Jarosław Kaczorowski i morze

- Najbardziej zaskoczył mnie równik. Wcześniej już dwukrotnie go pokonywałem i było spokojnie. Tym razem przeszedłem przez piekło. Teraz nawet się boję, że mi się to przyśni - mówi ?Gazecie? Jarosław Kaczorowski
Żeglarz z Gdyni pokonał samotnie Ocean Atlantycki. Ukończył regaty Transat 650, w których Polaka nie było od 1977 r. Jego poprzednikiem był nieżyjący już kpt. Kazimierz "Kuba" Jaworski, który w pierwszych atlantyckich regatach samotników zajął drugie miejsce. 41-letni Kaczorowski przybił do brazylijskiego portu Salvador de Bahia na 19. miejscu, po 26 dniach, 12 godzinach, 52 minutach i 35 sekundach żeglugi. Startował w tych regatach po raz pierwszy.

Adam Mauks: Czuje się pan spełniony jako żeglarz?

Jarosław Kaczorowski: Nie czuję niedosytu. Marzyłem o tym, aby znaleźć się w pierwszej dziesiątce, ale kiedy zobaczyłem jacy żeglarze i na jakim sprzęcie startują, musiałem zweryfikować aspiracje. Zwłaszcza po pierwszym etapie, kiedy byłem daleko w tyle klasyfikacji. I trochę mnie to bolało, bo lubię wygrywać. Musiałem oswoić się z myślą, że w Transacie jestem przede wszystkim po to, aby się uczyć od tych, którzy startowali drugi, trzeci raz.

Bardzo zależało panu na starcie w tych regatach. Dlaczego?

- Bo działają na wyobraźnię. Zostając zawodowym żeglarzem wiedziałem, że chcąc coś osiągnąć, muszę poświęcić się bez reszty. Z kolei, żeby móc powiedzieć, że coś w żeglarstwie zdobyłem, to powinienem w tych regatach wystartować. Poza tym przy obecnych kosztach nowoczesnych materiałów do budowy łodzi i sprzętu żeglarskiego, to stosunkowo niedrogie regaty [koszt całego projektu przygotowań i startu Kaczorowskiego w regatach Transat 650 to ok. milion złotych - red.].

Żeby wystartować w takich regatach, trzeba być obrotnym menedżerem...

- We współczesnym żeglarstwie nie da się inaczej. Stałem się nim na dwa lata przed startem, ponieważ musiałem zdobyć pieniądze na realizację swojego projektu. Przy okazji zauważyłem też pewną prawidłowość: wielu dobrych żeglarzy niespecjalnie radzi sobie ze zdobywaniem kasy, natomiast dobrzy menedżerowie rzadko są dobrymi żeglarzami. Inna sprawa, że o pieniądze na żeglarstwo we Francji czy Wielkiej Brytanii jest o wiele łatwiej niż w Polsce, ale to się powoli zmienia. Są już u nas sponsorzy, z którymi nam żeglarzom, powinno być po drodze, bo coraz więcej ludzi zarządzających dużymi firmami żegluje. Oni zaczynają rozumieć, jak piękny to jest sport.

Co było trudniejsze: zdobycie pieniędzy czy walka z oceanem?

- I to i to było dla mnie nowe. I powiem szczerze, że tak samo trudne. Zwłaszcza na początku, kiedy wszystkiego musiałem się uczyć.

Co najbardziej zaskoczyło pana podczas regat Transat?

- Równik. Wcześniej już dwukrotnie go pokonywałem i było całkiem spokojnie. Tym razem przeszedłem przez piekło. Teraz nawet trochę się boję, że mi się to przyśni... Było cholernie ciężko, a tego się w tym miejscu nie spodziewałem. Na plus zaskoczony byłem tym, że tak szybko się regenerowałem. Przyzwyczaiłem organizm do tego, że spałem 2-3 godziny na dobę, wiem także, że mógłbym nie spać przez 50 godzin. W ogóle te regaty uświadomiły mi, jak wiele człowiek może znieść.

Jak bardzo te regaty pana zmieniły?

- Schudłem 12 kilogramów, urosła mi broda jakiej nigdy nie miałem (śmiech), ale obiecałem dzieciom, że do powrotu jej nie zgolę. Psychicznie chyba też się trochę zmieniłem. Przede wszystkim stałem się bardziej odporny na porażki, bo pierwszy etap mi nie wyszedł.

Mógłby pan znów wystartować w podobnych regatach?

- Właściwie za kilka tygodni mógłbym ruszać znów, ale tak na poważnie, to nie zdążyłbym dobrze przygotować się do Transat 2009. Musiałbym znów walczyć o 220 tys. euro na kupno i wyposażenie nowej łódki, znów walczyć w eliminacjach. To za mało czasu. Może w 2011 r?

Są w Polsce żeglarze, którym dał pan impuls do podjęcia takiego wyzwania, jakiego pan się podjął?

- Słyszałem o takich planach i trzymam za nie kciuki, ale realizacja takiego marzenia to gigantyczne przedsięwzięcie. U nas nie tylko nie ma jeszcze takich pieniędzy, jak na zachodzie Europy, ale nie ma też wiedzy o tego typu żeglarstwie. Miał ją Kuba Jaworski, ale już nie żyje, a to był wielki żeglarz. Zawsze wiedział, co ma zrobić będąc sam na oceanie. Wiedział np. kiedy może pójść spać: kładł się i słuchał czy woda szumi, jeśli tak - mógł spokojnie pospać kilka godzin, gdy było cicho wiedział, że coś jest nie tak i o spaniu nie ma mowy. Po nim nie było już nikogo, kto wiedzę o atlantyckich regatach samotników mógł poszerzyć i rozpropagować. O tym, że jest ona mizerna, świadczy też ugruntowany w żeglarskim środowisku mit, że Bałtyk jest trudnym morzem. Guzik prawda! Niech ci, co tak mówią, pofatygują się na Morze Północne czy Atlantyk. Wtedy będą mogli porównać skale trudności.

A trudno było pokonać samotność?

- Nie aż tak bardzo, jakby się mogło wydawać. W końcu te 26 dni to nie było tak długo.

Miło było wrócić na ląd do domu?

- Pewnie i to bardzo.

Co pan powiedział swoim bliskim po powrocie?

- Część kochani, już jestem!

Kaczorowski w Transat 650

Gdynianin jest jednym z najbardziej doświadczonych polskich żeglarzy. Jest m.in. mistrzem świata w klasie Micro, trenerem i sędzią żeglarskim. Brał udział w słynnych regatach Sydney-Hobert, był uczestnikiem regat dookoła świata "The Race" na katamaranie Warta-Polpharma. W regatach Transat 650 w 2007 r. startował po raz pierwszy i był jedynym Polakiem. Samotnie żeglował przez Atlantyk na 6,5-metrowej łodzi Allianz.pl. Wystartował wraz z 82 żeglarzami z francuskiego portu La Rochelle, dotarł na Maderę, gdzie była meta pierwszego etapu i start do drugiego, który zakończył się w Salvador de Bahia w Brazylii. Każdy z uczestników mógł liczyć tylko na swoje siły, tradycyjne papierowe mapy i radio UKF. Po zsumowaniu wyników z dwóch etapów Kaczorowski zajął ostatecznie 19. miejsce. Wygrał Francuz Yves le Blevec, który na metę dotarł po 23 dniach, 3 godzinach, 51 minutach i 24 sekundach.