Pogromca Bayernu szkoli bytomskich bramkarzy

Czy 42-letni Mirosław Dreszer sprawi, że bramkarze Polonii przestaną wpuszczać po kilka goli w każdym meczu?
W listopadzie 2000 roku piłkarską Europę obiegła sensacyjna wiadomość: potężny Bayern Monachium odpadł z rozgrywek o Puchar Niemiec, wyeliminowany przez czwartoligowy zespół z Magdeburga. Stacje telewizyjne pokazywały, jak bramkarz prowincjonalnej drużyny broni rzuty karne reprezentanta Brazylii Giovane Elbera i Niemiec Jensa Jeremiesa. - Powinienem obronić jeszcze strzał Paulo Sergio. W decydującym momencie poślizgnąłem się - wspomina z uśmiechem pochodzący z Tychów Mirosław Dreszer. Polski bramkarz został wówczas bohaterem swojego miasta, bo okazało się, że Niemcy ze wschodu mogą być w czymś lepsi od Niemców z zachodu. Udzielił dziesiątków wywiadów. - Żona odgrzewała zupę trzy razy, a ja nie mam czasu jej zjeść. Od kilku godzin telefon dzwoni bez przerwy - żartował wtedy podczas rozmowy z "Gazetą".



Telefon do przyjaciela



Tamto spotkanie było ukoronowaniem niezwykłej kariery Dreszera. Pucharowy sen skończył się jeszcze tamtej jesieni po minimalnej porażce z Schalke 04 (0:1). - Dokładnie 26 lutego 2002 roku doznałem poważnej kontuzji. W oficjalnym meczu już nigdy potem nie zagrałem - wspomina Dreszer, posiłkując się starannie prowadzoną kroniką swojej kariery z wycinkami prasowymi. Po zakończeniu kariery został trenerem bramkarzy w Magdeburgu oraz szkoleniowcem SSV Grosshernsdorf. - To była czysta amatorka w VII lidze. Łączyłem ją z trenowaniem młodzieży w tym klubie i pochwalę się, że nikt wcześniej nie osiągał tam takich sukcesów - opowiada.

Zupełnie niespodziewanie przed dwoma tygodniami powrócił do kraju. - Gdy okazało się, że Magdeburg nie dał rady awansować do II ligi, zaproponowano mi dość słaby kontrakt. Razem z rodziną podjąłem decyzję, że wracamy do naszego domu w Kochłowicach. Wtedy też zadzwoniłem do mojego przyjaciela Darka Fornalaka z pytaniem, czy nie zna w Polsce klubu, który potrzebowałby trenera bramkarzy. Propozycja pracy padła od... niego - tłumaczy.

Prezes Polonii Damian Bartyla: - Trenerzy sugerowali nam, że układ, w którym Grzegorz Żmija jest jednocześnie zawodnikiem i trenerem bramkarzy, nie jest do końca zdrowy. Okazało się, że Mirek wraca, więc zaproponowaliśmy mu pracę. Podpisaliśmy umowę na sezon.

Dreszer wraca do polskiej ligi po dziewięciu latach. W ekstraklasie rozegrał 171 spotkań w barwach Legii Warszawa, GKS-u Katowice, Zagłębia Lubin i Ruchu Chorzów. W historii zapisał się jako bramkarz, który potrafił przez 662 minuty nie puścić gola, co daje mu piąte miejsce na liście najlepszych osiągnięć.



Spojrzenie George'a Weaha



Do Legii trafił po zdobyciu brązowego medalu mistrzostw Europy U-18 w 1984 roku. Przez dwa lata rozegrał w niej tylko dwa mecze. Kibicom dał się poznać dopiero w Katowicach. O przebiegu jego kariery zdecydowała groźna kontuzja, jakiej doznał podczas pucharowego meczu GKS-u z FC Sion w 1986 roku. Brutalnie sfaulował go wtedy szwajcarski napastnik Dominique Cina i bramkarz musiał przejść w Sionie operację śledziony. Klub do opieki zostawił mu wtedy tłumaczkę polskiej ekipy Mariolę Michajłow (córkę ówczesnego drugiego trenera GKS-u Jerzego), która wkrótce została jego... żoną.

Gdy Dreszer wracał do formy, podczas sparingu polskiej kadry młodzieżowej złamał nogę. - Koledzy z "Gieksy", którzy jeździli wtedy na zgrupowania pierwszej reprezentacji, twierdzili, że ja też wkrótce do nich dołączę... - wspomina z rozżaleniem.

