji Polski w spotkaniu przeciwko Rumunii.

Kibice mówili na niego "Ułan", a to dlatego, że był niezwykle szybki. - Nogi miał krzywe, ale przebierał nimi, że hej - wspomina Herman.

- Najczęściej grał na prawym skrzydle, ale pamiętam też mecze, gdy radził sobie na bocznej obronie - dodaje Faber.

60-letni Jan Rudnow, kolega ze złotej drużyny, podkreśla, że Gomoluch był niezwykle istotnym ogniwem zespołu. - Mały był, ale twardy. Nie pękał przed nikim. Jego znakiem firmowym było uderzenie z woleja - celne i czyste. Jak dziś pamiętam mecz w Zabrzu. Hubert Kostka wybił piłkę na 50. metr. Myślał, że już po strachu, ale piłka spadła pod nogi Józika. Walnął w swoim stylu i po chwili cieszyliśmy się z bramki - opowiada Rudnow, który razem z Gomoluchem grał też dwa lata w BKS-ie Bielsko. - Byliśmy bardzo blisko wywalczenia awansu do ekstraklasy - wspomina.

Na koniec kariery Gomoluch wrócił do swojego GKS-u Świętochłowice. Potem został trenerem młodzieży w Naprzodzie Lipiny. Etat gwarantowała kopalnia Polska, ale Gomoluch nie musiał zjeżdżać pod ziemię, był oddelegowany do pracy na stadionie. Szybko, bo jeszcze przed 50. rokiem życia, przeszedł na emeryturę.

- Z czasem już nie był ani taki wesoły, ani towarzyski. Ostatni raz widziałem go bodaj dwa lata temu w Chorzowie. To było spotkanie weteranów Ruchu. Dużo wspomnień, dużo znajomych twarzy, a on siedział sam z boku przy kuflu piwa - mówi Faber.

Koledzy mówią, że Gomoluchowi zawalił się świat, gdy opuściła go żona. - To było jakoś tak po stanie wojennym. Zabrała dwójkę dzieci i wyjechała do Niemiec. Józek ich już potem nigdy nie zobaczył. Bardzo cierpiał, załamał się. Zastanawiał się, czy jego syn też gra w piłkę, bo przecież w Polsce grał - mówi Herman, a głos mu się łamie.

Herman i Gomoluch mieszkali po sąsiedzku i to właśnie kolega z drużyny był dla Gomolucha największym oparciem w ostatnich latach życia. - Józek nie miał nikogo. To znaczy ma siostrę, która mieszka w Jaworznie, ale nie ma z nią żadnego kontaktu. Kiedyś zostawiła mu kopalniany numer telefonu. Dzwonimy tam, ale centrala zlikwidowana. Nawet nazwiska tej kobiety nie znam. Druga siostra nie żyje. Został tylko szwagier, ale to 80-letni człowiek. Co on mógł pomóc? - wzdycha Herman, który razem z żoną dzień w dzień odwiedzał przyjaciela. - Żona mu gotowała, sprzątała. Nawet okna mu myła. Gdy przychodziły święta, to wigilie były dwie. Józek nie chciał do nas przyjść, więc my szliśmy do niego. A jakże, z rybą! - wspomina.

Samotny Gomoluch miał poważne problemy z alkoholem, chorował na marskość wątroby. Prawdopodobnie doskwierała mu też choroba nowotworowa. Odszedł w niedzielę nad ranem. - Byłem przy nim, to była straszna śmierć. Cierpiał do końca - ścisza głos Herman. To on zajął się pogrzebem, który odbędzie się w czwartek o godz. 8.45 w kościele pod wezwaniem św. Floriana w Chorzowie.

- Wykrusza się nasza niebieska rodzina - martwi się Faber.