ŁKS znów bez gola, ale z punktem

Piłkarze ŁKS zremisowali z Ruchem Chorzów. Punkt zdobyty na wyjeździe cieszy, ale radość przysłania fakt, że w szóstym meczu ligowym z rzędu łodzianie nie zdobyli gola.
Remis jest tym cenniejszy, że w ligowych potyczkach na boiskach rywali łodzianie wywalczyli dopiero czwarty punkt w tym sezonie. Dla ŁKS mecz z Ruchem miał duże znaczenie z kilku powodów. Po pierwsze, miał być okazją na powiększenie dorobku punktowego, a tym samym przełamaniem serii porażek. Po drugie, była szansa na zmniejszenie przewagi w tabeli nad głównym rywalem w walce o utrzymanie. Wreszcie była też okazja, aby przetestować nowe ustawienie, które według trenera Mirosława Jabłońskiego będzie obowiązywać w następnych meczach ligowych.

O tym, że tak potraktował spotkanie łódzki szkoleniowiec świadczyło ustawienie, w jakim mecz rozpoczęli ełkaesiacy. W podstawowej jedenastce pojawili się Arkadiusz Mysona oraz Robert Szczot, a Mieczysław Sikora i Marcin Komorowski usiedli na ławce rezerwowych. Poza tym Jabłoński ustawił Ensara Arifovićia na lewej pomocy, a Łukasz Madej wystąpił w roli środkowego pomocnika. Takie nowatorskie zestawienie spowodowało, że w pierwszych minutach gospodarze uzyskali dość wyraźną przewagę. W ciągu sześciu minut chorzowianie wykonywali aż sześć rzutów rożnych, lecz na szczęście dla łodzian bez konsekwencji.

ŁKS nie potrafił złapać właściwego rytmu. W środku pola goście mieli lekką przewagę. Sprawniej operowali piłką i dłużej utrzymywali się przy niej. W grze łodzian raziło chaotyczne rozegranie akcje, choć w 10 min - przy większym szczęściu - mogli nawet objąć prowadzenie. Po wymianie piłki między Madejem, a Mladenem Kaszczelanem, Czarnogórzec znalazł się a idealnej sytuacji, ale będąc pięć metrów przed bramką przewrócił się.

Później na boisku dominowała walka, ale przede wszystkim sporo chaosu, bo murawa chorzowskiego stadionu znajduje się w bardzo kiepskim stanie. Dlatego sytuacje podbramkowe można było policzyć na palcach jednej ręki. Mimo tego to łodzianie stworzyli dobrą okazję do strzelenia bramki. Po rzucie wolnym Mysony obrońca Ruchu wybił piłkę na 25. metr, gdzie stał niepilnowany przez nikogo Zdzisław Leszczyński. Pomocnik ŁKS bez namysłu uderzył mocno lewą nogą, a piłka podskoczyła tuż przed Sebastianem Nowakiem. Bramkarz Ruchu zdołał jednak wybić piłkę poza boisko.

Przełomowa dla losów spotkania była 45. min, kiedy boisko musiał opuścić Kascielan. Jedenaście minut wcześniej Czarnogórzec w niegroźnej sytuacji sfaulował Remigiusza Jezierskiego, a w ostatniej minucie pierwszej połowy - Wojciecha Grzyba. W obu przypadkach zobaczył żółte kartki. Kascielan został przez sędziego odesłany do szatni, dlatego łódzka drużyna przez następnie 45 minut musiała grać w dziesiątkę. - Musieliśmy zmienić nasz plan, by ratować przynajmniej remis - tłumaczył Jabłoński. Zamiast Sikory, który miał zagrać po zmianie stron, na boisku pojawił się defensywny pomocnik Jose Paulo Bezerra.

Tuż przed meczem w Chorzowie zaczął padać śnieg, a w drugiej części nad stadionem przeszła prawdziwa burza śnieżna. Najpierw zmieniono piłkę na pomarańczową, a później sędzia Marcin Borski przerwał spotkanie na prawie 10 minut, aby można było odśnieżyć linie pola karnego.

Wcześniej ofensywna gra łodzian wyglądała marnie, a w drugiej połowie piłkarze ŁKS nie oddali ani jednego strzału w światło bramki. Czegoś takiego w ich wykonaniu w lidze dawno już nie oglądano. Trudno się dziwić, bo musieli więcej uwagi poświęcić obronie, bo rywale cały czas atakowali. W całym meczu gospodarze wykonywali aż 17 rzutów rożnych, goście - zaledwie dwa. Na szczęście dominowała gra bez ładu i składu, w której łodzianie dość poprawnie spisywali się w obronie. Tym razem Tomasz Kłos obok Adriana Woźniczki i Leszczyńskiego sprawiali najlepsze wrażenie w szeregach łodzian. Brakowało za to pomysłu na grę w ataku. Gospodarze w sobotę byli bowiem drużyną do pokonania, dlatego aż się prosiło, aby mocniej zaatakować. - Stąd tyle nerwów i niezadowolenia. Nie ważny jest styl, bo liczy się zdobyty tutaj punkt - bronił się Madej.

Trener Jabłoński widząc, co dzieje się na boisku, zdecydował się dokonać kolejnej zmiany. Desygnował do gry Komorowskiego oraz zmienił ustawienie - łodzianie wychodzili z kontrą zaledwie jednym, a najwyżej dwójką zawodników. Taka gra okazała się skuteczna, bo gospodarze nie byli w stanie przebić się przez łódzki mur obrońców. Wystarczy wspomnieć, że nie tylko w drugiej połowie, lecz przez cały mecz Ruch nie miał ani jednej klarownej sytuacji podbramkowej. Gospodarze wprawdzie przejęli inicjatywę i zepchnęli ŁKS do defensywy, ale łodzianie ambitnie walczyli do końca o remis. Od utraty gola w ostatnich minutach uratował gości Woźniczka, który wybił piłkę po groźnym dośrodkowaniu Grzyba, a w doliczonym czasie kapitan Ruchu musiał uznać wyższość Bogusława Wyparły. - Westchnienie ulgi po gwizdku sędziego było głośniejsze od okrzyków kibiców - żartuje Madej. Jego zdaniem jest jeszcze szansa i nadzieja, że przed końcem roku uda się powiększyć dorobek punktowy.

ŁKS się wzmacnia

Trzech piłkarzy przyjedzie w środę na testy do klubu z al. Unii. Pierwszym będzie Marcin Sobczak, napastnik Gwarka Zabrze, który jesienią zdobył siedem goli w V lidze śląskiej. Kolejnymi testowanym graczami będą obrońca z Ukrainy oraz środkowy pomocnik z Mecedonii. Przypomnijmy, że z drużyną trenuje już napastnik z Serbii Mirko Filipović, który zdążył już nawet strzelić gola w sparingu ze Startem Brzeziny.

Ruch Chorzów0
ŁKS0
Widzów: 3 tys.

Sędziował Marcin Borski (Warszawa)

Ruch: Nowak - Jakubowski, Adamski, Baran, Nykiel - Grzyb, Domżalski (66. Janoszka), Bonk (58. Sokołowski), Pulkowski Ż (89. Sadlok) - Fabus, Jezierski.

ŁKS: Wyparło 3 - Łakomy 2.5, Kłos 3.5, Woźniczka 3.5, Mysona 3 - Arifović 3 Ż (88. Przybyszewski), Kascielan 1 Ż, Cz, Madej 3.5, Leszczyński 3.5, Szczot 2.5 (62. Komorowski 1) - Klatt 2 (46. Jose Paulo Bezeera 2).