Kijewski: Wy mnie krytykujecie, a ja wygrywam

- Nie chcę mówić, ile pieniędzy będzie miał klub, bo to nie moja sprawa. Skupiam się na budowie mocnego zespołu, szukam zawodników, którzy zagwarantują nam grę w ósemce - mówi trener Prokomu Trefl Sopot Eugeniusz Kijewski, który zdobył z zespołem cztery tytuły mistrzowskie.
Grzegorz Kubicki: Pamięta Pan taki cytat: "Trener Kijewski nie potrafi wykorzystać potencjału drużyny, nie panuje nad zespołem, a na forach internetowych pojawiły się opinie kibiców, że to już jego koniec w Sopocie".

Eugeniusz Kijewski: Krytyki pod moim adresem było dużo, zresztą jak zwykle. W trudnych momentach wspierają mnie żona i córki, a ja zawsze wierzę, że przetrwam i mimo bolesnych słów odniosę sukces. Tak było też teraz. Ten sezon kosztował mnie dużo wysiłku, podejmowałem w nim ryzykowne decyzje. Zrezygnowałem z Justina Hamiltona, przerwałem współpracę z trenerem Jackiem Winnickim. Zostałem sam, choć zespół pomagali mi prowadzić Mirek Cygan, Ali Walda, doktor Paweł Cieśla czy Romek Tymański, który też wykonał olbrzymią robotę. Nie chciałem zatrudniać nowego asystenta i wcale nie dlatego, żeby zostać pierwszym trenerem w historii, który sam zdobędzie mistrzostwo. Bałem się, że nowa osoba, która nie zna zespołu, w kluczowym momencie sezonu zrobi więcej złego niż dobrego. To były dobre decyzje, bo atmosfera w zespole znacznie się poprawiła. O tym, że zrezygnuję z Hamiltona, wiedziałem już po przegranym finale Pucharu Polski z Anwilem. Zrozumiałem wtedy, że w tym układzie kadrowym możemy nie obronić mistrzostwa Polski. Musiałem coś zmienić. Zrezygnowałem z Hamiltona po to, aby więcej minut dostali Donatas Slanina, Christian Dalmau czy Rashid Atkins. Opłaciło się.

W nowym sezonie nie będzie już Pan sam. Pana asystentami będą Tomas Pacesas i Mirosław Noculak. Litwin, jeszcze jako zawodnik, już teraz dużo Panu pomagał. Jaki był jego wpływ na zespół?

- Zależało mi na atmosferze w zespole i byłem otwarty na rozmowy z zawodnikami. Czasu na dyskusje nie było w trakcie meczu czy treningu, ale zawsze byłem gotowy porozmawiać z graczami, posłuchać ich sugestii. To budowało atmosferę. Tomas zawsze się angażował w to, co robimy, nie tylko w tym sezonie. Zawsze dużo mówił, podpowiadał, taki ma charakter. Decyzje należały jednak do mnie. Układ, w którym Tomas i Mirek współpracowaliby ze mną, odpowiada mi. Jeden jest straszy, drugi młodszy, jeden ma chłodniejsze spojrzenie, drugi gorącą głowę. Taka mieszanka będzie dobra dla zespołu. Tomas ma jeszcze kontrakt zawodnika, ale jeśli zostanie moim asystentem, to nie będzie grającym trenerem.

Uwielbia Pan stwierdzenie, że bronią Pana wyniki. I takie są fakty - zawsze realizuje Pan cel, który stawiają przed sezonem szefowie klubu. Proszę powiedzieć szczerze - ile w tym szczęścia, a ile umiejętności?

- Trochę w tej koszykówce pracuję i coś o niej wiem. Każdy trener potrzebuje łutu szczęścia, choć najważniejsze są warsztat i czucie zespołu. Myślę, że moim dużym atutem jest fakt, że sam grałem kiedyś w kosza i to całkiem nieźle. To mi pomaga w wielu sytuacjach, pozwala mi zrozumieć zespół, zachowanie zawodników. Nie zawsze się to udaje, ale staram się z tego korzystać. Krytyka, z którą spotykam się w każdym sezonie, nie jest łatwa, ale zawsze, nawet w tych trudnych momentach wierzę, że na koniec sezonu to my będziemy górą. I zawsze się udaje.

