Dramatyczne mecze piłkarzy Ruchu i Polonii

W meczach Ruchu z Polonią emocji nigdy nie brakowało. Dwa z nich były jednak szczególne. W 1952 roku w finale mistrzostw Polski chorzowianie rozgromili sąsiadów 7:0. Bytom długo czekał na rewanż. Dzień zemsty nadszedł 12 lat później - w ligowym meczu poloniści ograli niebieskich aż 8:0.
W 1987 roku Ruch i Polonia spadły z ekstraklasy na skutek przegranych baraży. Ruch wrócił już po jednym sezonie i od razu zdobył mistrzostwo kraju, poloniści czekali na powrót aż do tego roku. Sobotnie derby na Cichej są więc pierwszym od dwudziestu lat spotkaniem obu drużyn w ekstraklasie!

Cieślik składa samokrytykę

W listopadzie 1952 roku Ruch (wtedy Unia Chorzów) i Polonia (Ogniwo Bytom) spotkały się w finale mistrzostw Polski. Oba zespoły wygrały swoje grupy i w ten sposób uzyskały prawo gry o tytuł. Zadecydować miały o nim dwa mecze.

Polonię wszyscy wtedy chwalili. To był młody zespół, grający z młodzieńczym zapałem i ambicją, świetnie poukładany przez trenera Ryszarda Koncewicza. Gra Ruchu opierała się na doświadczonych graczach, jak Gerard Cieślik, Henryk Alszer, Czesław Suszczyk czy Ewald Cebula.

Dopiero na trzy dni przed pierwszym finałowym meczem ustalono, gdzie ma się on odbyć: w Chorzowie, Bytomiu, a może jeszcze gdzie indziej. Wszystko przez wydarzenia z rozegranego 19 października meczu Ruchu z Polonią (Kolejarzem) Warszawa. Na pięć minut przed końcem gry, gdy Polonia sensacyjnie wygrywała na Cichej 3:2, jej piłkarz Henryk Serafin brutalnie sfaulował na polu karnym Zygmunta Piedę. Gdy sędzia nie zareagował, rozwścieczeni kibice wtargnęli na boisko. Zamieszanie trwało kilka minut. Warszawianie uciekli do szatni, sytuację uspokoiła dopiero interwencja milicji.

Sędzia wznowił mecz. Po konsultacji z arbitrem liniowym wyrzucił z boiska brutala Serafina i podyktował rzut karny dla Ruchu, który Gerard Cieślik zamienił na wyrównującego gola.

„Trybuna Robotnicza” domagała się nazajutrz zamknięcia stadionu w Chorzowie oraz walkowera dla gości. Wyliczała przewinienia: bierna postawa piłkarzy Ruchu „przyglądających się, jak ich » sympatycy «kopią i biją zawodników warszawskich, brak jakiejkolwiek osłony boiska”.

Sprawa miała ciąg dalszy. Podczas gdy Polonia spokojnie szykowała się na finałowe mecze, nad Ruchem zbierały się ciemne chmury. Główna Komisja Kultury Fizycznej powołała komisję do zbadania chorzowskiego incydentu. Klubowi - jak chciał partyjny organ - rzeczywiście groził walkower i zamknięcie boiska.

Skończyło się na indywidualnych karach. 2 listopada GKKF postanowił m.in. o pozbawieniu Cieślika na rok funkcji kapitana drużyny. Pochwalony został jedynie Cebula, który w całym tym zamieszaniu próbował ratować polonistów przed linczem. Kilka dni później odbyło się nadzwyczajne zebranie terenowego koła sportowego Unia, na którym - w obecności posła na Sejm i przodownika pracy Wiktora Markiewki - jeszcze raz potępiono przebieg wydarzeń na stadionie.

Jak pisał "Sport", Cieślik przeprowadził samokrytykę , a jednogłośnie wybrany nowy kapitan Ruchu Suszczyk postawił wniosek o zorganizowanie dla członków koła regularnych pogadanek ideologicznych.

