Sport.pl

Już raz graliśmy z Belgią mecz o wszystko

Po 22 latach znów nasi piłkarze spotykają się z Belgami na Stadionie Śląskim. Najważniejsze problemy przed meczem w 1985 roku? Po pierwsze - nie przegrać, po drugie - rozdzielić bilety wśród kibiców, po trzecie - wypędzić z murawy wiechlinę roczną.
Przeczytaj - Stadion Śląski olśni piłkarzy superkomfortem

Jak Stadion Śląski walczy z zimą

Stadion Śląski jakiego świat nie widział

Trener Antoni Piechniczek zajrzał na Stadion Śląski w maju 1985 roku, cztery miesiące przed meczem z Belgami, i aż złapał się za głowę. Remont murawy trwał już od roku, prowadził go Zakład Nawierzchni Trawiastej z gdańskiego Polsportu. - Boisko było nadal w fatalnym stanie, a czekała nas bardzo ważna gra o ponowny awans na mistrzostwa świata - przypomina sobie Piechniczek, od niedawna senator RP.

Spółdzielnia dotrzymała słowa

Pomocy poszukano u specjalisty od stadionowej trawy - emerytowanego inżyniera Antoniego Hempla. Inżynier zgodził się pomajstrować przy murawie, ale pod jednym warunkiem. - O partaczach należy powiadomić opinię publiczną - grzmiał inżynier na łamach "Sportu". Od czerwca do września na stadionie pod jego nadzorem przeprowadzone zostały dwa koszenia, trzy grabienia, a ponadto wałowanie i podsiewanie. Bezlitosna walka została wydana przede wszystkim wiechlinie rocznej. Ten pospolity chwast stanowił wtedy aż 30 procent trawy na murawie Śląskiego.

- Stan murawy to był rzeczywiście problem numer jeden - potwierdza Henryk Bąk, długoletni pracownik działu imprez na stadionie. - Pamiętam, że inżynier Hempel bardzo zaangażował się w pracę, narzucił wszystkim przyspieszony rytm prac wokół boiska - dodaje.

Hempel dotrzymał słowa i w dniu meczu boisko nadawało się do gry, piłkarze Polski i Belgii nie zgłaszali w każdym razie większych zastrzeżeń.

Inny problem stanowił pawilon, w którym wtedy i teraz znajdowały się m.in. szatnie. Dwa lata wcześniej, po meczu Polska - ZSRR, sanepid uznał, że stadion nie nadaje się do dalszej eksploatacji. Warunkiem ponownego użytkowania obiektu miał być generalny remont pomieszczeń. Największe firmy budowlane miały akurat co innego na głowie, roboty podjęła się więc Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna im. 22 Lipca z Majkowic (obecne woj. małopolskie). "Dziennik Zachodni" pisał:

"Spółdzielnia dotrzymała słowa. Nie szczędząc trudu i poświęcenia, pokonując wiele kłopotów, m.in. spowodowanych brakiem materiału, zdążyli na czas".

Kooperanci rzeczywiście nawalali. Szczególnie obawiano się o Instytut Łączności z Pułtuska, który miał dostarczyć na obiekt plastikowe muszle do stanowisk telefonicznych. Na szczęście instytut wywiązał się z zobowiązań. Organizatorzy mogli się więc pochwalić wyremontowaniem szatni dla piłkarzy i sędziów, sali konferencyjnej oraz biura prasowego. W dniu meczu dziennikarze "Trybuny Robotniczej" odkryli jednak, że w biurze zabrakło... maszyn do pisania. W porządkowaniu stadionu pomagali także junacy z ochotniczych hufców pracy oraz świadkowie Jehowy, którym wynajmowano stadion na zgromadzenia.

Albo mecz, albo gliniarz

Zainteresowanie wydarzeniem było ogromne. To miał być drugi mecz z Belgią w historii Stadionu Śląskiego. W 1967 roku pokonaliśmy ich wprawdzie 3:1, ale nie zapewniło nam to sukcesu w eliminacjach mistrzostw Europy. Do Okręgowego Związku Piłki Nożnej w Katowicach napłynęło ponad 106 tys. zbiorowych zamówień na bilety. Po terminie (koniec lipca) dotarło jeszcze prawie 30 tys., ale te trafiły już do kosza. Specjalna komisja dokonała podziału: 41 tys. biletów przypadło zakładom pracy i instytucjom z woj. katowickiego, natomiast 29 tys. przeznaczono dla pozostałych 48 województw. Bilety kosztowały 700 i 900 zł. Codzienna gazeta kosztowała wtedy 6, a kilogram ziemniaków 18 zł.

Dla indywidualnych kibiców biletów nie było. Tylko w dniu meczu stadionowa kasa nr 2 wydawała karty wstępu posiadaczom legitymacji Zasłużonego Działacza Kultury Fizycznej i Mistrza Sportu.