Jego przygoda z Katowicami zakończyła się smutno. - Klub ściągnął Janusza Jojkę i trener Orest Lenczyk zapowiedział mi, że będę walczył tylko o pozycję numer dwa z Markiem Baranem. No to mu wygarnąłem... - opowiada bramkarz. Efekt? Zawodnik przez rok pozostawał bez klubu. Odnalazł się dopiero w niemieckim Vfl Osnabrück, gdzie grał m.in. razem z Krzysztofem Hetmańskim, obecnym dyrektorem Górnika Zabrze. - Broniłem nieźle, ale w końcu spadliśmy do III ligi. Nie potraktowano mnie wtedy do końca poważnie i postanowiłem wrócić do kraju. Przez dwa miesiące trenowałem z Górnikiem, ale działacze nie palili się do wykładania 100 tys. marek, których żądali za mnie Niemcy. Ostatecznie wylądowałem w Zagłębiu Lubin - wspomina.

Dreszer bronił w Lubinie kapitalnie. W 1995 roku jego zespół awansował do Pucharu UEFA, gdzie czekał na niego słynny AC Milan. We włoskiej drużynie roiło się wtedy od gwiazd. Dreszer stanął oko w oko z George'em Weahem, Roberto Baggio, Paolo Maldinim czy Marcelem Desailly. Lubinianie przegrali oba mecze (0:4 i 1:4). - Milan był od nas o pięć klas lepszy, ale mimo wszystko uważam, że nie daliśmy wtedy plamy - twierdzi. Z Lubinem też pożegnał się po konflikcie z trenerem. - Nigdy nie wybaczę Adamowi Topolskiemu tego, co wtedy zrobił. Na pięć kolejek przed końcem ligi prowadziłem w klasyfikacji "Złotych butów" katowickiego "Sportu". Po porażce z GKS-em Bełchatów trener odsunął mnie od składu i straciłem szanse na zwycięstwo w plebiscycie. Prawdopodobnie uważał, że zagrażam jego pozycji w klubie, a prawda była taka, że to ja go najczęściej broniłem - mówi.

Z Zagłębia trafił do Ruchu Chorzów, gdzie wygrał rywalizację z Piotrem Lechem i Ryszardem Kołodziejczykiem. - Miałem 33 lata i wydawało mi się, że już zostanę w kraju. Pojawiła się jednak propozycja z Magdeburga, gdzie polecił mnie m.in. Krzysiek Hetmański i znów wyjechałem - wspomina.



Misiu, czyli Stallone



Przyjaźń Dreszera i Fornalaka sięga wspólnych występów w kadrze młodzieżowej. - Na zgrupowaniu goniłem kiedyś Mariusza Kurasa [obecny trener Odry Wodzisław - przyp. red.], mocno chwyciłem za klamkę i ją... urwałem. Koledzy wybuchnęli śmiechem i od razu nadali mi ksywkę "Sylwek" - na cześć Sylvestra Stallone. Nawet teraz zdarza się, że Darek się tak do mnie zwraca - opowiada nowy trener polonistów. W GKS-ie Dreszer był znany jako... "Misiu". - Nie mam pojęcia, skąd to się wzięło - rozkłada ręce.

Początki pracy w Bytomiu nie są udane. Polonia regularnie przegrywa, tracąc przy tym po kilka bramek. - Choć w ostatnich dwóch meczach straciliśmy dziewięć goli, to tylko jeden padł po błędzie bramkarza. Zmieniliśmy trochę trening, pracujemy mocniej i jestem pewien, że efekty przyjdą - zapewnia Dreszer, który pracę w Polonii będzie łączył z pomocą w szkoleniu młodzieży w UKS-ie Ruchu Chorzów. Wybór nie jest przypadkowy - barwy tej drużyny reprezentuje bowiem jego młodszy syn Mateusz (starszy Dominik właśnie rozpoczyna studia na AE w Katowicach). - Jest świetnie zapowiadającym się ofensywnym pomocnikiem. Mnie i teściowi nie udało się nigdy zagrać w pierwszej reprezentacji. Dlatego moim marzeniem jest, aby zasiąść kiedyś na trybunach i zobaczyć, jak w drużynie narodowej gra mój syn - kończy Dreszer.