Polski trener pracuje z reprezentacją Gwinei

Jak wybić się w jednym z najuboższych państw świata, utrzymać kilkudziesięcioosobową rodzinę i na dodatek stać się bohaterem narodowym? - To wie każdy Gwinejczyk. Grać w piłkę! - śmieje się Krzysztof Zięcik, były piłkarz GKS-u Jastrzębie, dziś asystent selekcjonera jednej z najsilniejszych afrykańskich reprezentacji.


47-letni Zięcik od osiemnastu lat mieszka i pracuje we Francji. Wyjechał z Polski po spadku jastrzębskiego klubu do drugiej ligi w 1989 roku. Na początku grał w piłkę w amatorskim klubie z Vouziers, potem przeszedł do Peronne, które rywalizowało w lidze regionalnej. Pracując w Peronne, postanowił uzyskać dyplomy trenerskie, którymi może pochwalić się we Francji bardzo elitarne grono szkoleniowców. Trzy lata temu zdobył uprawnienia, którymi poza nim mogło się poszczycić tylko dwóch trenerów pracujących nad Loarą!

Futbol na bosaka

To była wystarczająca rekomendacja, by z prośbą o współpracę zadzwonił do niego Francuz Robert Nouzaret, trener reprezentacji Gwinei. I tak Zięcik został asystentem trenera biednego kraju położonego na zachodnim wybrzeżu Afryki.

"Syli Nationale" nie należą do potentatów futbolu. Grająca od 1960 roku reprezentacja nigdy nie zakwalifikowała się do mistrzostw świata. W Pucharze Narodów Afryki też radziła sobie przeciętnie. Mieszkańcy Konakry, stolicy państwa, oszaleli ze szczęścia tylko raz, gdy w 1976 roku Gwinejczycy zajęli w kontynentalnych mistrzostwach drugie miejsce.

Teraz przed Nouzaretem i Zięcikiem trudne zadanie poprawienia tego osiągnięcia. - Do mistrzostw Afryki, które na przełomie stycznia i lutego odbędą się w Ghanie, awansowaliśmy z pierwszego miejsca w grupie. Wszyscy mamy nadzieję na dobry wynik - tłumaczy. Jak jednak osiągnąć sukces w kraju, w którym jest tylko jedno trawiaste boisko, liga rozgrywa swoje spotkania na klepiskach, a piłkarze kopią piłkę przeważnie na bosaka?! - Najważniejszy jest entuzjazm! Gdy latem trenowaliśmy w Konakry, każdy nasz ruch śledziły tysiące osób. Wychodziliśmy na ulicę, a ludzie przystawali i bili brawo. Tam wszyscy i wszędzie grają w piłkę. Wystarczy, że grupka osób ustawi na ulicy dwa kamienie, które robią za bramkę, i już żaden autobus nie przejedzie. Kierowca czeka tak długo, aż skończy się mecz! Młodzi ludzie grają przeważnie na bosaka, gdy mają sandały, to już jest luksus - tłumaczy Zięcik.

Tydzień w jednym dresie

Od wielkiego zainteresowania kibiców tylko krok do fanatyzmu. Polak doświadczył tego podczas jednego z treningów w stolicy Gwinei. - Na zajęcia przyszło piętnaście tysięcy osób. Po treningu wbiegli na boisko. Miałem niezłego stracha, bo moi piłkarze uciekli do szatni i zostałem na środku murawy sam. Chcieli mnie rozebrać, interesowało ich wszystko. Spodenki? Skarpetki? Proszę bardzo! Musiałem ich postraszyć, głośniej krzyknąć, inaczej nie daliby mi spokoju - wspomina.

Wyjazdy do Gwinei to jednak rzadkość, bowiem większość reprezentantów gra w Europie. - Gdzie ich nie ma! Liga francuska, belgijska, szwajcarska, turecka, a nawet szkocka. Kilku zawodników szuka też szczęścia w bogatych klubach z Kuwejtu czy Arabii Saudyjskiej - wylicza Zięcik.

Gwiazdą drużyny jest dziś 26-letni Pascal Feindouno, napastnik francuskiego St. Etienne. Kibice kochają też urodzonego we Francji Kabe Diawara, zawodnika tureckiego Gaziantepsoru.

