Liga rosyjska. A Janczyk wrócił do Polski...

W najważniejszym meczu 21. kolejki ósmy w tabeli Saturn zremisował 2:2 z CSKA Moskwa. Oba kluby raczej straciły szanse na mistrzostwo Rosji. Dawid Janczyk pograł w dziada podczas rozgrzewki, kopnął kilkanaście razy piłkę w przerwie, potem przesiedział kolejne 45 minut na ławce rezerwowych. A przybył mu kolejny konkurent do gry.
Sprowadzony do CSKA z warszawskiej Legii 20-letni napastnik gra mało. W Moskwie łatwiej już mu nie będzie. Dla szefów CSKA, obecnego jeszcze mistrza Rosji, wydane 4,2 mln euro na transfer Polaka plus liczony w setkach tysięcy euro pięcioletni kontrakt to niewielki wydatek przy budżecie sięgającym dziesiątek milionów euro.

Gwiazdami CSKA są Brazylijczycy: grający w pierwszej reprezentacji trenera Dungi napastnik Vagner Love (wart minimum cztery razy więcej niż Janczyk, zarabia prawie 2 mln euro rocznie), kolejny napastnik Jo (tak jak Janczyk był w lipcu na MŚ do lat 20, tyle że tam błyszczał Polak - strzelił trzy gole i dlatego szybko wyjechał z Warszawy do Moskwy) oraz pomocnik Dudu.

Cała trójka Brazylijczyków grała w sobotę leniwie, poruszała się po boisku dostojnie. Mecz rozgrywany był w potwornym upale, męczące było już samo siedzenie na kameralnym stadionie Saturna. Love błysnął dwa razy - pewnie wykorzystał karnego, potem na maleńkiej przestrzeni kapitalnie oszukał dwóch przeciwników i zdobył kolejnego gola. Poza tym dreptał, ale właśnie za gole i fajerwerki techniczne kochają go kibice, a ciężkie pieniądze płacą szefowie CSKA.

Jo nie zrobił w meczu nic poza tym, że pod koniec rąbnął łokciem jednego z rywali, i powinien wylecieć z boiska. Sędzia się jednak nad nim ulitował. Dudu też trochę podreptał w środku boiska, ale on jest usprawiedliwiony - całkiem niedawno wyleczył kontuzję, a zagrał, bo ma indywidualnego trenera od przygotowań fizycznych. No i jest Brazylijczykiem. Cała trójka nie może bez siebie żyć. Zgrani są nie tylko na boisku, ale też poza nim. Dlatego Polakowi niezwykle ciężko będzie wygrać z nimi rywalizację. Tym bardziej że szefowie kupili za 3 mln euro kolejnego napastnika - tym razem utalentowanego Jewgienija Sawina z Amkar Perm. 22-latek był już powoływany przez Hiddinka do kadry na mecze eliminacji Euro 2008. W kadrze na Polskę miejsca jednak nie znalazł.

Sytuacja Janczyka może więc zacząć przypominać tę, w której w Palermo znalazł się Radosław Matusiak. Przeprowadzony naprędce transfer do silnej ligi (w przypadku pośpiechu wobec Janczyka decydujące znaczenie miały wielkie pieniądze, jakie dało Legii CSKA). Właściciele rosyjskiego klubu zachwycili się Dawidem, widząc jego trzy gole w MŚ U-20. Zadziałał impuls i syndrom chęci posiadania kolejnej kosztownej, choć mało przydatnej zabawki.

Matusiak w Palermo zagrał kilkadziesiąt minut (łącznie) w lidze włoskiej, strzelił nawet gola. Podobnie Janczyk, tyle że do siatki trafił nie w lidze, ale w meczu o Puchar Rosji, w którym zagrał od początku. Teraz Matusiak szuka klubu, Janczyk na razie nie - jest dla CSKA melodią przyszłości. Tylko jak odległą? Tego w Moskwie nie wie nikt. Po prostu CSKA ma utalentowanego piłkarza.

Żal, że w sobotę Janczyk nie zmienił mało przydatnego Jo, bo wprowadzenie zmian w CSKA wydawało się koniecznością. Z minuty na minutę zawodnicy słabli i pod koniec - kiedy ruszali się jak muchy w smole - mecz stał się nudny. - Trener Walerij Gazzajew [starszy jowialny pan z wąsem, przypominający byłego trenera Realu Madryt Vicente del Bosque, tylko szczuplejszy] w ogóle mało robi zmian - tłumaczył Janczyk. Polak mówił po meczu mało, karnie uciekł do autokaru. Pytany o swoją sytuację bezradnie rozkładał ręce - że nic nie może zrobić, ale jest cierpliwy. Zapewniał, że robi postępy w nauce rosyjskiego i swobodnie się porozumiewa. O kolegach z zespołu się nie wypowiadał. No, może jedno słowo, że wprowadzony na kilkanaście sekund jeden z rezerwowych też był niezadowolony. O trenerze także za dużo nie powiedział.

Oczy rozbłysły mu tylko raz. - Trener dał nam dwa dni wolnego! - zakomunikował z uśmiechem polskim dziennikarzom, z którymi był umówiony na wieczór. Potem stwierdził, że skoro ma taką okazję, to przeprasza, ale wraca do Polski. I weekend spędził w kraju.

Wszystko na kilometrze

Klub Saturn Ramienskoje znajduje się 50 km od Moskwy. W pięknym parku kultury rozległym na kilometr kwadratowy jest wszystko. I pomnik ku czci poległych bohaterów (na nim obok nazwisk napisy: "Nikt nie zapomni"). Jest też niewielkie muzeum "ku chwale rosyjskiego oręża". Bawiące się na placach dzieci mogą złapać chwilę oddechu i wdrapać się na czołg, działo samobieżne lub amfibię. Eksponatów jest kilkanaście.

Zaraz obok karuzele, drabinki, huśtawki, zjeżdżalnie i do tego wesołe miasteczko z diabelskim młynem. Dla ochłody można wykąpać się w sporym oczku wodnym z nieregularną linią brzegową. Nikomu nie przyjdzie nawet na myśl skorzystanie z fontanny, choć pokusa w upale jest ogromna. Kibice CSKA, którzy w liczbie ponad 2 tys. przyjechali do Ramienskoje, nie zaśpiewali w drodze jednej piosenki, nie obrazili nikogo, nie zrobili nic, co mogłoby spowodować reakcję wszechobecnej milicji. Według badań 80 proc. społeczeństwa rosyjskiego boi się kontaktu z nią, bo oznacza to poważne kłopoty. Mandat, łapówkę albo po prostu parę uderzeń pałką. W parku nie słychać więc kibiców, a i na stadion trafić łatwo - prowadzi do niego kilkusetmetrowy szpaler milicjantów (są i z psami, są i oddziały OMON-u). Wystarczy przejść tym szpalerem milczących, młodych chłopaków stojących stojących wzdłuż drogi i już jest się przy trybunie. O tym, że jest się w najbliższych okolicach Moskwy, nie da się zapomnieć w klubowym sklepiku. Meczowa koszulka kosztuje 170 zł, a zwykły T-shirt - 45. W barze można wypić piwo za 8 zł lub 50 g wódki czy koniaku za 11 zł.