Juskowiak: Stracone pokolenie? Przesada

- Nie uważam nas za stracone pokolenie. Choć pewnie mogliśmy osiągnąć o wiele więcej w dorosłej reprezentacji Polski. Może tak się nie stało, bo w drużynie olimpijskiej byliśmy ze sobą za bardzo zgrani - mówi król strzelców igrzysk w Barcelonie Andrzej Juskowiak w 15. lat po zdobyciu srebrnego medalu
Michał Pol: 15 lat minęło od zdobycia przez reprezentację Polski srebrnego medalu na igrzyskach w Barcelonie, został pan wtedy królem strzelców turnieju. Wraca pan czasem myślami do finału z Hiszpanią?

Andrzej Juskowiak: Zdarza mi się, choć nie tak intensywnie jak przez pierwszy miesiąc po finale. Wtedy nie przespałem mnóstwa nocy, emocje nie chciały opaść. Żałuję tamtej porażki. Zaszliśmy w turnieju olimpijskim bardzo daleko, dalej niż ktokolwiek oczekiwał. Niestety, w końcówce finału daliśmy się zaskoczyć. No ale graliśmy ze znakomitą drużyną, na jej boisku, przed jej wspaniałą publicznością. Nie mogliśmy pójść na otwartą wymianę ciosów z Hiszpanami, którzy grali ofensywnie. Woleliśmy się bronić i kontratakować szybkimi napastnikami. To się sprawdzało w poprzednich meczach i z Hiszpanią na początku też wychodziło. A potem przespaliśmy i żal został do dzisiaj.

Mówi się o was, że jesteście "straconym pokoleniem". Dlaczego tej uzdolnionej grupie zawodników nie udało się awansować ani do mistrzostw świata, ani Europy?

- Z tym straconym pokoleniem to przesada. Kilku z nas zagrało w porządnych europejskich klubach. Kilku, mimo wieku, jak Jurek Brzęczek czy Piotrek Świerczewski do dzisiaj gra na porządnym poziomie, co świadczy o profesjonalizmie i o tym, że nasz sukces nie był przypadkowy. A do mistrzostw Europy nie udało się zakwalifikować lepszym reprezentacjom niż nasza, drużynom Górskiego, Piechniczka. Ale istotnie pewnie mogliśmy osiągnąć o wiele więcej w dorosłej reprezentacji. Może tak się nie stało, bo w drużynie olimpijskiej byliśmy ze sobą za bardzo zgrani. To naprawdę był świetnie rozumiejący się, zmotywowany przez trenera Janusza Wójcika team. Przez to, kiedy później trafialiśmy pojedynczo do kadry, nie było nam tak łatwo się odnaleźć.

Żałuje pan, że nie spełniło się hasło rzucone po waszym powrocie z igrzysk - "zmieniamy szyld i jedziemy dalej"? Jako reprezentacja Polski, z kadry bierzemy tylko Romka Koseckiego, do tego Wójcik trenerem...

- Kto wie, czy taka koncepcja nie okazałaby się lepsza? Z perspektywy czasu wiemy, że choć postąpiono inaczej, sukcesów polskiemu futbolowi to nie przysporzyło. Szkoda, że nie dostaliśmy szansy. Mądrze byłoby wtedy oprzeć kadrę na zgranej, niesionej sukcesem reprezentacji olimpijskiej. Wzmocnionej oczywiście nie tylko Koseckim, ale jeszcze kilkoma zawodnikami. Mieliśmy po 21 lat i już pewne doświadczenie. Rozjechaliśmy się po dobrych klubach. Ale trener Wójcik był wówczas w PZPN zbyt kontrowersyjną postacią. Jego pomysłów się bano. Nikomu nie zależało, żeby dać mu tak eksponowane stanowisko i uczynić jeszcze silniejszym.

Tajniki technik motywacyjnych Janusza Wójcika są nam dziś znane. Legendarne "kiełbasy do góry" i... tak dalej. Ale czy on był również dobrym trenerem?

- Samą motywacją, nawet najlepszą nie wprowadziłby drużyny do finału igrzysk olimpijskich. Musiał się znać, żeby dokonać wcześniej właściwej selekcji. Nie tylko piłkarzy, ale i sztabu trenerskiego. W ciężkich czasach kryzysu początku lat 90. stworzył drużynie świetne warunki do treningów i finansowe. Te ostatnie nawet lepsze niż w pierwszej reprezentacji. Dlatego wszyscy chcieli grać w jego reprezentacji olimpijskiej, nie to co dzisiaj. A jego umiejętności motywacji nie należy bagatelizować. Polska nie miała wielu takich charyzmatycznych trenerów. Nauczył nas każdy mecz traktować serio, czy z Anglikami w eliminacjach, czy jakiś sparing gdzieś w Malezji. A po wygranym meczu umiał nas przytrzymać na ziemi. Po wygranej 3:0 z Włochami na igrzyskach nikt w drużynie nie odleciał, nikt nie poczuł się mistrzem.

Co pan sobie myśli, patrząc na losy kolegów ze "srebrnej drużyny"? Aleksander Kłak jest kierowcą autobusu w Belgii, Wojtek Kowalczyk dawno uznał, że futbol nie jest w życiu wszystkim i woli ławeczkę przed blokiem. Inni "zaginęli w akcji" w niższych ligach...

