Sport.pl

Król James gra o koronę

Koszykarski świat kieruje oczy na LeBrona Jamesa. Jutro pierwszy mecz wielkiego finału NBA, którego główną postacią będzie właśnie 22-letni gwiazdor Cleveland Cavaliers.


Rywalizacja o mistrzostwo będzie starciem dwóch odmiennych drużyn - z jednej strony doświadczeni San Antonio Spurs, który chcą zdobyć trzeci tytuł w ciągu pięciu lat, z drugiej - debiutanci z Cavaliers, którzy w 2003 roku, kiedy Spurs zdobywali mistrzostwo, z 17 zwycięstwami byli najgorszym zespołem ligi. Ale w drafcie wybrali wówczas LeBrona Jamesa.

Pochodzący z rozbitej rodziny lokalny bohater Ohio, sławny na cały kraj stał się już w wieku 16 lat, kiedy "USA Today" wybrało go do najlepszej piątki graczy szkół średnich w USA. Został najmłodszym wyróżnionym w ten sposób zawodnikiem i już wówczas jasne było, że ponadprzeciętna inteligencja, dobry rzut i znakomity ciąg na kosz w połączeniu ze zwinnością i ogromną siłą fizyczną dadzą mu za kilka lat status gwiazdy NBA.

Mecze jego szkolnej drużyny transmitowane były na cały kraj, na trybunach zasiadał sam Shaquille O'Neal. A James marzył, żeby być jak Michael Jordan, który patrzył na niego z 50 plakatów na ścianach pokoju. Wybrał oczywiście nr 23 na koszulce i czekał, aż urośnie do 198 cm, tak jak jego idol. Kiedy w wieku 15 lat Jordana przerósł, tak to przeżył, że przez jakiś czas nie godził się na kolejne pomiary.

Przed sezonem 2001/02 Jordan, który chciał zobaczyć fenomen Jamesa z bliska, zaprosił go do Chicago na prywatne zajęcia z zawodnikami NBA. To był jedyny raz, kiedy grali razem - w NBA się minęli, bo Jordan ostatecznie zakończył karierę dwa miesiące przed draftem w 2003 roku.

Jeszcze w szkole średniej James uczestniczył w treningu Cavaliers - 17-latek błyszczał, a ówczesny trener John Lucas musiał zapłacić 150 tys. dol. kary za niedozwolone testowanie dzieciaka.

Przed draftem James podpisał umowę z Nike na 90 mln dol. i do NBA wkroczył jako gwiazda. W pierwszym meczu zdobył 25 pkt, miał dziewięć asyst i sześć zbiórek, co odpowiada jego późniejszym średnim osiągnięciom. Cleveland z sezonu na sezon pnie się w górę, a "King James" kolekcjonuje wyróżnienia indywidualne (najlepszy debiutant, MVP Meczu Gwiazd, wybór do pierwszej piątki sezonu).

W play-off - podobnie jak kilkanaście lat temu Jordan - James musiał zmierzyć się z potęgą Detroit Pistons. Rok temu Cleveland poległo 3:4, teraz było górą 4:2. W meczu nr 5 James zdobył 48 pkt i praktycznie sam wygrał spotkanie z dwiema dogrywkami. Jego występ określono jako jeden z najlepszych w historii NBA. Za grę dostał w obecnym sezonie "tylko" 5,8 mln dol., bo wciąż obowiązuje go kontrakt debiutanta. Ale za kolejne trzy lata dostanie 60 mln.

Wprowadzenie Cavaliers do finału zajęło Jamesowi cztery lata, dłużej niż kilku innym młodym gwiazdom wybieranym wcześniej z nr. 1 draftu. Ale Kenyon Martin miał w New Jersey Nets Jasona Kidda, młody Tim Duncan zaczynał w San Antonio obok doświadczonego Davida Robinsona, a Shaquille O'Neal stworzył w Orlando Magic świetny duet z Anfernee Hardawayem. James nie ma w swoim zespole takiego wsparcia. W podobnej sytuacji był Allen Iverson, któremu wprowadzenie do finału Philadelphii 76ers zajęło pięć sezonów. Z tej grupy tylko Duncan zdobył mistrzostwo NBA w swoim pierwszym finale.

James, aby założyć mistrzowski pierścień, w finale musi wznieść się na wyżyny. Naprzeciwko niego stanie Bruce Bowen - jeden z najlepszych obrońców NBA, specjalista od zatrzymywania strzelców, np. Kobe Bryanta. Ale z Jamesem będzie mu trudniej, bo 22-letni rzucający Cavaliers ma posturę silnego skrzydłowego, co pozwala mu "odsuwać" obrońcę. Poza tym jedna z popisowych akcji Jamesa to rzut z odskoku, którego zatrzymać nie sposób. I najważniejsze: "King James" potrafi - znów jak Jordan - wydobywać to, co najlepsze z partnerów. Jeśli zagra tak jak w dwóch ostatnich meczach z Detroit, to faworyci z San Antonio mogą mieć poważne kłopoty.

Pierwszy mecz odbędzie się w San Antonio - transmisja w Canal+ Sport o 3 w nocy z czwartku na piątek. Gra się do czterech zwycięstw systemem 2-3-2.