Robert Sycz: Chcę dorównać Szewińskiej i Korzeniowskiemu

- Jest w Polsce kilku sportowców, którzy mają w dorobku dwa zdobyte pod rząd złote medale olimpijskie, ale na trzech igrzyskach wygrywali tylko Irena Szewińska i Robert Korzeniowski. Chciałbym do nich dołączyć - mówi Robert Sycz
Wojciech Borakiewicz: Wygrywał pan już na igrzyskach w Sydney i w Atenach. Czy dla tak utytułowanego sportowca złoto olimpijskie jest jeszcze motywacją, żeby znów katować swój organizm?

Robert Sycz: - Ależ ja lubię trenować i ścigać się. A medali nigdy za wiele. Są dobrym dowodem, że to co się robi, ma sens. Poświęcanie się sportowi, gdyby nie było wyników, przestałoby być przyjemnością.

Ma pan 34 lata i przed sobą ciągle najwyższe cele. Pewnie w takiej sytuacji decyzja o zakończeniu kariery będzie najtrudniejszą w życiu?

- Na pewno, ale powoli do niej dojrzewam. 34 lata na karku, organizm też już odczuwa wysiłek mocniej niż kiedyś. Dlatego podoba mi się program przygotowań zaproponowany przez nowego trenera Mariana Henniga. Nie obciąża nas bardzo intensywnie. Mamy w tym roku jedną najważniejszą imprezę - mistrzostwa świata w Monachium. Pozostałe zawody traktujemy jako sprawdziany. To dobrze, bo trzeba pamiętać, że dochodzi jeszcze zbijanie wagi. Kilkanaście lat obciążania organizmu dietą i odwadnianiem nie pozostaje bez śladu. Trener stara się to zrozumieć.

Pekin będzie więc tą ostatnią metą, do której pan podąża?

- I tu jest kłopot. Wcześniej mówiliśmy bowiem, że to Pekin będzie naszym ostatnim występem. Teraz już nie, bo przecież w 2009 roku mistrzostwa świata odbędą się w Poznaniu. Ostatnio żartowaliśmy z Tomkiem [partner Sycza w dwójce podwójnej wagi lekkiej - red.], że w kolejnym sezonie takie zawody odbywają się na Antypodach. Warto więc tam się wybrać. A potem już tylko dwa lata do igrzysk w Londynie. Kiedyś kategorycznie stwierdziłem, że po Poznaniu kończę karierę, ale jak będzie - nie wiem. Widać z tego, że ta decyzja będzie rzeczywiście najtrudniejsza w życiu.

Ma pan półroczną córkę. Może ona pomoże w podjęciu tej decyzji?

- Córka dopinguje mnie do zwiększonego wysiłku, bo czuję podwójną odpowiedzialność. Na większą rodzinę trzeba zapracować, a moją pracą jest wiosłowanie. Im wynik lepszy, tym poziom życia wyższy. Zdaję sobie z tego sprawę. Oby tylko Amelka nie wiosłowała.

Dlaczego?

- Bo wioślarstwo to bardzo ciężka i niewdzięczna dyscyplina. Jeśli już ma coś trenować, niech to będzie sport, w którym nie trzeba się tak katować, jak w wioślarstwie.

Podobno największą zaletą Roberta Sycza jest wytrwałość.

Wytrwałość jest ważna w każdym sporcie. A do wytrwałości trzeba też dodać co nieco zawziętości i wielką dozę ambicji.

Złośliwi czasem nazywają wytrwałość uporem...

- Nie kryję, że jestem uparty. Moja żona coś o tym wie.

A poprzedni trener Jerzy Broniec?

- Trener też był upartym człowiekiem.

Dlatego musieliście się rozstać?

- To on sam zdecydował, że już z nami nie pracuje.

Nie żałuje pan? Przecież wszystkie sukcesy osiągnęliście pod okiem trenera Brońca.

- Byłem przygotowywany przez pana Brońca, że on odejdzie, przez dobrych 10 lat. Wielokrotnie powtarzał, że odchodzi, że rezygnuje, że idzie na emeryturę. Wspólnie z Tomkiem Kucharskim stwierdziliśmy, że jeśli trener rzeczywiście chce odejść, niech to zrobi w odpowiednim dla naszych przygotowań momencie, a nie np. na niespełna dwa miesiące przed mistrzostwami świata w Monachium. To byłaby dla nas katastrofa.