- Stare dzieje... Od lat 90. obowiązują nowe legitymacje, w których nie ma już zapisu o uprawnieniu ich posiadaczy do bezpłatnego wejścia na imprezę sportową. Jeszcze dwa lata temu mieliśmy niezręczne sytuacje, bo przychodzili do nas starsi działacze z legitymacjami i domagali się biletów na atrakcyjne mecze - tłumaczy Rudolf Bugdoł, prezes Śląskiego Związku Piłki Nożnej.

Cała Polska została wtedy skazana na oglądanie meczu z Belgami. W telewizji były tylko dwa programy. Na "dwójce" w porze transmisji leciała "Klinika Zdrowego Człowieka", a potem dokumentalny film niemiecki o ptakach drapieżnych. Ci, których futbol nie interesował, mogli tego dnia pójść do kina, gdzie rekordy frekwencji biły oscarowe "Czułe słówka" oraz "Gliniarz z Beverly Hills". Ewentualnie posłuchać radia, na listach przebojów królowała akurat "Oh, Ziuta" Shakin'Dudiego.

Gdzie byli piłkarze?

Polscy zawodnicy do meczu przygotowywali się w ośrodku Start w Wiśle. Jako ostatni do ekipy dołączyli dwaj piłkarze z zagranicznych klubów: bramkarz Józef Młynarczyk z Bastii i Zbigniew Boniek z Romy. Kierownictwo reprezentacji zapowiedziało, że ostatnie godziny przed wielką grą Polacy spędzą w tajemniczym, pilnie strzeżonym miejscu.

- E tam..., to musiała być jakaś zmyłka - śmieje się dziś Piechniczek. - Gdzie można się było zaszyć w tym zakątku kraju? Albo inaczej, jak by pana czekał nazajutrz ważny egzamin na studiach, to zmieniałby pan nagle swoje łóżko? Szczegółów już nie pamiętam. Może po prostu chciałem mieć święty spokój, może zabrałem piłkarzy na długi spacer po górach? - prostuje Piechniczek.

Belgowie dzień przed meczem przylecieli do Balic. W Katowicach zarezerwowano dla nich całe siódme piętro hotelu Warszawa (obecnie Novotel Katowice Centrum). Po meczu zaraz wrócili do kraju.

Dziennikarze prosili znane osoby o wytypowanie wyniku meczu. Zyta Piechniczkowa, żona selekcjonera, wykręciła się od odpowiedzi. Optymistami byli syn Tomasz i najmłodsza córka Justyna, oboje typowali 2:1 dla Polski.

Mecz rozpoczął się o godz. 17.30, ale bramy stadionu otwarto już o 15. Pod bramą numer 1 powstało zamieszanie, bo zawieruszyły się gdzieś klucze i kibice weszli na trybuny z kilkuminutowym opóźnieniem. Czekały na nich oczywiście stoiska z krupniokami oraz pamiątkami (koszulka z logo MŚ '86 kosztowała 500, a mały proporczyk 40 zł). W loży zasiedli wicepremierzy Zbigniew Messner i Manfred Gorywoda, który parę dni wcześniej został honorowym prezesem Ruchu Chorzów.

- Orkiestra górnicza do ostatniej chwili miała jakiś problem z "Brabantką", hymnem Belgii. Szczegółów, niestety, nie pamiętam, ale musiałem tę sprawę konsultować z przedstawicielem belgijskiej federacji. On w rewanżu postarał się dla mnie po meczu o koszulkę piłkarza Marka De Grijse - wspomina Bąk.

Piechniczek kontra Gerets

Co kibice zapamiętali z meczu? Chyba niewiele. To nie była porywająca gra, liczył się tylko awans. W składzie naszej drużyny wystąpiło czterech piłkarzy Górnika Zabrze: Jan Urban, Ryszard Komornicki, Waldemar Matysik oraz Andrzej Pałasz. Boniek trafił piłką w słupek bramki Belgów, potem jednak coraz uporczywiej broniliśmy korzystnego dla nas remisu. Belgowie (z obecnym selekcjonerem Rene van der Eyckenem w składzie) atakowali. Pięć minut przed końcem gry domagali się rzutu karnego. Trener Piechniczek pokłócił się przy linii bocznej z brodatym obrońcą Erikiem Geretsem, który teraz prowadzi Olympique Marsylia w Lidze Mistrzów.

- To wszystko przez te emocje. Niektórzy zarzucali mi, że opóźniałem grę przy aucie dla Belgów. To nie tak. Gerets zaatakował trampkarza, który nie spieszył się z podaniem mu piłki. Potarmosił go za włosy. Wtedy ja przyskoczyłem do niego, coś tam do siebie warknęliśmy - wspomina Piechniczek, który w sobotni wieczór znowu będzie na Stadionie Śląskim. Zapewne w roli telewizyjnego eksperta, ale sam przyznaje, że atmosferę meczu najlepiej poczuć, siedząc wśród kibiców.

Remis w 1985 roku wszyscy przyjęliśmy z ogromną radością i ulgą. A Belgowie i tak pojechali na mistrzostwa (i zajęli na nich czwarte miejsce), bo w dodatkowych meczach o awans poradzili sobie z Holandią, trenowaną przez... Leo Beenhakkera.