Dlaczego Zagłębie zostało mistrzem

Piłkarze Zagłębia Lubin zdobyli mistrzostwo Polski, choć ligą miały tradycyjnie rządzić Wisła Kraków z Legią Warszawa.
Przeanalizowaliśmy powody, z powodu których ekipa Czesława Michniewicza wygrała ligę. Na tytuł złożyły się umiejętności piłkarskie, talent, praca, profesjonalizm i wiele innych czynników, o których wiele mówiło się i pisało, ale nie tylko. Oto te mniej doceniane elementy, w których piłkarze Zagłębia także byli niedoścignieni.

Mistrzowie pomyłek: Vidas Alunderis i Michał Stasiak

Prowokowali przez cały sezon rywali, z gracją kiksując na własnym przedpolu. Na szczęście przeciwnicy rzadko te okazje wykorzystywali. Najczęściej głupieli po dokładnych podaniach od obrońców Zagłębia, bo tak naprawdę przez większość spotkań obaj stoperzy z Lubina grali nieźle. Efekt znamy: lubinianie wygrali ligę.

Mistrz uśmiechu: Manuel Arboleda

Śmiał się w Zagłębiu najpiękniej, ale też ćwiczyć musiał dużo, bo poza uśmiechem żadne inne formy komunikacji z Polakami nie wchodziły w grę. "Maniek", kiedy się denerwował, krzyczał po hiszpańsku, więc kartek za niesportowe zachowanie nie dostawał. Kiedy chciał przeprosić, podziękować, wyrazić wzruszenie i radość - po prostu śmiał się od ucha do ucha.

Mistrzowskie dorastanie: Grzegorz Bartczak

Po cichu, ale perfekcyjnie przeobraził się ze zdolnego i obiecującego Grzesia w twardego obrońcę, powoływanego do reprezentacji. Jego kariera w Lubinie przypominała dotąd sinusoidę. Co przychodził nowy trener, to Bartczak lądował na ławce rezerwowych. Po kilku tygodniach okazywało się, że jednak w pierwszej lidze może grać, i wtedy przychodził nowy szkoleniowiec. Pierwszym, który nie miał wobec Bartczaka żadnych wątpliwości, był Michniewicz. Był do tego stopnia zdeterminowany, że wymyślił zawodnikowi nową pozycję na boisku, czyli prawą obronę. W efekcie Bartczak zagrał chyba najlepszą rundę w karierze.

Mistrzowie strategii - Wojciech Łobodziński i Michał Chałbiński

To filary Zagłębia, ale obserwując ich w akcji, czasem człowieka brała złość - bo oni grali tak jakby na pół gwizdka. Okazuje się, że to przemyślana i przygotowana strategia. W przypadku pierwszego obliczona na grę w kadrze, drugi postanowił zbudować swą legendę. Kiedy Chałbiński odniósł kontuzję, w Lubinie słychać było głos rozpaczy. Słusznie, bo jego brak, zwłaszcza w Łęcznej, był aż nadto widoczny. Sam zawodnik natomiast mógł z podniesioną głową przechadzać się po trybunach i odbierać wyrazy uwielbienia. Natomiast Łobodziński jakoś przekonał do siebie selekcjonera kadry i ma w niej chyba najmocniejszą pozycję z lubinian.

Mistrzowie dziada

Nikt spośród ligowców nie grał w dziada tak pięknie jak duet Maciej Iwański, Andrzej Szczypkowski i - najpierw Dariusz Jackiewicz, a potem Rui Miguel - oraz czasami Mateusz Bartczak. Piłkarze robili sobie żarty z przeciwników, "klepiąc" w środku pola między sobą, a rywale bezradnie biegali za piłką. Bywało i tak, jak choćby w ostatnim spotkaniu w Lubinie z Widzewem, że w dziada zagrano na linii pola karnego łodzian i skończyło się golem. Kibice Zagłębia uwielbiali te gierki. Pozostałych raczej wprawiały we frustrację.

Mistrzowie odwagi: Łukasz Piszczek, Robert Kolendowicz i Marcin Pietroń

W dzisiejszym Zagłębiu gra na pozycji lewego pomocnika wymaga niemałej odwagi ze względu na "lewicowość" owej pozycji. Najodważniejsi byli wymienieni trzej prawdziwi mężczyźni, którzy prawdopodobnie mają pewne miejsce w zespole po kolejnej zmianie rządów w KGHM Polska Miedź SA. Na wszelki wypadek także Wojciech Łobodziński niekiedy "zmieniał pozycję" z prawej flanki na lewą, co tylko potwierdza, że ze strategią radzi sobie znakomicie.

Mistrz magii : Michal Vaclavik

W sobie tylko znany sposób wygryzł z bramki Mariusza Liberdę. Tuż przed pierwszym meczem rundy rewanżowej Czesław Michniewicz rozpytywał dziennikarzy, na którego z bramkarzy oni by postawili. Dziennikarze - przekornie, a może zaczarowani - zgodnie twierdzili, że na Czecha, bo no właśnie, nie wiadomo do końca dlaczego. Magia Vaclavika zadziałała - Czech stał się podstawowym graczem mistrzów kraju i zaczął czarować napastników rywali. Bardzo skutecznie przez całą wiosnę. Kiepsko poszło mu tylko w Bełchatowie, ale przecież nie wszystko musi się udać.

Wielki mistrz: Czesław Michniewicz

W Lubinie założył prawdopodobnie Zakon Rycerzy Sukcesu. Teraz są ponoć zakusy, by zakon - jeśli faktycznie istnieje - zmienił siedzibę. Chyba że najlepszy w Polsce "trener Czech" (jak mawiał Bogusław Baniak) dogada się z prezesem Pietryszynem i ten da kasę na solidny zaciąg dobrych wojów. Przy okazji - Robert Pietryszyn to także prawdziwy mistrz w dwóch dziedzinach. Po pierwsze, jest swego rodzaju "zegarmistrzem" - w kilka miesięcy przeskoczył z klubem trzy dekady. Czy potrafi przeskoczyć także polską rzeczywistość piłkarską i przekona kogo trzeba, że chcąc odnosić kolejne sukcesy, trzeba wyłożyć dwa razy więcej pieniędzy niż dotąd? Zobaczymy. Prezes jest także mistrzem nieco beznadziejnej wiary, że uda się uchronić klub przed mecenasem Michałem Tomczakiem z Wydziału Dyscypliny. W tym przypadku pozostaje stwierdzić raz jeszcze: zobaczymy.