Wspomniał Pan, że zrezygnował z Hamiltona już po porażce z Anwilem w Pucharze Polski. Bał się Pan w play-off drużyny z Włocławka?

- To nie był strach przed przeciwnikiem. Bardziej bałem się tego, co sami prezentujemy. Zrozumiałem, że tak samo jak finał Pucharu Polski, może się skończyć półfinał lub finał play-off. Musiałem zareagować, żebyśmy grali lepiej. Końcówka sezonu i kolejne mistrzostwo Polski pokazały, że moje decyzje były słuszne. Słyszałem opinie, że zwalniając Hamiltona strzeliłem sobie samobója. I gdzie są teraz ci, którzy to powtarzali?

Ryzykował Pan. Odszedł Hamilton, dużo więcej grał Atkins, który miał z tego powodu kłopoty z kolanami. W efekcie na play-off został Pan z jednym, półzdrowym rozgrywającym Pacesasem...

- Atkins miał problemy z kolanami, które mogły mu uniemożliwić grę nawet gdyby występował po 15 minut. Kłopot z rozgrywającymi był dla mnie wyzwaniem. Cieszę się, że udało mi się zrobić rozgrywającego z Dalmau, który już nie tylko rzucał, ale dobrze współpracował z wysokimi. Nie był pazerny na punkty, choć trafiał w ważnych momentach. Pomógł też Pacesas. Może w ataku miał problemy, bo dużo nie trenował, ale w obronie pomógł. Choćby w finale, kiedy wspierał Hukicia w kryciu Kelatiego. Nie oczekiwałem od niego więcej po tak długich przerwach w tym sezonie. Miałem jeszcze przygotowany i przećwiczony wariant ze Slaniną jako rozgrywającym.

Jak to się stało, że mimo największego budżetu przegraliście w tym sezonie najwięcej spotkań odkąd zdobywacie mistrzostwo, czyli od czterech lat?

- Nigdy nie mieliśmy tak trudnego półfinału. Anwil był zmotywowany, zwłaszcza Goran Jagodnik i Andrzej Pluta, czyli nasi byli zawodnicy, robili wszystko, aby nas pokonać. O finał byłem już bardziej spokojny, choćby dlatego, że od lat staram się przygotować zespół tak, aby w optymalnej formie był właśnie na play-off, a zwłaszcza na finał. W trakcie rundy zasadniczej zdarzały nam się wpadki, to fakt. Porażki wynikały z frustracji zawodników. Mieliśmy 12 ludzi do grania, wszyscy nie mogli dostać ponad 20 minut i byli z tego powodu niezadowoleni. Każdy narzekał. Stąd moja decyzja o rezygnacji z Hamiltona.

To może lepiej zbudować zespół z 10 wartościowych graczy?

- Myślę nad tym, choć to zależy od rynku. Chciałbym, aby role w zespole były określone, choć nikt nie może być pewnym miejsca w pierwszej piątce. Zależy mi na tym, aby pozyskać graczy, którzy nie mieli kłopotów z kontuzjami. Jeśli wezmę zawodnika, który jest zdrowy, to mogę podjąć ryzyko i nie zabezpieczać się nadmiernie na jego pozycji. Może być więc tak, że będziemy mieli 10 wartościowych graczy plus dwóch młodszych. Jednym z nich będzie Zamojski, który sprawdził się w tym sezonie.

Jest szansa, że w końcu odmłodzicie zespół, który jest najstarszy w Europie?

- Taki jest mój cel. Chcę obniżyć średnią wieku, choć trzeba pamiętać, że o dobrego, młodego gracza walczy się najtrudniej, bo chętnych nie brakuje. Fajnie byłoby mieć w składzie koszykarzy po 24-25 lat, którzy już dobrze grają w koszykówkę. Ale takich zawodników chcą mieć w całej Europie.

