Nasz sport płaci za fajerwerki

Odkąd ratusz wymyślił hasło ?Bydgoszcz miastem sportu?, w naszym mieście ze sportem zaczęło się dziać coraz gorzej. Nikt się jednak nie spodziewał, że będzie aż tak źle, a symbolem upadku stanie się dramatyczny los żużlowej drużyny Polonii.




Reklamowe banery ze zdaniem "Bydgoszcz miastem sportu" stały także na stadionie Polonii, kiedy bydgoska drużyna przegrywała mecz o utrzymanie w ekstralidze z ZKŻ Zielona Góra. Dla tysięcy mieszkańców naszego miasta, dla których Polonia (jedyny polski klub, który od 1951 r. nieprzerwanie startował wśród najlepszych w kraju) jest jednym z symboli miasta, to promocyjne hasło skrzeczało w tym miejscu najgłośniej.

Maciej Grześkowiak, nowy doradca prezydenta Konstantego Dombrowicza ds. promocji, kultury, sportu i mediów, powiedział niedawno dla naszej "Gazety", że sport jest jednym z najlepszych sposobów na reklamowanie miasta.

To prawda. Dlatego Bydgoszcz stała się "miastem sportu", a właściwie miastem wielkich wydarzeń sportowych - bo tak naprawdę powinien brzmieć ten slogan. Wyliczmy tylko te dwa najważniejsze, które czekają nas niedługo: rok 2008 - mistrzostwa świata juniorów w lekkiej atletyce, rok 2009 - mistrzostwa Europy w koszykówce.

I to niewątpliwie racja, że nasze miasto zyska na popularności dzięki tym wielkim wydarzeniom. Jednak postawienie na tego rodzaju promocję na zewnątrz kosztuje. I to bardzo dużo. Tych pieniędzy zabrakło potem na pomoc sportowym klubom w mieście. Tego właśnie żałują kibice, dla których sukcesy ich zespołów są zawsze najważniejsze. Oni zapełniają trybuny bydgoskich stadionów i tam realizują hasło: "Bydgoszcz miastem sportu". Ich nie ma w składzie ratuszowej delegacji jadącej np. na ME koszykarzy do Hiszpanii, żeby tam przez tydzień "zbierać doświadczenia".

Skoro mowa o pieniądzach, przypomnijmy sobie, jak ratusz podzielił kasę na zawodowy sport w 2006 r. Było tego 2,5 mln. Po 400 tys. zł dostali żużlowcy Polonii, siatkarki Pałacu i koszykarze Astorii. 180 tys. poszło dla siatkarzy Chemika, którzy wówczas walczyli udanie o awans do ekstraklasy. Z wielkich imprez sportowych najwięcej przeznaczono na żużlowe Grand Prix na Polonii - 500 tys. zł. 320 tys. otrzymali organizatorzy Festiwalu Lekkoatletycznego.

A teraz przyjrzyjmy się, jak podzielono miejskie pieniądze na zawodowy sport na początku tego roku. Było ich ponad 5 mln zł. Dużo więcej, ale najlepsze kluby sportowe dostały z tego jednak już tylko 1,3 mln. Prawie dwa razy więcej pieniędzy Bydgoszcz zapłaciła urzędnikom Międzynarodowej Federacji Koszykówki (za mistrzostwa Europy) oraz specom od żużlowego Grand Prix. Komisja, którą kierował Soroko, podzieliła pieniądze w ten sposób, że 1,75 mln - rata za ME w koszykówce, 600 tys. - Grand Prix; to byli dwaj liderzy na liście wydatków. Kluby dostały znacznie mniej. Dwie jedyne obecnie bydgoskie drużyny występujące w ekstraklasie: siatkarki Pałacu i siatkarze Chemika otrzymały po 210 tys. Cięcia były potężne. Znacznie większe niż przed rokiem, kiedy po raz pierwszy rozdawano "miejską mannę". Dotyczyły też nie tylko tych największych i najbardziej obdarowanych, ale także mniejszych klubów, np. piłkarskich. Przed rokiem 10 tys. zł trafiło do IV-ligowego Stowarzyszenia Piłkarskiego Zawisza. Teraz nie dostało ono ani grosza. To samo dotyczy piłkarzy Chemika.

Cięcia nie dotyczyły tylko żużlowców. Polonia Bydgoszcz dostała 400 tys. zł, oprócz tych 600 tys. na organizację Grand Prix. Milion więc w sumie nie pomógł drużynie, ale to już efekt słabego składu zespołu, fatalnie zbudowanego przez prezesa Leszka Tillingera. Pisaliśmy o tych błędach już wiele miesięcy temu. Szef Polonii nie chciał tego słuchać, a to było przecież pewne, że z zawodników ściągniętych z klubów I ligi da się skonstruować ekipę tylko na miarę I ligi. I to się właśnie Tillingerowi udało.

Jaka była więc ocena poczynań prezesa w sportowej spółce, w której najważniejszym udziałowcem jest miasto? Pochwała za dobre wyniki finansowe. Pewnie słuszna, bo Polonia niewątpliwie zarobiła doskonale na organizacji Grand Prix, za którą zapłaciło miasto.

Z błyskawicznego upadku sportu w Bydgoszczy, w której ostały się nam tylko dwa zespoły w ekstraklasie (Delecta i GCB Centrostal), władze miasta muszą wyciągnąć wnioski. Błyskotliwe fajerwerki w postaci zlotu światowych i europejskich mistrzów są wspaniałym sportowym świętem, ale solą dla kibiców znad Brdy pozostają sukcesy ich ulubionych klubów. Jeśli Bydgoszcz nadal ma zasługiwać na miano "miasta sportu", muszą się zmienić proporcje podziału pieniędzy na zawodowy sport, bo jest pewne, że bez finansowej pomocy ratusza same sobie nie poradzą.