Marek Plawgo: Wiem, że mogę wygrać z każdym

- Nie powiem, że w Pekinie zdobędę złoto. Ale dzięki medalowi w mistrzostwach świata wiem, że mogę wygrać z każdym - mówi Marek Plawgo
Radosław Leniarski: Jeszcze nie tak dawno klepał pan sportową biedę. A tu nagle brąz w mistrzostwach świata, zwycięstwo w Golden League w Berlinie, w Światowym Finale IAAF i innych mityngach. Co pan zrobi chociażby z 30 tysiącami dolarów nagrody za zwycięstwo w światowym finale IAAF?

Marek Plawgo: Jeszcze nie wiem. To wszystko stało się tak niespodziewanie. Start w Stuttgarcie miał być przede wszystkim rewanżem za mistrzostwa świata. Myślałem o tym, że muszę pokonać mistrza olimpijskiego Feliksa Sancheza i mistrza świata Kerrona Clementa. Chodziło o satysfakcję ze zwycięstwa. I satysfakcja naprawdę była ogromna. A potem dopiero przyszła refleksja, że zarobiłem strasznie dużo pieniędzy, najwięcej w karierze. Nie chcę, by to zabrzmiało małostkowo, 30 tys. dol. to bardzo dużo w kategorii miesięcznych zarobków, ale jednak za mało, aby w coś zainwestować. Krótko mówiąc, pieniądze będą na koncie.

Dziennikarze - po trosze ja również - zaczęli uważać, że najlepsze czasy ma pan już a sobą, a tu taki zryw....

- Nie licząc zwykłych dla sportowców obtarć, naciągnięć czy przeziębienia, od roku nie miałem żadnej kontuzji i poważniejszej choroby.

Po drugie, zniknęła największa bolączka techniczna mojego biegu, czyli zbyt wolne pierwsze 200 metrów. Bardzo mocno nad tym pracowałem, ale pierwsze oznaki, że coś się dzieje, miałem dopiero na ostatnim obozie przed mistrzostwami świata. Jak zobaczyłem czas w biegu na dziesięć płotków, to wiedziałem, że jestem w stanie biec w granicach rekordu Polski. Ten czas był najlepszym psychologiem.

Wreszcie - doświadczenie. Coś się we mnie zmieniło. Już nie jestem tak lekkomyślny, by odpuścić trening, a kiedyś odpuszczałem i 30 proc. zajęć. Miałem sporo wody sodowej, jako młodemu chłopakowi wszystko mi wychodziło. Czy trenowałem więcej, czy mniej, cały czas byłem szybszy. Teraz ciężko się poprawić. Aby zrobić skok do przodu, potrzebowałem jednego sezonu bez kontuzji. I się przydarzył.

To teraz znowu czeka nas Plawgo odpuszczający, bo wszystko zaczęło wychodzić?

- Nie. Teraz na każdym treningu myślę o jednym - o starcie w Pekinie. Wiem, co poprawić. Na przykład muszę szybciej biegać płaskie 400 metrów, aby pobiec 47,5 s przez płotki. Tymczasem jedyny bieg w tym roku na płaskie 400 metrów był moim najsłabszym od wieku juniora.

Mistrz świata Clement też nie będzie przed igrzyskami leżeć do góry brzuchem...

- Clement jest nieobliczalny. Jego olbrzymią przewagą jest to, co się dzieje między płotkami. Moją - to, co nad płotkami. Oglądałem wielokrotnie finałowy bieg mistrzostw świata. Gdyby nie kilka błędów, Clement mógł nawet zejść poniżej 47 sekund, może nawet pobić rekord świata Kevina Younga (46,78 s). Jeśli nie poprawi techniki, jest do pokonania.

Gdy pan biegnie na ostatnich metrach, to wygląda, jakby inni stawali. W czym tkwi tajemnica takiego biegania?

- Tajemnica? Po prostu najmniej ze wszystkich zwalniam. Taki styl dyktuje mi doświadczenie i organizm. W biegu przez płotki można zmierzyć czas, w jakim biegacz pokonuje dystans od jednego płotka do następnego. Zawsze to tyle samo metrów i zawsze każdy kolejny odcinek jest wolniejszy. Po pewnym czasie z rytmu 13-krokowego trzeba przejść na 14 kroków, potem na 15 kroków. Jeśli zmienisz rytm za szybko - klapa, jeśli za późno - klapa. Jeśli za płotkiem odbijesz się zbyt ciężko, klapa. Nie odzyskasz rytmu, nie rozpędzisz, bo zaraz następna przeszkoda. Technika musi być w każdym biegu optymalna. Najlepiej wsłuchać się w organizm i reagować na bieżąco. Wtedy jest łatwiej. Ale w każdym biegu jest inaczej.

