Sport.pl

Leo Beenhakker: Musimy wierzyć w zwycięstwo

Kibice już przed meczem mają prawo cieszyć się z awansu na Euro, a ja cieszę się, że możemy wyjść naprzeciw ich marzeniom. Uwielbiam to! Entuzjazm jest o niebo lepszy od pesymizmu - mówi selekcjoner reprezentacji Polski przed meczem z Belgią.
Robert Błoński, Michał Pol: W jednej z reklam mówi pan poprawną polszczyzną: "krok po kroku". Czy sobotni mecz z Belgią będzie krokiem milowym w historii polskiej piłki, bo zwycięstwo da nam pierwszy awans na mistrzostwa Europy?

Leo Beenhakker: Dla mnie każdy kolejny mecz jest tym najważniejszym. Spotkanie z Belgią jest więc tak samo ważne jak z Kazachstanem, Finlandią czy Portugalią. I jak zawsze zagramy o zwycięstwo. Ale oczywiście zdaję sobie sprawę, że konsekwencje wygranej będą większe niż tylko trzy punkty. Wygrana da Polsce historyczny awans do mistrzostw Europy.

Słyszał pan, ile ludzie chciałoby bilety na to spotkanie?

- Tak, 250 tysięcy.

Piłkarze żartowali, że nawet Maracana byłaby za mała.

- Cieszy mnie to zainteresowanie i ta wiara kibiców w nas. Ale jakie to ma przełożenie na to, jak zagramy? Żadne. W rozmowach z zawodnikami nie będę nawet wspominał o historycznej szansie. Musimy skupić się na naszej grze i na przeciwniku. Trzeba wygrać, wszystkie inne sprawy będą niepotrzebnym obciążeniem. Tyle że zawodnicy też będą zdawali sobie z konsekwencji wygranej czy przegranej. Nie wiem, jak to na nich wpłynie. Wierzę, że wytrzymają presję.

Z Belgią będzie ciężko, ale - jeśli Polska nie wygra - cztery dni później w Belgradzie o wygraną będzie jeszcze trudniej.

- Dlaczego?

Bo gramy z lepszymi piłkarzami, z lepszych klubów niż Belgowie i na ich boisku. No i Serbowie wciąż mają szanse na awans, Belgia już nie.

- Dwa remisy też dadzą nam awans, ale - jak zawsze - zagramy o zwycięstwo. Na razie w ogóle nie myślę o Belgradzie. W mojej głowie jest tylko Belgia. W niedzielę będziemy wiedzieć, co musimy zrobić w Serbii.

Pięć lat temu, w Chorzowie, w obecności 40 tysięcy widzów Polska pokonała Norwegię 3:0 i przed ostatnim meczem eliminacji zakwalifikowała się na mundial. Radość na trybunach i na boisku były niezapomniane. Piłkarze mówią, że chcieliby znowu podzielić się radością z ludźmi w biało-czerwonych szalikach.

- Kibice uważają, że my właściwie już awansowaliśmy. Mają prawo cieszyć się przed meczem, a ja cieszę się, że możemy wyjść naprzeciw ich marzeniom. Uwielbiam to! Entuzjazm jest o niebo lepszy od pesymizmu. Musimy wierzyć, że podołamy, ale piłkarze i trener muszą być bardziej realistami. Mamy ciężką robotę do wykonania.

Nie obawia się pan tego, co wydarzy się w najbliższy weekend?

- To znaczy?

Dariusz Dudka złamał nogę w środę. Nim wszyscy zjadą się do Wronek, rozegrają mecze w klubach.

- Nie mam na to wpływu. Przed meczem w Brukseli dziesięciu zawodników miało urazy. Przecież nie zadzwonię do ich klubów i nie poproszę trenerów, by nie wystawiali Polaka. Albo nie zadzwonię do piłkarza i nie powiem: oszczędzaj się. To niemożliwe. Muszą grać dla klubu, muszą grać o zwycięstwo. Belgowie też będą grali, zobaczymy, co będzie w poniedziałek. Ale nieprzypadkowo powołałem 25 zawodników i jeszcze stworzyłem listę "oczekujących".

Co oznacza dla zespołu kontuzja Dudki, na którego konsekwentnie pan stawiał?

- Szkoda dla Dudki, bo straci fantastyczne mecze. Szkoda dla nas, bo to ważny zawodnik, może grać na wielu pozycjach. W środku pola daje równowagę drużynie, dobrze rozumiał się z Lewandowskim. Ale koncentruję się na tych, których mam do dyspozycji - jest Sobolewski, który również sprawdził się w eliminacjach.

W ubiegły weekend bardzo mało polskich zawodników grało w klubach. To problem czy nie?

- Każdy przypadek jest inny. Niektórzy potrzebują meczów co kilka dni, by być w świetnej formie. Inni - nie. Pamiętacie, jak Żurawski zagrał w drugiej połowie z Kazachstanem? Fenomenalnie, a przecież w Celticu nie występuje od paru tygodni. Niektórym nie przeszkadzają trzy czy cztery tygodnie przerwy, ale też dlatego powołałem 25 zawodników, w tym aż pięciu napastników. Bo to w ataku jest problem. Matusiak gra rzadko, Żurawski prawie wcale. Rasiak z Saganowskim sporadycznie. A Zahorski jeszcze nie grał w eliminacjach. Jest ich tylu, bo nie wiem, w jakiej są dyspozycji.