W nowym sezonie poprzeczka pójdzie w górę - macie awansować do najlepszej ósemki Euroligi. Jak to zrobicie, skoro na razie wygraliście w Top 16 zaledwie jeden z 12 meczów?

- Będziemy silniejsi. Dużo zależy np. od losowania, ale chcemy zbudować zespół, który nie będzie się bał żadnej grupy w pierwszej rundzie czy nawet w Top 16. Ostatnio naszymi rywalami o awans do ósemki były Panathinaikos, Barcelona i Efes. Kiedy po losowaniu dostałem SMS z informacją o tak silnej grupie, to byłem przekonany, że ktoś robi sobie żarty. Przecież gorzej być nie mogło, a mimo to walczyliśmy. Wygraliśmy ważny mecz w Stambule, walczyliśmy u siebie z późniejszym mistrzem Euroligi Panathinaikosem. Byliśmy w grze, choć rywale to absolutny top Europy. Teraz będziemy jeszcze mocniejsi i liczę, że nie zabraknie nas w ósemce.

Jaki budżet Pan potrzebuje, żebyście awansowali do najlepszej ósemki?

- Nie chcę mówić, ile pieniędzy będzie miał klub, bo to nie moja sprawa. Skupiam się tylko na budowie mocnego zespołu, szukam zawodników, którzy zagwarantują nam grę w ósemce. Koncepcję takiego składu przedstawię panu Krauzemu i to on zadecyduje, czy zgadza się na taki skład, za takie pieniądze. Nie będzie więc tak, że budżet jest z góry ustalony i musimy się zmieścić w jakiejś kwocie. Najpierw zbudujemy drużynę, potem zobaczymy, ile ona kosztuje, i prezes Krauze będzie miał decydujący głos, czy ją akceptuje.

Prezes Krauze zadeklarował jeszcze w trakcie rozgrywek, że w nowym sezonie będzie miał Pan wolną rękę w budowaniu zespołu. Czy tak jest?

- Tak jest i tak być powinno. Dzięki temu mogę wziąć pełną odpowiedzialność za zespół. To ja będę decydował, których zawodników bierzemy i będę za nich odpowiadał. Tak jest w całej Europie. Deklaracja pana Krauzego była dla mnie ważna. Każdy trener poczułby się w takiej sytuacji bardziej komfortowo. Oczywiście każdą decyzję będę konsultował z panem Krauze, bo to on daje pieniądze na ten klub, a poza tym zna się na koszykówce. To nie jest laik, przecież miał nawet szanse być w kadrze na igrzyska w Moskwie. To człowiek, któremu należą się ogromne podziękowania za to, że stwarza nam warunki do budowy zespołu europejskiego formatu.

W ostatnich latach zawsze najpierw szukaliście centra, ale teraz największa potrzeba to rozgrywający.

- Chcę mieć dwóch nowych rozgrywających. W tym sezonie mieliśmy z tym problem. Hamilton się nie sprawdził i w Eurolidze grę prowadził Atkins. Z całym szacunkiem dla tego zawodnika, którego cenię i który dużo nam pomógł - to, że z takim rozgrywającym awansowaliśmy do Top 16, to mistrzostwo świata. Ciekawe, który trener w Europie założyłby sobie grę w najlepszej szesnastce Euroligi z Atkinsem jako pierwszym rozgrywającym?

Podobno Krauze zaangażował się nawet w poszukiwania rozgrywającego z NBA?

- To miłe, bo świadczy tylko o tym, jak mocno mu zależy na sukcesie klubu. Aczkolwiek nie jestem przekonany do rozgrywającego prosto z USA, to zawsze ryzyko. Wolałbym rozgrywającego, który wie, jak się gra w Europie.

Czy Eugeniusz Kijewski jest dobrym trenerem?