Czego boi się Sepp Blatter?

FIFA nie chce amerykanizacji futbolu. Sepp Blatter, szef światowej federacji piłkarskiej, zapowiedział szybkie wprowadzenie regulacji, które uniemożliwią przenoszenie klubów z miasta do miasta i nabywanie miejsc w wyższych ligach za pieniądze. Co spowodowało takie deklaracje Szwajcara?
Nie przypadek Pogoni, która była wcześniej Piotrcovią, ani obawa, że prezes Drzymała przeniesie swój Groclin do Szczecina czy Gdańska. Takimi wydarzeniami w egzotycznych krajach FIFA raczej się nie zajmuje. Co innego Hiszpania. Tutaj kupienie przez zespół Granada 74 miejsca w drugiej lidze (za 20 mln euro od Ciudad de Murcia) spowodowało sądowy spór między FIFA a właścicielem klubu - Carlosem Marsą. Biznesmen działał zgodnie z przepisami i to jemu w końcu przyznał rację Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu. Grenada gra w drugiej lidze hiszpańskiej, a Blatter boi się, że klub z południa Półwyspu Iberyjskiego znajdzie naśladowców.

Żadne jednak przepisy nie zahamują dążenia właścicieli klubów do maksymalizacji zysków. Zawodowy sport to przede wszystkim biznes. FIFA może sobie uściślać przepisy i wprowadzać swoje zakazy, a i tak zdana jest na łaskę klubów, które utrzymują na co dzień piłkarskie gwizdy i wyrobników, którzy wypełniają składy podczas piłkarskiego mundialu. Wielkie kluby mogą sobie w każdej chwili stworzyć własne rozgrywki, co zagwarantowała im Komisja Europejska przed ponad dziesięciu laty, gdy orzekła, że organizacje piłkarskie nie nogą wykorzystywać swojej monopolistycznej pozycji do blokowania innych rozgrywek piłkarskich.

Wystarczy więc, że wielkim klubom zrzeszonym w ekskluzywnej grupie G-14 nie będzie już odpowiadać formuła Ligi Mistrzów, by stworzyły swoje niezależnie od UEFA rozgrywki. Na razie Michel Platini - obecny szef UEFA - zapowiada takie reformy Champions League (miejsca dla zdobywców krajowych pucharów, umożliwienie gry w fazie grupowej klubom z biedniejszych lig europejskich, m.in. polskiej), które bardzo nie podobają się G-14. Jeśli znalazłby się odpowiedni partner - czyli potężny koncern medialny - to w Lidze Mistrzów graliby ze sobą mistrzowie Polski czy Rumunii, a Hiszpanie, Niemcy, Anglicy i Włosi stworzą sobie swoje rozgrywki.

Podobne przypadki zdarzyły się już w historii sportu, i to wcale nie w Ameryce, ale także w Europie. Już w 1884 r., gdy Angielski Związek Piłkarski (FA) chciał utrzymać amatorski status futbolu, kilkadziesiąt klubów założyło własny Brytyjski Związek Piłkarski. Secesja zakończyła się po roku, gdy FA dopuścił zawodowców do gry w swoich rozgrywkach.

W bliższych nam czasach rewolucji w angielskiej lidze rugby 13-osobowego dokonał Ruppert Murdoch - szef News Corporation - jeden z największych firm medialnych na świecie. Liga zmieniła system rozgrywek. Zamiast systemem jesień - wiosna od 1996 r. gra od lutego do października. Wprowadzono play-off z wielkim finałem na zakończenie rozgrywek (w sobotę na stadionie Old Trafford zwycięstwo Leeds nad St. Helens oglądało ponad 71 tys. widzów). Jedno miejsce w lidze zagwarantowano zespołowi z Francji. W lidze obowiązuje ograniczenie wydatków na płace dla zawodników (salary cap). Od sezonu 2009 liga zostanie zamknięta, czyli nie będzie można z niej spaść. Murdochowi nie udało się tylko jedno - nie zmusił klubów do połączenia się w większe regionalne organizmy.

Coś podobnego udało się za to Walijczykom w rugby 15-osobowym - tyle tylko, że tam inicjatorem przedsięwzięcia była sama federacja (WRU), która doszła do wniosku, że mała Walia nie jest w stanie "wyżywić" dziewięciu zawodowych klubów w pierwszej lidze. Postanowiono więc powołać do życia pięć regionalnych zespołów, które utworzyły razem z czterema klubami z Irlandii i trzema ze Szkocji Ligę Celtycką. Po roku (w 2004 r) WRU odkupiła jeden z walijskich klubów od jego właściciela i... zlikwidowała. Okazało się, że pięć to też za dużo. O wszystkim decyduje rynek.

Blatter może stać na straży swoich pryncypiów - spadków i awansów itp. O przyszłości futbolu będą decydować jednak kluby i ich telewizyjni sponsorzy. One poparły Grenadę 74.