Jacek Markiewicz kontra Radosław Sobolewski

Może nie są jedynymi piłkarzami, którzy tak bardzo się przyjaźnią, ale jednymi z nielicznych na pewno. Jacek Markiewicz z Jagiellonii i Radosław Sobolewski z Wisły w sobotę w Krakowie pierwszy raz w karierze powinni walczyć ze sobą. - Nikt nogi nie odstawi, ale przyjaźń przetrwa wiele - nie mają wątpliwości.


Obaj urodzili się w 1976 r. Mają tyle samo wzrostu - 182 cm, niemal identyczną wagą - ok. 79 kg. Na boisku występują na środku pomocy i nawet prezentują podobny styl gry. Dużo pracują przede wszystkim w defensywie, ale przy tym potrafią być bardzo przydatni w ofensywie.

Od małego trzymali się razem - na podwórku, w podstawówce. W IV klasie wspólnie zapisali się na treningi piłkarskie, prowadzone przez Lesława Karskiego.

Sobolewski opowiada o tym wszystkim z uśmiechem, z pewną nostalgią. Tylko na chwilę zmienia ton głosu, kiedy stwierdzam, że jeśli chcą jeszcze zagrać razem, to w Jagiellonii, bo do lepszego klubu Markiewicz już raczej nie trafi.

- A dlaczego?! Chciałem podkreślić, że to Jacek był lepszym piłkarzem - pod względem wyszkolenia technicznego, przeglądu pola. Bezapelacyjnie. Jemu łatwiej przychodziło przyswajanie tego wszystkiego. Ale w piłce nożnej, w sporcie w ogóle trzeba mieć szczęście. Mi dopisało bardziej. Jednak jestem pewien, że Jacek poradziłby sobie w każdym klubie, w Wiśle Kraków także.

- Z Radkiem prezentowaliśmy podobny poziom - wspomina z kolei Markiewicz, który przyjaciela uznaje wciąż za najlepszego pomocnika w kraju. - W naszym zespole byli zawodnicy lepsi przynajmniej technicznie, jak choćby Piotrek Gryko czy Marcin Danielewicz. W pewnym momencie każdego piłkarza największą rolę odgrywa jednak zdrowie i charakter. Nie każdy chce się kopać, a my z Radkiem postawiliśmy twardo na piłkę.

W Płocku został jeden

Po skończeniu wieku juniora to Sobolewski szybciej wywalczył sobie pewne miejsce w II-ligowej wtedy Jagiellonii. Niestety, białostocki klub borykał się z coraz większymi problemami organizacyjnymi. Wychowankowie Karskiego byli zapraszani na testy do różnych klubów, w końcu razem pojechali do Płocka. Wiosną 1998 r. ten drugi grał już w I lidze, a Markiewicz spadał z Jagiellonią do IV ligi.

- Wtedy były inne czasy, naprawdę ciężko było przejść z klubu do klubu - tłumaczy Radosław Sobolewski. - Gdyby Jacek trafił wtedy do Płocka, gralibyśmy na pewno razem w I lidze. Ale został w Jagiellonii, która miała trudny okres i to wstrzymało na pewno jego szybki rozwój.

- Po pół roku pojechałem do Płocka po raz drugi - opowiada Markiewicz. - Właściwie miałem już podpisać umowę, ale zrezygnowałem, bo chcieli mnie oszukać. Gdybym tam trafił, powalczyłbym na pewno, nie odpuściłbym i pewnie grałbym teraz gdzieś indziej. Ale zostałem w Białymstoku i naprawdę tego nie żałuję.

Był podstawowym zawodnikiem Jagiellonii, która po latach posuchy wróciła do II ligi. Ponad trzy lata temu wrócił do Białegostoku po nie do końca udanej przygodzie z klubem z Radomska i jako kapitan Jagi wprowadził drużynę do ekstraklasy.

