Roman Abramowicz krykieta

Nazywa się Allen Stanford i kocha krykieta bardziej niż swoje pieniądze, tych ma sporo.
Jest amerykańskim miliarderem z Teksasu, ale prawdziwą miłością pała do Karaibów. Serce go boli, że ongiś niepokonana drużyna narodowa Indii Zachodnich (czyli wspólna reprezentacja byłych kolonii brytyjskich na Morzu Karaibskim) spada coraz niżej w światowym rankingu. Dziś coraz mniej chłopców z Jamajki, Barbadosu, Antiguy, Trynidadu i Tobago czy Gujany marzy, by zostać następcą odchodzącego już na emeryturę Briana Lary.

To pragnie zmienić Stanford. Dlatego nie żal mu pieniędzy i zamierza w ciągu kolejnych trzech lat wydać około 150 mln dolarów, aby krykiet wrócił na Karaibach na swoje miejsce. Zresztą marzy, żeby jego ulubiony sport był coraz szerzej znany nie tylko w byłych koloniach brytyjskich, ale także na Kubie (gdy ją odwiedził, był zachwycony wrodzonymi zdolnościami Kubańczyków do krykieta) i w Stanach Zjednoczonych.

Oczywiście te 150 mln dolarów to przy prawie miliardzie wpompowanym w Chelsea przez Romana Abramowicza może i suma nierobiąca wrażenia, ale krykiet to nie futbol - tu gwiazdy zarabiają w rok tyle, co w piłce nożnej w miesiąc, i to też pod warunkiem, że grają dla Indii, gdzie krykiet jest religią jednoczącą kraj.

Stanford wbudował już Galerię Sław poświęconą krykiecistom z Indii Zachodnich, zorganizował także turniej pod nazwą "Stanford 20/20" (główna nagroda - milion dolarów), w którym biorą udział zespoły narodowe państw karaibskich (w ostatniej edycji wzięło udział 19 państw, a wygrała Gujana). Sam zresztą pomagał zorganizować i sfinansować te drużyny (każdy kraj otrzymał średnio około 280 tys. dolarów).

Teraz marzy mu się coś jeszcze bardziej spektakularnego - turniej, jakiego świat krykietowy nie widział. Pula nagród ponad 20 mln dolarów - wśród uczestników drużyna mistrzów świata z Australii, wicemistrzów ze Sri Lanki oraz Republika Południowej Afryki i Indie. Te ostatnie bardziej ze względów komercyjnych niż sportowych. Ta czwórka ma wyłonić dopiero rywala dla zespołu gwiazd Indii Zachodnich, które wystąpią pod nazwą Stanford Super Stars. W jego planach wspiera go telewizyjny gigant ESPN.

Turniej ma trwać zaledwie tydzień, co jest ewenementem w krykiecie. Przecież jak - na przykład - Anglia jedzie do Australii na tournée, to bawi na antypodach trzy miesiące. Mistrzostwa świata trwają półtora miesiąca.

Stanford ma jednak inną wizję krykieta. To tzw. krykiet twenty/20, czyli wersja short. Mecz ma trwać nie dłużej niż trzy godziny. Każda drużyna ma 75 min na swoją zmianę (w krykiecie gra się dwie zmiany, najpierw jeden zespół jest w obronie, a drugi zdobywa punkty, a potem odwrotnie, gra się nie na czas, ale na liczbę wykonanych rzutów), w której zagrywa piłkę. Jeśli gra na czas i ociąga z wprowadzaniem piłki do gry, to traci punkty za każdy niewykonany rzut w czasie 75 min.

Do superkrótkiej wersji krykieta władze tej dyscypliny sportu długo podchodziły z rezerwą. W Indiach panował nawet zakaz gry w tę odmianę. Dopiero w tym roku odbędą się pierwsze mistrzostwa świata w tym short krykiecie. Okazało się bowiem, że kibice chcą to oglądać.

W Anglii mimo krótkiej tradycji krykieta twenty/20 ligowe rozgrywki w tej odmianie ogląda średnio dwa razy więcej fanów niż w innych. Rozgrywane późnymi letnimi popołudniami mecze ściągają na trybuny całe rodziny, które przy okazji objadają się frytkami, udkami grillowanego kurczaka i popijają piwo lub soki (to dla dzieci). To też świetna okazja na relaks z kumplami z biura. Gdy rozgrywki ruszały, pierwszy mecz na londyńskim stadionie Lord's obejrzało 26,5 tys. osób - to była największa krykietowa widownia na ligowym (w krykiecie w przeciwieństwie do futbolu rozgrywki krajowe są zdominowane przez reprezentacje) meczu od 51 lat! W tym roku w Australii na mecz Queensland Bulls - New South Wales Blues w Brisbane przyszły takie tłumy, że porządkowi nie byli w stanie ich opanować. Część weszła na stadion za darmo. Organizatorzy liczyli na to, że mecz obejrzy góra 11 tys. widzów (tyle sprzedano biletów dzień przed meczem). Tymczasem tuż przed rozpoczęciem spotkania przed stadionem pojawiło się przeszło 27 tys. kibiców.

Stanford nie ma wątpliwości, że jego pomysł chwyci. Jedna z entuzjastek, dziennikarka komentująca krykietowe wydarzenia w swoim blogu napisała: "Pomyśl tylko: Antigua, morze, słońce, piasek i krykiet z meczami między Australią, Indiami, Afryką Płd. i Sri Lanką. Sexy".