ŁKS w Ameryce, czyli wyjazd - niewypał

Piłkarze ŁKS pojechali do USA, żeby znaleźć sponsora, który pomógłby klubowi wyjść z kłopotów finansowych. Tymczasem wrócili do domu zaledwie z kilkoma dolarami zarobionymi za sprzedane gadżety i jeszcze większymi problemami.
Sytuacja w sportowej spółce z al. Unii jest tragiczna. Pieniędzy nie ma na nic, a długi rosną z dnia na dzień. Dlatego z radością przyjęto zaproszenie na tournee po USA. Organizator - Greg Bajek - gwarantował rozegranie trzech spotkań pokazowych oraz spotkania z polonijnymi biznesmenami, którzy mogliby zainwestować w klub. Było całkiem inaczej. Zamiast spotkań z bogatymi ludźmi piłkarze byli wożeni do polonijnych dyskotek, pubów oraz centrów handlowych. A na mecze ze słabymi rywalami przychodziła garstka Polonusów.

- To był jakiś kabaret. W pamięci pozostanie mi spotkanie z Polonią, na którym przez ponad godzinę siedzieliśmy w zamkniętym pomieszczeniu, a nikt z obsługi lokalu nie potrafił nam powiedzieć, gdzie są organizatorzy - opowiadał Antoni Panek, prezes ŁKS SSA.

Bajek wywiązał się z jednej obietnicy - dowoził piłkarzom jedzenie do hotelu. - Nie będę jadł na papierowych talerzach - stwierdził jednak Tomasz Hajto i przestał pojawiać się na uroczystych kolacjach. Na dodatek pod koniec pobytu ekipa podróżowała... szkolnym autobusem.

- Szkoda, że nic nie wiedzieliśmy o przyjeździe tak znanej polskiej drużyny - mówi Aleksandra Jazdończyk, działaczka dużej organizacji polonijnej w Stanach Zjednoczonych. - Moglibyśmy zorganizować mecze na wielkich stadionach i rozpropagować je tak, że przychodziłyby tysiące kibiców.

Dopiero ostatniego dnia pobytu w USA piłkarze zostali zaproszeni przez Związek Polonijnych Klubów Piłkarskich, którego działacze też nie wiedzieli o przyjeździe łodzian.

Okazało się, że nawet pogoda jest przeciwko drużynie z al. Unii. Towarzysząca piłkarzom Hanna Zadanowska, wiceprezydent Łodzi, miała w czwartek polecieć na rozmowy biznesowe do Chicago, ale lot został odwołany z powodu huraganu.

Na razie jedyną firmą chcącą przyjść z pomocą ŁKS jest Proinastal z Zabrza. Adam Kołodziejski, prezes zarządu, który też poleciał do USA, nie chciał jednak jednoznacznie powiedzieć, czy jego firma zdecyduje się kupić akcje ŁKS SSA. - Za wcześnie o tym mówić - ucinał każdą próbę rozmowy. Dowiedzieliśmy się jednak, że Proinastal jest gotowy zapłacić 2,5 mln zł za pierwszoligową drużynę, natomiast jej właściciel, Daniel Goszczyński, żąda trzy razy więcej.

- Ale będzie musiał sprzedać zespół, bo sytuacja jest tragiczna - przewiduje jeden z działaczy. By ŁKS wystartował w ekstraklasie, pilnie potrzeba ok. 2 mln zł. Połowa z tego to zaległości wobec piłkarzy. Zwrotu pozostałej części domagają się prywatni wierzyciele, którzy pożyczali pieniądze w zakończonym sezonie. Do tego dochodzą długi za mieszkania wynajęte dla zawodników. Za domek, w którym mieszka Hajto, ŁKS nie płaci już od trzech miesięcy. - To tylko niecałe 7 tys. - bagatelizują działacze. Rodzina piłkarza jest przerażona, bo w każdej chwili może zostać wyrzucona. W podobnej sytuacji jest Bogusław Wyparło.

Nadal nie wiadomo, jacy piłkarze będą występować w nowym sezonie w ŁKS. Ostatnio klub przedłużył kontrakt z Hajtą, ale do połowy lipca musi przelać na jego konto ponad 120 tys. W przeciwnym razie zawodnik będzie mógł odejść. A ma propozycję z Górnika Zabrze. Z klubem z al. Unii żegnają się Mariusz Magiera, Grzegorz Kmiecik oraz Cezary Wilk, a Zdzisław Leszczyński kończy karierę. Nowy trener Wojciech Borecki chciałby zbudować silny skład, ale na wzmocnienia nie ma pieniędzy. Menedżer piłkarski współpracujący z ŁKS opowiada, że szefowie klubu chcą płacić zawodnikom po 5 tys. zł miesięcznie. Tymczasem najsłabsi pierwszoligowcy chcą przynajmniej dwa razy tyle. A bez wzmocnień ełkaesiacy mogą za rok, kiedy klub będzie obchodził 100-lecie powstania, wylądować w II lidze.

Na zakończenie dobra wiadomość. Podczas spotkań w USA działacze z al. Unii sprzedawali klubowe koszulki, szaliki i inne gadżety. Zyski nie są oszałamiające, ale udało się przywieźć do kraju kilka dolarów.