Przyjaciel z Krakowa w tym samym czasie rozegrał już ponad 170 spotkań w I lidze, wiele ważnych w pucharach europejskich, z reprezentacją Polski był na mistrzostwach świata.

- Tego ostatniego zazdroszczę Radkowi. Każdy piłkarz chciałby zagrać w reprezentacji. Wybiec na boisko w koszulce z orłem na piersi - wzdycha Jacek Markiewicz.

Jeszcze zagrają razem

Kiedy tylko mogą, spotykają się ze sobą. W sylwestra, zimą, latem - obowiązkowo. W trakcie sezonu piłkarskiego zostaje im telefon i komputer. Od dawna mierzą się ze sobą za pomocą internetu w grze strategicznej "Heroes...".

- Zasady są proste: rozbudować swoje królestwo i nakopać rywalom w dupę. Ostatnio wygrałem - śmieje się kapitan białostockiej drużyny. - Sobol jest daleko, ale jakoś staramy się spędzać wspólnie czas.

Na boisku przeciwko sobie nigdy nie zagrali. W sobotę będzie ten pierwszy raz.

- O meczu nie rozmawiamy i choć na pewno nogi nikt nie odstawi, to będzie fair. Zobaczymy, kto jest lepszy, rywalizacja trwa czy to przy komputerze, czy na rybach, czy grając w karty - uśmiecha się Markiewicz. - Ale zawsze zostaniemy przyjaciółmi.

- Ja dopiero raz w życiu grałem przeciwko Jagiellonii, jeszcze w II lidze na Kawaleryjskiej [w sierpniu 2001 r. płocczanie wygrali 3:1 - red.]. Tylko, że Jacek był wtedy w Radomsku. - Nie będzie to zwykła sytuacja - nie ma złudzeń Radosław Sobolewski. - Nigdy nie byliśmy po innych stronach barykady, ale teraz ja gram w Wiśle, Jacek w Jagiellonii. Trzeba zagrać przeciwko sobie. Nikt na pewno nogi nie odstawi, ale nasza przyjaźń jest na tyle wielka, że przetrwa wiele.

Kto wie, może jeszcze kiedyś zagrają razem...

- Chciałbym zakończyć karierę w Białymstoku, chociaż raz jeszcze wybiec tam na boisko w barwach Jagiellonii i pomachać kibicom na do widzenia - mówi reprezentant Polski. - W Białymstoku się wychowałem, stamtąd pochodzi żona, tam urodziły się nasze dzieci. Zamierzamy z żoną wrócić, ale zobaczymy, co z tego wyjdzie, bo dzieci są coraz starsze i też mają sporo do powiedzenia. Sport także jest nieprzewidywalny, ale liczę na to, że zagramy jeszcze z Jackiem wspólnie w Jagiellonii.

Faworyt jest jeden

Na razie obaj skupiają się na sobotnim meczu na stadionie Wisły w Krakowie. Gospodarze są zdecydowanym faworytem i każdy inny wynik niż ich zwycięstwo byłby sensacją.

- Polonia Bytom wygrywając ostatnio z Zagłębiem Lubin, pokazała, że można - mówi zawodnik Jagiellonii. - Może wyjdzie komuś w zespole strzał życia, może wzniesiemy się na wyżyny możliwości, a Wisła będzie miała słabszy dzień. Jedno jest pewne, serducho zostawimy na boisku.

Piłkarz Wisły przestrzega przed wyrokowaniem o wyniku już teraz.

- Nie mówię tego kurtuazyjnie czy tylko po to, by komuś sprawić przyjemność. Graliśmy przecież latem sparing na naszym boisku i było 1:1. Jagiellonia wypadła bardzo korzystnie, była dla Wisły równorzędnym rywalem. Mecz nie będzie łatwy i musimy wznieść się na wyżyny możliwości, by wygrać. Gramy o mistrzostwo, więc strata punktów byłaby niespodzianką, ale proszę podkreślić, że na pewno nie czeka nas spacerek, tylko poważna walka.