Kempny nosi to w sercu

Tak "nakręcony" Ruch przystąpił do finałowego meczu z Polonia. W pierwszym terminie (9 listopada) spotkanie nie doszło do skutku z powodu śniegu, który zasypał boisko na Cichej. 5 tys. widzów obejrzało tylko grę towarzyską, zakończoną remisem 2:2. Mecz został skrócony o 10 minut. "A powinien o 90" - kpiła "Trybuna".

13 listopada zagrano wreszcie na poważnie. Ruch rozbił w pył przeciwnika. Wynik 7:0 mówił wszystko. 4 gole strzelił Cieślik, po jednym Alszer, Jan Przecherka i Norbert Bochenek.

Henryk Kempny, jeden z asów ówczesnej Polonii, pamięta mecz sprzed 55 lat.

- Do dziś nie mogę dojść, jak to się stało, że przegraliśmy aż 0:7. Człowiek to ciągle jeszcze w sercu nosi - wzdycha 73-letni pan Henryk, który od 1989 roku mieszka w Niemczech.

W rozegranym trzy dni później rewanżu w Bytomiu padł bezbramkowy remis, ale to gospodarze byli bliżsi sukcesu. W bramce Ruchu uwijał się Ryszard Wyrobek, świetnej sytuacji strzeleckiej nie wykorzystał m.in. Kempny. Regulamin stanowił, że gdyby Polonia wygrała chociaż 1:0, doszłoby do trzeciego, decydującego meczu. A tak mistrzostwo Polski zdobył Ruch.

Mecze Ruchu z Polonią był wówczas zderzeniem dwóch światów. W Ruchu grali niemal sami chorzowianie, tylko Przecherka pochodził z Bytomia Bobrka, a Cebula z sąsiednich Świętochłowic. W Polonii połowę drużyny stanowili urodzeni za wschodnią granicą: Aleksander Olejniczak, Lesław Procak i Mieczysław Kruk ze Lwowa oraz Lesław Buczma i Kazimierz Trampisz ze Stanisławowa. Lwowiakiem był też trener Koncewicz, który w poprzednim sezonie prowadził... Ruch.

Polonia w 1954 roku zdetronizowała Ruch i sięgnęła po swoje pierwsze mistrzostwo Polski.

- Ruch i Polonia to były jednakowo dobre drużyny. My w szatni jeszcze długo powtarzaliśmy sobie, że Ruchowi raz w życiu taki mecz się udał - mówi Kempny Jego syn Krzysztof był także piłkarzem i trenerem, teraz w młodzieżowej drużynie Eintrachtu Trier gra wnuk Thomas. Kempny, który 16 razy wystąpił w reprezentacji Polski, zawsze szuka w gazetach wyników polskiej ligi. - Dobrze idzie Polonii. Widać, że nie zawsze pieniądze są w sporcie najważniejsze. Żeby tylko mogli wreszcie grać na swoim stadionie - mówi.

Bytomianie po raz drugi zdobyli mistrzostwo w 1962 roku, ale na wyrównanie rachunków z Ruchem musieli jeszcze poczekać. Zemsta za listopadową klęskę sprzed lat dopełniła się dopiero w 1964 roku.

Dziwisz obwinia Węgrów

W sezonie 1964/65 Ruch, jak 12 lat wcześniej, znów przystępował do ligowego meczu z Polonią targany kłopotami. Po pięciu kolejkach rozgrywek zajmował kompromitujące, ostatnie miejsce w tabeli. Polonia była za to wiceliderem.

Kiedy niebieskim przytrafiła się wpadka z debiutującą w ekstraklasie Unia Racibórz (1:2 na własnym boisku!) kibice zażądali natychmiastowego zebrania z udziałem piłkarzy i trenerów. Podczas spotkania padły oskarżenia, że na przykład Antoni Nieroba albo Eugeniusz Faber chyba celowo źle grają, że fatalnie jest z kondycja piłkarzy.