Zięcik przyznaje, że dla młodych Gwinejczyków przyjazd do Europy to wielkie wyróżnienie, ale i wielki szok cywilizacyjny. Zdradza, że jeden z jego podopiecznych po przyjeździe do Francji chodził przez tydzień w jednym dresie. Nie ściągał go nawet do spania!

- To typowi Afrykańczycy. Czas nie ma dla nich żadnego znaczenia. Najchętniej przychodziliby na trening, kiedy sobie przypomną. W klubach jeszcze się jakoś trzymają, ale gdy przyjadą na zgrupowanie reprezentacji, to puszczają im wszelkie hamulce. W drodze, w szatni, na treningu cały czas towarzyszy im muzyka. A jak muzyka, to śpiew i taniec. Czasami im odpuszczam i sami sobie robią "afrykańską rozgrzewkę", czyli po prostu tańczą - mówi.

Prezes je rękami

Piłkarze z Afryki czas najchętniej spędzają w grupie. - W ostatnią niedzielę graliśmy w Paryżu towarzyski mecz z Senegalem [zespół trenera Henryka Kasperczaka wygrał 3:1 - przyp. red.]. Po tym spotkaniu wracałem do domu z jednym z moich piłkarzy. Miał wielki, siedmioosobowy samochód, a i tak ledwo się zmieściłem, bo wszystkie miejsca zajęli jego serdeczni koledzy - śmieje się.

Zięcik, który ma też dyplom trenera fizjologa, żartuje, że przestrzeganie zdrowego trybu życia to dla przeciętnego Gwinejczyka zagadnienie równie egzotyczne co lot na księżyc. - Najchętniej w kółko jedliby swój ryż z pikantnym sosem. Nie powiem, to bardzo dobre, ale nie trzy razy dziennie! Czasami nie mamy jednak wyjścia i musimy zgodzić się na wspólne biesiadowanie. Do piłkarzy dołączają wtedy ich kobiety, które przygotowują strawę. Jedzą wszyscy razem, oczywiście rękami, na czele z prezesem krajowej federacji piłki nożnej.

Gwinejczykom trudno przyzwyczaić się do europejskiego jedzenia. Szczególnie nie lubią sałatek. - Zauważyłem, że zawsze je omijali i od razu przechodzili do dania głównego, czyli mięsa. Teraz uprzedzamy kelnerów, by nie przynosili na stoły mięsa, dopóki nie zjedzą zieleniny. Kolejność nie ma dla nich żadnego znaczenia, a już najlepiej to jeść wszystko naraz. W Tunezji zaczęli od deserów! Zaraz potem zrobiliśmy zebranie i wytłumaczyliśmy im, że ciasta je się na końcu - opowiada.

Gwinejczyk godzi się jednak na podróż w nieznane, na bolesne zderzenie z europejską kulturą, bo to dla niego często jedyna szansa, by zapewnić swoim rodzinom byt i dostatek. - Każdy mężczyzna jest zobowiązany wziąć na utrzymanie potrzebujących i to nie tylko z najbliższej rodziny. Podczas pobytu w Konakry zaskoczył mnie nasz lekarz, którzy zdradził, że pod jego dachem gości się na stałe 21 osób, a warto dodać, że miał tylko trójkę dzieci!

Wróci do Polski?

Zięcik pomaga nie tylko przy prowadzeniu pierwszej reprezentacji, latem osiągnął największy sukces w trenerskiej karierze i poprowadził młodych Gwinejczyków do wicemistrzostwa podczas Igrzysk Afrykańskich. Do ważnych zadań trenera należy też obserwacja kadrowiczów grających w Europie. - Mieszkam na północy Francji, a stamtąd już tylko rzut kamieniem do Belgii. Był taki moment, że spędzałem tam każdy weekend, obserwując naszych piłkarzy. Sprawdzałem, w jakiej są formie, czy grają - wyjaśnia.

Do czasu mistrzostw w Ghanie Zięcik skupia się tylko na pracy z reprezentacją Gwinei, potem nie wyklucza powrotu do Polski. Zdradza nam, że już latem miał propozycję pracy od dużego polskiego klubu. Odmówił jednak z powodów rodzinnych.