To jest tak fajna konkurencja, że każdy znajdzie sobie w niej miejsce. Kevinowi Youngowi nie przeszkadzały płotki, właściwie niemal ich nie zauważał. Ja jestem bardziej technikiem, u Clementa i Jamesa Cartera ważny jest bieg między płotkami.

Skąd pewność, że ciężkie kontuzje nie powtórzą się?

- Pewności nie ma, ale wiem już, jak postępować i do kogo się zwrócić o pomoc. Przecież nawet przed mistrzostwami świata juniorów w Santiago de Chile [złoty medal, 2000 r.] miałem kontuzję stawu skokowego. Ale pokazałem wtedy mołojecki charakter. Mimo bólu wystartowałem i zdobyłem złoto, ale zapłaciłem za to kolejnymi skręceniami, degeneracją stawu.

Ale te kontuzje - a raczej to, co było po nich - wbrew pozorom nie załamywały mnie psychicznie, lecz wzmacniały. Bo szybko po nich dochodziłem do formy i myślałem wtedy: Marku, w tobie drzemie wielki potencjał, skoro biegasz tak szybko po krótkim treningu.

Do części lekarzy mam największy żal za postawienie nieodpowiedniej diagnozy. Długo trwało, zanim przed igrzyskami w Atenach, które odbywały się w sierpniu, lekarze zorientowali się, że to, co mi dolega, to nie uraz ortopedyczny, tylko przepuklina. A pierwszy raz zabolało mnie w styczniu.

Kiedy po 2005 r. nasiliła się inna kontuzja, lekarze w Instytucie Sportu powiedzieli, że czeka mnie operacja, po której nie będę mógł biegać przez dziewięć miesięcy, a i tak nie dają mi żadnej gwarancji, że wrócę do sportu. Jak to usłyszałem, nogi mi się ugięły. Nie zastanawiałem się, jak z tego wybrnąć, tylko co będę w życiu robił. To były dramatyczne chwile. Na szczęście mój włoski menedżer zaczął myśleć bardziej konstruktywnie. Zasięgnął języka wśród lekarzy Milanu i okazało się, że moja kontuzja jest powszechna wśród piłkarzy. Stamtąd już był krok do Szweda, który leczył między innymi Davida Beckhama i Christiana Ohlssona [szwedzki trójskoczek]. Po badaniach powiedział, że faktycznie potrzebny jest zabieg, ale dwa tygodnie po nim będę mógł truchtać, a po trzech tygodniach założę kolce. Dokładnie tak było. Zresztą przed Atenami z wyleczeniem przepukliny też pomogło mi środowisko lekarzy piłkarskich. Cudem wystartowałem i byłem szósty w finale! Teraz już wiem, do kogo iść po pomoc za granicą i w Polsce, gdzie są również lekarze z pasją. Ze szwedzkim lekarzem jesteśmy przyjaciółmi.

Z psychiką startu nie mam problemów, ale nie wyobrażam sobie, że w kadrze zabraknie psychologa. Jest u Małysza, jest u Otylii, jest u Kubicy. Dlaczego ma nie być u lekkoatletów. Ja bym bardzo chciał. Poprzednie sesje, które sam sobie załatwiłem, bardzo mi pomogły.

Jest pan pełen energii i właściwie pierwszy raz widać u pana entuzjazm...

- Wie pan, co w tym brązowym medalu i zwycięstwie w Stuttgarcie jest najważniejsze? Nie tylko satysfakcja z wyniku, z rekordu Polski. Najważniejszy jest niesamowity kop motywacyjny. Dzięki medalowi i zwycięstwu w Stuttgarcie wiem, że mogę z każdym wygrać. Tylko trzeba w odpowiednim momencie treningu, kiedy już nie ma się siły, powiedzieć sobie: Marek, jeszcze jedno okrążenie. Nie powiem, że w Pekinie zdobędę złoty medal. Sport jest pod tym względem okrutny i mogę dać z siebie wszystko, pobić rekord życiowy, a jednak być na mecie piąty albo szósty. Ale nie będę miał do siebie pretensji, jeśli będę wiedział, że nie zmarnowałem ani godziny treningu.

Marek Plawgo

26 lat
mistrz świata juniorów na 400 m ppł. w 2000 r
wyrównał rekord Polski seniorów już w pierwszym międzynarodowym seniorskim starcie w 2001 r
pobił rekord Polski na mistrzostwach świata w Osace w 2007 r
dwukrotny brązowy medalista mistrzostw świata (indywidualnie na 400 m ppł. i w sztafecie 4 x 400 m)
wicemistrz Europy 2006, dwukrotny złoty medalista halowych ME w 2002 r