- Trzeba coś robić po życiu piłkarskim, jakoś się w świecie odnaleźć. Sam właśnie skończyłem karierę i głowę mam pełną wątpliwości co robić. Alek miał pecha, przez całą karierę prześladowały go kontuzje. Zwłaszcza barku, która dla bramkarza jest wyrokiem. Walczył, mobilizował się, przegrał i w końcu musiał pomyśleć o rodzinie, o zarabianiu na codzienne życie. To smutne, że jego losy tak się potoczyły. Inna wicemistrzyni olimpijska Agata Wróbel rzuciła ciężary i zarabiała w Anglii w sortowni śmieci. Niestety, w sporcie tak czasami bywa. Nasza kariera trwa krótko. Kiedyś się kończy, a życie trwa dalej.

Czy drużyna spotkała się z okazji 15-lecia medalu?

- Nie. Chyba jeszcze jesteśmy na to za młodzi. Może 20-lecie obejdziemy huczniej. Mieliśmy nawet z Jurkiem Brzęczkiem pomysł, żeby namówić Hiszpanów i doprowadzić do powtórki finału. Ale to kosztowne przedsięwzięcie, nie wiadomo, czy by dali nam zagrać na Camp Nou. Ale kto wie, może w przyszłości skrzykniemy się i stworzymy drużynę "Orłów Wójcika".

Nie żałuje pan, że podpisał kontrakt ze Sportingiem jeszcze przed igrzyskami? Jako król strzelców turnieju olimpijskiego mógł pan trafić do lepszego klubu.

- Może dlatego właśnie zostałem srebrnym medalistą igrzysk i królem strzelców, że miałem już podpisany kontrakt. Grałem na luzie, bez konieczności udowadniania czegokolwiek. Menedżerowie nie dekoncentrowali mnie propozycjami. Poza tym gdybym strzelił tyle goli w Barcelonie, nie mając podpisanego kontraktu, Lech zażądałby za mnie tyle pieniędzy, że nie wiem, czy znalazłby się kupiec. I utknąłbym w polskiej lidze na dłużej. Czasami nachodzą mnie myśli, co by było gdyby... Mówiło się, że chciała mnie Fiorentina. A jednak nie żałuję tamtego wyboru. Jak i tego, że nie grałem w lidze włoskiej czy angielskiej. Zawsze wzbraniałem się przed Bundesligą, a okazało się, że to świetnie zorganizowane rozgrywki. Przez te lata mogłem koncentrować się wyłącznie na futbolu, a to dla piłkarza najważniejsze. I pewnie jeszcze dałbym radę pograć, zwłaszcza że działacze do ostatniej chwili namawiali mnie, żeby przedłużył kontrakt. Ale ze względu na rodzinę, dorastającego syna, córkę, którzy wychowywali się prawie bez ojca, powiedziałem: dość.

Brzęczek, Świerczewski wciąż grają w Orange Ekstraklasie. Pan nie chciał tu skończyć kariery?

- W polskiej lidze? Za nic. Ciężko byłoby mi się motywować, żeby grać na wysokim poziomie. Przede wszystkim z powodu żałosnej frekwencji. Gdybym wrócił do Lecha, w Poznaniu, byłoby w porządku, ale jak w wieku 37 lat wzniecić w sobie ogień na wyjazdach? Dlatego kilka ostatnich sezonów spędziłem w 2. Bundeslidze, gdzie w każdym meczu gra się przy pełnych trybunach. Ale po zakończeniu kariery wróciłem do Polski, bo bardzo się z żoną stęskniliśmy za ojczyzną.

Najlepszy piłkarz, z którym grał pan w drużynie?

- Bez dwóch zdań Luis Figo, z którym trzy lata grałem w Sportingu. Niewiarygodne, że potrafił grać na najwyższym poziomie przez 12 miesięcy w roku. Dlatego też zrobił taką karierę w najlepszych klubach Europy: Barcelonie, Realu, Interze.

A najtrudniejszy przeciwnik?

- Brazylijski obrońca FC Porto Aloisio. Wysoki, twardy. Raz o mało nie połamał mi nóg.

Najlepszy okres w karierze?

- Te dwa, trzy sezony w VfL Wolfsburg. Strzelałem regularnie ponad dziesięć bramek w Bundeslidze. To było coś, zwłaszcza że nasza drużyna debiutowała, a Volkswagen jeszcze nie wspomagał jej tak silnie jak teraz. Ale najbardziej w tej trwającej 18 lat karierze dumny i szczęśliwy jestem z tego, że kończę ją w tak dobrym zdrowiu i kondycji. Że jeszcze w tym wieku potrafiłem zdobywać gole na takim poziomie.

A którego trenera wspomina pan najlepiej? Któremu pan najwięcej zawdzięcza?

- Miałem wielu wspaniałych trenerów. W Sportingu moim drugim trenerem był José Mourinho. Wtedy nic jeszcze nie wskazywało na to, że okaże się tak dobry. Oczywiście już wówczas był to bardzo inteligentny człowiek. Dziś cenię go za ogromną wiedzę i zdolność wyciągania wniosków po obserwacji treningów w trakcie tygodnia, ale przede wszystkim za klasę i autorytet, jaki ma w klubie pełnym gwiazd i gwiazdeczek. Dobrze było zacząć karierę na Zachodzie pod wodzą Bobby'ego Robsona, byłego trenera reprezentacji Anglii, który prowadził Sporting, kiedy trafiłem tam z Lecha. Koncentrował się na grze, ustawieniu taktycznym. Niewiele biegaliśmy po lesie czy pod górkę.

Nie kusi pana, żeby samemu zostać trenerem?

- Po siedmiu latach gry w Bundeslidze miałbym prawo starać się w Niemczech o licencję A. Po niej już tylko licencja trenera FIFA. Ale na razie mnie to nie kręci. Może chęć przyjdzie z czasem.