Sport.pl

Dyskobolia Grodzisk Wlkp. pokonała Lecha Poznań

Po zwycięstwie 1:0 gracze z Grodziska wyprzedzili "Kolejorza" w tabeli


Gdy sędzia Robert Małek rozpoczął derby Wielkopolski, piłkarze Dyskobolii Grodzisk Wlkp. i Lecha Poznań wiedzieli już o porażce Legii Warszawa. Zwycięzca miał więc szansę dołączyć do ścisłej ligowej czołówki. - To nas chyba za bardzo usztywniło - stwierdził po spotkaniu Marcin Kikut z "Kolejorza". Stawka meczu była duża - zwycięzca zyskiwał znakomitą przepustkę do pościgu za czołówką.

Mecz w Grodzisku Wlkp. rozpoczął się dziesięć minut przed godz. 21 - tak późno nie zaczynał się mecz ekstraklasy w tym stuleciu. Było już zimno, bowiem w ten piątek - zgodnie z zapowiedziami - zaatakowała zima, sypiąc śniegiem z deszczem. Na trybunach jednak atmosfera była gorąca. Na stadionie w Grodzisku Wlkp. pojawiła się bowiem rekordowa liczba kibiców - ok. 6,5 tys. Aby sympatycy Lecha mogli szczelniej wypełnić sektor za jedną z bramek, wymontowano nawet z niego krzesełka. - Gramy u siebie - skandowali fani "Kolejorza".

Spotkanie początkowo było żywe i emocjonujące. Obie drużyny miały nawet po jednej świetnej sytuacji bramkowej, które jednak nie wynikały z pomysłowości graczy ofensywnych, ale kiksów obrońców. Najpierw pomylił się Zlatko Tanevski z Lecha - Adrian Sikora pomknął na bramkę "Kolejorza" - na skraju pola karnego zdecydował się na zagranie do Filipa Ivanowskiego, ale trafił prosto w Dawida Kucharskiego. W 15. min pomylił się za to Radek Mynar - piłkę na środku boiska przejęli lechici. Czterech rozpędzonych graczy Lecha miało naprzeciwko siebie tylko bramkarza Sebastiana Przyrowskiego i dwóch cofających się obrońców. Piotr Reiss zagrał do Marcina Zająca, ale najskuteczniejszy piłkarz Lecha trafił w bramkarza Dyskobolii.

Później takich sytuacji już nie było. Obie drużyny uważały na najgroźniejszych graczy rywali. Gdy Lech wykonywał rzut rożny, a na środku boiska pozostawał Adrian Sikora, to obok niego jak cień przesuwał się najszybszy w poznańskiej ekipie Zając. I odwrotnie. Wbrew zapowiedziom obu stron derby nie były więc otwartym meczem. Drużyny skupiły się raczej na neutralizowaniu mocnych punktów rywala niż na zdobyciu gola za wszelką cenę. Na poziom i tempo meczu nie można było jednak narzekać i pod tym względem spotkanie przypominało ostatni mecz Lecha z Legią.

Trener Lecha Franciszek Smuda kręcił za to nosem na niektóre decyzje sędziego. - Co tu się dzieją za jaja - krzyknął i spojrzał w stronę trybuny honorowej, po tym jak Robert Małek odebrał Lechowi wrzut z autu. Potem Smuda był jeszcze bardziej nerwowy. - To jest skandal! - krzyczał, gdy Lech przegrywał już 0:1.

Wcześniej jednak poznaniacy mieli drugą idealną szansę. Hernan Rengifo sprytnie wypuścił Reissa, ten przerzucił już piłkę nad Przyrowskim, ale sprzed pustej bramki wybił ją głową Mynar.

Dyskobolia nie miała takich okazji, a mimo to zdobyła gola. Jarosław Lato dobrze zamknął akcję i precyzyjnym strzałem posłał do siatki piłkę podaną przez całe pole karne przez Piotra Piechniaka. Rozpoczęła się wymiana ciosów - akcje sunęły raz na jedną, raz na drugą bramkę. Tyle że im bliżej było końca, tym zagrania były mniej przemyślane i klarownych sytuacji już się nie doczekaliśmy.

Dyskobolia Grodzisk Wlkp. - Lech Poznań 1:0 (0:0)

Bramka: 1:0 Lato (68., po podaniu Piechniaka)

Dyskobolia: Przyrowski - Mynar, Jodłowiec, Yunisoglu, Sokołowski - Piechniak Ż (85. Lazarevski), Kumbev, Majewski (72. Babnić), Lato - Sikora, Ivanovski (89. Kozioł).

Lech: Dolha - Kikut Ż, Kucharski, Tanevski, Djurdjević - Zając (69. Pitry), Murawski Ż, Injac, Wilk (87. Florian) - Rengifo Ż, Reiss (83. Micanski).

Sędziował Robert Małek z Zabrza

Widzów 6,5 tys.