Trener Augustyn Dziwisz tłumaczył rozżalonym kibicom, że jest tak samo zaskoczony złymi wynikami, jak oni. A następnie zrzucił winę na... Węgrów. - Zagraniczni trenerzy Ruchu [najprawdopodobniej chodziło o jego poprzedników: Sandora Tatraia i Lajosa Szolara - przyp. red.] narzucili drużynie styl, który nie odpowiada polskim zespołom. Jest niezmiernie trudno zmienić taki sposób gry - usprawiedliwiał się Dziwisz. Obecni na spotkaniu piłkarze, Nieroba i Kazimierz Polok, też nie potrafili sensownie odpowiedzieć, co się dzieje z Ruchem.

"Najczarniejszy dzień w historii Ruchu. Drużyna Fabera wyliczona do 8" - krzyczał tytuł w "Sporcie" po rozegranym 5 września 1964 roku meczu w Bytomiu. 18 tys. kibiców obejrzało rekordową wygraną Polonii 8:0. Gole strzelili: Jan Liberda i Norbert Pogrzeba po 3, Jan Banas i Gerard Lukoszczyk. Dziennikarze podkreślali, że trenowana przez Michała Matyasa Polonia wcale nie rozegrała jakiegoś nadzwyczajnego meczu, choć chwalili Pogrzebę, Pawła Orzechowskiego i Zygmunta Anczoka. To Ruch zagrał tak fatalnie! "Sport" walił prosto w oczy: "W całej drużynie Ruchu nie było ani jednego piłkarza, o którym można by powiedzieć coś pozytywnego".

Łysko do dziś nie wie

- Co się stało? Do dziś nie wiem, byliśmy bezradni. Ruch był wtedy bez formy, atmosfera też nie była najlepsza. To najcięższa porażka w mojej karierze - przyznaje dawny piłkarz Ruchu, Alojzy Łysko, który grał w tamtym spotkaniu.

Legendarny Edward Szymkowiak nudził się w bramce Polonii, bo rywale w całym meczu oddali tylko dwa strzały w jego kierunku. Po drugiej stronie boiska, między słupkami stało tego dnia aż trzech bramkarzy. Przez pierwsze pół godziny bronił w Ruchu Henryk Pietrek, potem Jan Barow, a po jego kontuzji od 70. minuty do bramki wszedł napastnik Alojzy Gasz. Polonia prowadziła już wtedy 8:0. Na widowni mówiono, że piłkarze Polonii uszanowali osłabienie Ruchu i nie chcieli dobijać leżącego już przeciwnika.

- Znalazłoby się wtedy u nas więcej chętnych do zastąpienia Barowa. Mieliśmy już serdecznie dość biegania po boisku - śmieje się Łysko.

Kibice Ruchu wypełnili w jednej trzeciej stadion Polonii. Wracali z Bytomia załamani. Byli tacy, co płakali. "To już koniec z Ruchem. Nic go teraz nie uratuje przed degradacja do II ligi" - mówili kibice dziennikarzowi "Sportu".

Następnego dnia Dziwisz podał się do dymisji, a nowym trenerem został Artur Woźniak. Ruch skończył wtedy ligę na 7. miejscu, Polonia na 5. - Duch wrócił do drużyny. W kolejnym meczu pokonaliśmy Legię 2:1 - przypomina sobie Łysko. I dodaje, że ma w sportowym życiorysie kilkudniowe treningi w Polonii. - Odezwał się jednak Ruch, a mnie bardziej pasowała gra w Chorzowie. Nic do Polonii jednak nie miałem. Nie nazwałbym tego serdeczną przyjaźnią, ale poza boiskiem spotykałem się z polonistami, Jasiem Liberdą czy nieżyjącym już Jurkiem Jóźwiakiem - mówi. Łysko ma 72 lata, ale nadal go ciągnie do piłki. Jest szkoleniowcem w piątoligowym MKS-ie Siemianowice Śląskie. - Trzeba coś robić, przynajmniej codziennie jestem w ruchu - śmieje się.

Kilka dni po bytomskim meczu czterech piłkarzy Polonii: Szymkowiak, Liberda, Banaś i Ryszard Grzegorczyk oraz Faber z Ruchu zagrało wspólnie w reprezentacji w towarzyskim meczu z Czechosłowacją. I pokonali 2:1 aktualnych wicemistrzów świata.