Dlaczego mistrzostwa w Monachium są tak ważne?

- Bo są kwalifikacjami do olimpiady. W Monachium musimy zająć miejsca od pierwszego do jedenastego, żeby w ogóle pojechać do Pekinu.

A jeśli się nie uda?

- Będzie dramat. Po nich mamy jeszcze mistrzostwa Europy w Poznaniu, ale popłyniemy tylko wtedy, jeśli na MŚ wypadlibyśmy tak źle, że nie mielibyśmy stypendium na przyszły rok. Wówczas w mistrzostwach Europy próbowalibyśmy się bronić przed wypadnięciem z obiegu. Aby tego uniknąć, zaczęliśmy z Tomkiem Kucharskim bardzo intensywne przygotowania. Wakacje będę miał dopiero wtedy, kiedy inni je już zakończą. Mam nadzieję, że będziemy walczyć o podium w Monachium i wypełnimy olimpijskie minimum.

W tak silnie zespołowym sporcie rola lidera jest szalenie ważna. Pan jest przywódcą w waszym duecie...

- Liderowanie to kwestia psychiki. Nasza osada tak już jest ułożona, że ja jestem z przodu, ja szlakuję i nadaję tempo. Były kiedyś próby zmiany, ale nieudane. Poza tym Tomek nie chce szlakować, bo jest większa odpowiedzialność, obciążenie psychiczne i nierzadko większe obciążenie fizyczne. To jednak nie oznacza, że traktuję siebie jako dowódcę a jego jak podwładnego. W łódce jesteśmy równi sobie.

Pana klub Lotto/Bydgostia Bydgoszcz nagrodził pana za złoto w Sydney 100 tys. złotych, za złoto w Atenach było to 200 tys. zł. Podpisał pan z klubem kolejną umowę na Pekin. Prezes nie zdradził wysokości nagrody. Powiedział tylko, że jest ona znacząco wyższa. Czy apetyt na trzecie złoto olimpijskie jest w związku z tym większy?

- Jasne, że pieniądze są istotne, jak zasłużę za rok, będę się cieszył. Na razie jednak traktuję tę nagrodę, jakby nie istniała. Gdybym robił inaczej, myśli o tym, ile mogę zarobić albo stracić, za bardzo by mnie stresowały.

Robert Sycz
34 lata, najbardziej utytułowany wioślarz w polskim sporcie. Zdobył w dwójce podwójnej wagi lekkiej z Tomaszem Kucharskim osiem medali na mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich (złoto IO: w 2000 i 2004 r.; złoto MŚ: 1997, 1998; srebro MŚ: 2001, 2002, 2003; brąz MŚ: 2005)

10 000 km
tyle kilometrów przepłynie Robert Sycz z Tomaszem Kucharskim przygotowując się do igrzysk w Pekinie

Katorżniczy trening i dieta

Dla Gazety, Marian Hennig, trener Sycza i Kucharskiego
Dla zawodników wagi lekkiej utrzymanie wagi (osada nie może ważyć w sumie więcej niż 140 kg, a jeden z wioślarzy najwyżej 72,5 kg) to jedno z najważniejszych zadań. I bardzo trudnych, bo dietę trzeba trzymać, a nie wolno pozwolić na obniżenie wydolności i siły.

Od 4 do 6 tys. kilokalorii zużywa wioślarz podczas jednego dnia treningowego. Żeby uzmysłowić sobie intensywność treningu, warto wiedzieć, że w ciągu całego wykonuje się nawet 100 tys. różnych powtórzeń na siłowni. Jaki to wysiłek, można sprawdzić robiąc typowo wioślarskie ćwiczenie. Zawodnik leży na desce. Pod nim sztanga o ciężarze 50 kilogramów. Podnosi ją do góry. Ćwiczenie trwa 7 min (mniej więcej tyle, co wyścig na torze regatowym). Robert z Tomkiem podnoszą w tym czasie ciężar 250 razy. To pokazuje wydatek energii, który trzeba uzupełnić w ciągu dnia odpowiednim jedzeniem. Jego wartość kaloryczna nie może oczywiście przekroczyć tych 4-6 tys. kilokalorii. Podstawą jest dieta białkowa. Wykluczone są potrawy z mięsa wieprzowego czy wołowego. Musi być ryba lub drób, oczywiście z małą ilością tłuszczu i gotowane, a nie smażone. Jedzenie jest wspomagane przez specjalne odżywki.

not. bor