A Krzynówek? Nie grał w ostatnich trzech spotkaniach.

- Akurat dla niego to żaden problem. Nie potrzebuje grania co kilka dni, by być w wielkiej formie. Bundesliga jest ciężka i czasem jak usiądzie na ławce, nic się nie stanie.

Pan po porażce w pierwszym meczu eliminacji dokonywał zmian natychmiast i szybko znalazł odpowiednich piłkarzy. Belgowie wymienili skład, dopiero gdy stracili awans.

- To prawda. Na początku grali u nich starsi zawodnicy. Teraz budują drużynę na mundial 2010. Idzie im nieźle, mają sporo talentów, zdobyli medal młodzieżowych ME. Jeszcze nie wygrywają, czasem brakuje im doświadczenia, ale szybko się uczą.

Belgowie są mniej więcej w takiej sytuacji jak Polska przed laty. Różnica między ligą belgijską a poziomem międzynarodowym jest duża, ale teraz wyjechali do Francji, Niemiec, Anglii, Holandii. Nabrali doświadczenia.

Co będzie najważniejsze w sobotę: przygotowanie fizyczne, mentalne czy taktyczne?

- Tego nie można rozdzielić. Na przygotowanie fizyczne nie mam wpływu. Mogę tylko podtrzymać dyspozycję piłkarzy, bo na pewno jej nie poprawię. Jednym dać odpocząć, innym dać trochę mocniejszy trening. Taktyka? Wszyscy wiedzą, jak mamy grać. Znamy rywali, będziemy trenować rozwiązania podporządkowane temu meczowi. Mentalnie? Tu jest spore pole manewru. Można reagować także podczas meczu. Pamiętacie mecz z Kazachami? Pierwsza połowa była dobra, ale zawodnicy grali za szybko, za bardzo chcieli. Nie grali głową, tylko sercem. To się zdarza, więc trzeba zawodników uspokoić. Krzyk nie jest potrzebny. Wystarczyło dziesięć minut drugiej połowy, byśmy strzelili trzy gole. Ja mogę zrobić dwie rzeczy - trenować ich na boisku i rozmawiać, by w ten sposób jak najlepiej przygotować do meczu. Niektórzy pytają mnie, czy zrobię coś specjalnego przed Belgią? Odpowiadam, że nie, że to niepotrzebne. Będę miał cztery dni na przygotowanie zespołu.

Powiedział pan nam, że nie myśli, co będzie, jeśli przegramy. A zastanawia się pan, co będzie, jeśli Polska pokona Belgów?

- Nie jestem typem człowieka, który buja w obłokach. Na razie to nie widziałem chłopaków od kilku tygodni, więc najpierw chcę się z nimi spotkać. Do wtorku będą odreagowywać to, co się stało w weekend. W środę i czwartek będą trzy treningi podporządkowane meczowi z Belgią. Wszystko. Myślę tylko o sobocie 17 listopada, o tym, co wydarzy się o 20.30.

Tym razem nie powołał pan nikogo nowego. Spodziewaliśmy się, że odkryje pan kolejnego Zahorskiego. Po powołaniu na mecze z Kazachstanem i Węgrami strzelił cztery gole w trzech ligowych meczach.

- To nie jest odpowiedni moment na powoływanie nowych zawodników. Będzie za duża presja, młodzi nie udźwignęliby odpowiedzialności. Mecz z Belgami jest dla doświadczonych graczy, ale przed nikim nie zamykam drzwi. Mam w głowie kilku graczy, którzy dostaną szansę. Nazwisk teraz nie powiem, nie chcę ich stresować. Powołam ich później. Zobaczymy, czy będą w stanie zrobić krok od poziomu ligowego do poziomu reprezentacyjnego.

Czy to znaczy, że po awansie selekcja zacznie się od nowa?

- Nie. Będzie po prostu więcej możliwości. Zacznę szukać zespołu na finały. Będzie miejsce i dla starych, i dla młodych. Bo znowu zobaczyłem u was paru młodych, utalentowanych zawodników. Jestem pod wrażeniem i uważam, że przyszłość może należeć do nich.

Holenderska prasa napisała, że jeśli Polska awansuje, szefem banku informacji będzie pana rodak Mario Been.

- Z Mario spędziliśmy świetny czas w Trynidadzie, to wszystko. Frans Hoek to najlepszy trener bramkarzy świata, zapewniam was o tym. I on zostanie. Pozostali moi asystenci będą Polakami.

Co z pana nowym kontraktem z PZPN?

- Mniej więcej wszystko jest jasne, ale podpisów nie złożyliśmy. I nie chodzi o pieniądze, tylko o inne warunki kontraktu.

Polsce kibice zastanawiają się, czemu Holender mieszka w Belgii?

- Nie chcę za dużo o tym mówić, powiedziałem ostatnio i w holenderskiej prasie zrobiła się wrzawa. Nie chcę już więcej żyć w Holandii. Jak wielu moich rodaków nie czułem się za dobrze w ojczyźnie. Ale to nie ma nic wspólnego z moim zawodem. Denerwowała mnie agresja, chuligańskie ekscesy na stadionach Ajaksu czy Feyenoordu. Wciąż mam holenderski paszport i jestem z tego dumny, ale mogę sobie wybrać, gdzie mieszkam - wolę bardziej ciche miejsca do życia.