Losowanie niewiarygodne, wymarzone, idealne...

Faworytami grupy Polacy bez wątpienia nie są, ponieważ bycie faworytami średniej klasy piłkarzom może się przytrafić co najwyżej w eliminacjach. Mogli wczoraj wylosować bardzo źle, źle lub względnie dobrze. Dostali w prezencie wariant trzeci, najprzyjemniejszy.
Tym razem nie ma co ściemniać i roztapiać szczęścia w zawiłych analizach - to było losowanie niewiarygodne, wymarzone, idealne. Tak, wiem, zamiast Niemców można było jeszcze wyciągnąć Rumunów. Ale to już nie byłby fart. To byłaby nasza, Polaków, bezczelność. Bezczelność, bo gdyby załatwić wymianę, to po sąsiedzku, w grupie C, Niemcy kotłowaliby się z Holandią, Francją i Włochami. Czujecie ten międzynarodowy skandal i ogólne nawrócenie się Europejczyków na teorie wyłącznie spiskowe?

Gdyby czyjekolwiek szanse mierzyło się współczynnikiem szczęścia w losowaniu, byliby Polacy bezwzględnymi faworytami do medalu. Przecież w Lucernie powiodło im się - jeśli zostanie wybaczony mi ciężki grzech przesadnego wybiegania w przyszłość - także w dalszej perspektywie. W ewentualnym ćwierćfinale na pewno nie trafią na żadną z tradycyjnych europejskich potęg. Nie będzie Francji, nie będzie Włoch, nie będzie Hiszpanii, Holandii, Niemiec. Nie będzie ryzyka batalii z piłkarzami, którzy uzależnienie od zwycięstw mają w DNA, a na boisku niesie ich wyssane z pierwszym gryzieniem trawy przeświadczenie, że nikt inny piłki sprawniej kopać nie potrafi.

Pięknie było w eliminacjach, pięknie jest po losowaniu. Mamy Austriaków, czyli potencjalnie najsłabszego gospodarza w nowożytnej historii wielkich turniejów piłkarskich. Oni sami wiedzą, że ich reprezentacja popadła w stan bliski śmierci klinicznej, tej jesieni ruszyła nawet internetowa kampania wzywająca federację do wycofania się z mistrzostw, by oszczędzić narodowi wstydu. Austriacy pałętają się gdzieś pod koniec czołowej setki światowego rankingu, przez rok wygrali ledwie jeden sparing, nie umieli pokonać Malty. Popadli w najgłębszy kryzys od trzech dekad.

Dlatego już sobie wyobrażam presję, pod jaką przystąpią do mistrzostw. Piszę te słowa w węgierskim Szombathely, gdzie spotkałem Polaków mieszkających w Wiedniu - opowiadają, że cała kibicowska Austria cierpi, bowiem bezskutecznie wypatruje narodowych bohaterów w jakiejkolwiek dyscyplinie sportu. A wywołującym społeczną frustrację piłkarzom nie będzie nawet huczeć w głowie: idźcie i przyjcie po medal. Oni zagrają przyduszani mottem: nie naróbcie nam obciachu.

Mamy też w grupie Chorwatów, którzy wyeksportowali w świat cały tłum doskonałych futbolistów, ale przed meczem z nimi nie będzie przynajmniej obaw, że naszych sparaliżuje już w szatni odwieczny polski kompleks - łypiących groźnie, budzących respekt na pograniczu trwogi nazw owych historycznych potęg, które w rywalizacji o nie lada stawkę udaje się nam ostatnio pokonać raz na 25 lat.

Czasem widać to poczucie niższości także u fanów. Jak niedawno, gdy w internetowym sondażu na najgroźniejszego przeciwnika podczas Euro 2008 czytelnicy "La Gazzetta dello Sport" najrzadziej wskazywali Polskę. Zareagowaliśmy natychmiast, kibicowskim pospolitym ruszeniem, i wkrótce padło 900 tys. głosów tworzących z naszych piłkarzy wirtuozów strasznych mistrzom świata. Włosi musieli być zdumieni. Klikalność w portalu pewnie radykalnie im wzrosła.

Mamy wreszcie w grupie Niemców. Tutaj owa przypadłość, nasze zwyczajowe onieśmielenie blaskiem faworytów, znajduje zastosowanie, ale też pojawiają się okoliczności łagodzące napięcie. Otóż z nimi nie trzeba nawet wygrać, by awansować. A szlagier szykuje się niezapomniany. Może nawet Borucowi gole będzie chciał strzelać ofensywny tercet całkowicie polskojęzyczny i polskokrwisty: Klose, Podolski, Trochowski!

A gdy się już nacieszymy, natychmiast zacznijmy się martwić. Najlepiej od jutra. Faworytami grupy Polacy bez wątpienia nie są, ponieważ bycie faworytami średniej klasy piłkarzom może się przytrafić co najwyżej w eliminacjach. Przed turniejami finałowymi mogą trafić bardzo źle, źle lub względnie dobrze. W Lucernie dostali w prezencie wariant trzeci, najprzyjemniejszy. Co nie znaczy - gwarantujący cokolwiek.

Losowanie fetowaliśmy już kilkakrotnie. W euforię popadła ekipa Jerzego Engela przed mundialem w 2002 r., zadowolona była ekipa Pawła Janasa przed mundialem 2006 r. Nauczyliśmy się, jak jest ważne, by nadmiar powodzenia nie rozleniwiał i nie nakłaniał do działań nieodpowiedzialnych, lecz stymulował do jeszcze bardziej wytężonej pracy. Na szczęście po Leo Beenhakkerze wypada się spodziewać, że z wyzwaniem sobie poradzi. Debiutantem nie jest, a zdążył już wysłać mnóstwo silnych sygnałów, że selekcji nie zakończył. Co jednych powinno wytrącić z samozadowolenia, a innym dać nadzieję.

Na koniec słówko o Chorwatach, teoretycznie naszych głównych rywalach w walce o ćwierćfinał. O nich proponowałbym myśleć, wspominając polskie Wembley A.D. 1973. Są w podobnej sytuacji - właśnie sensacyjnie wyeliminowali Anglię, na wyjeździe osiągnęli wynik nawet okazalszy. Wtedy nikt nie znał Grzegorza Laty, dziś nie wszyscy zdążyli zostać fanami Brazylijczyka z chorwackim paszportem Eduardo. Dlatego niech Wembley przestanie być na chwilę symbolem epokowych zwycięstw, a zacznie przypominać, że nawet mniejsze narody miewają wybitnych piłkarzy. Nikt bardziej niż my nie powinien być świadomy, że triumfy w ojczyźnie futbolu inicjują niekiedy niesamowite futbolowe opowieści...

Zajrzyj na blog Rafała Steca