Sport.pl

Igor Griszczuk: koszykarski ambasador

Przez kilkanaście lat był jedną z wizytówek regionalnego sportu. Teraz Igor Griszczuk - symbol Włocławka - jest bliski tego, by sprawić sensację i przedwcześnie zakończyć sezon Anwilu, zespołu, który go wypromował.
Włocławek, kilkanaście lat temu. Dochodzi czwarta rano. Autokar przywozi pod halę koszykarzy Anwilu. Przegrali właśnie we Wrocławiu siódmy decydujący mecz o mistrzostwo kraju. Jeden z nich nawet nie kryje ogromnego zawodu. Uśmiecha się dopiero, gdy widzi ponad tysiąc kibiców na ulicy. - Igor, Igor, nic się nie stało! - skanduje tłum w świetle latarni.

Symbol na reklamie

Griszczuk we Włocławku to symbol. Jeszcze niedawno wyjeżdżając z miasta w kierunku Torunia, trudno było nie zauważyć ogromnej reklamy zakładów Anwil, którą zdobił wizerunek byłego koszykarza tego zespołu. Włocławianie niekoniecznie znają nazwiska własnych parlamentarzystów, ale kim jest Griszczuk wiedzą zarówno nastolatki, jak i ci już w dojrzałym wieku. Mężczyźni i kobiety. Fanatyczni kibice koszykówki, ale i ci nieliczni, którzy z boku przyglądają się fenomenowi, jakim stała się ta dyscyplina sportu na Kujawach. Teraz Griszczuk jest trenerem Czarnych Słupsk - z tym zespołem w play-off ekstraklasy walczy właśnie Anwil. Griszczuk wygrał pierwszy mecz ćwierćfinału w Hali Mistrzów. Pokonał zespół z miasta, które stało się dla niego domem.

Griszczuk to wizytówka miasta, uwielbiany symbol, który traktowany był dotychczas niemal jak ambasador Włocławka.

Czas to pieniądz

Jest na Kujawach uwielbiany, hołubiony i traktowany na specjalnych warunkach. Nigdy nie zabiegał o popularność, a zawsze sprawiał raczej nieco zaskoczonego tym, jak reagują na jego widok ludzie na ulicy. Swobodniej czuje się chociażby na toruńskiej Starówce, tu w tłumie ludzi może pozostać anonimowy.

Za wszelką cenę próbował po meczach niezauważony uniknąć dziennikarzy, dla których każde słowo wypowiedziane przez Griszczuka jest na wagę złota. Teraz nic się nie zmieniło - ci, którzy chcieli z nim porozmawiać po tym jak oficjalnie objął stanowisko trenera Czarnych, zawiedli się. - Każda minuta jest cenna. Gdy rozmawiamy, ktoś może właśnie oglądać zawodnika, którym i ja jestem zainteresowany - powiedział. Na początku swego pobytu mówił mało, bo wstydził się, że słabo mówi po polsku. - Medialny to nigdy nie był... - wspomina Jerzy Polak, były dyrektor Radia W i sprawozdawca z meczów włocławskich koszykarzy. Choć Griszczuk zawsze ma celne i niebanalne spostrzeżenia o meczu, to trudno go namówić na chwilę komentarza. - Kiedyś po udanym meczu podszedłem do niego z mikrofonem. Powiedział, żebym poszedł lepiej do "Jankesa" (Tomasza Jankowskiego, byłego kapitana Anwilu - przyp. red.), bo on lubi udzielać wywiadów. A potem jeszcze szelmowsko mrugnął okiem i z uśmiechem dodał: "Ja przecież za wywiady biorę dużo kasy" - opowiada Polak.

Musimy go mieć

Kilkanaście lat temu pochodzący z Białorusi koszykarz nawet nie przypuszczał, że Włocławek stanie się jego domem. Polska u progu lat 90. to początek wielkiej mody na angażowanie gwarantujących wysoką klasę zawodników zza wschodniej granicy. Za to dla nich przekroczenie granicy i wyjazd na Zachód to szansa na choć trochę lepszy byt. Przyjeżdżają coraz chętniej. Na Mazowszu rozgrywany jest tradycyjny Turniej Wyzwolenia Warszawy, w którym dominuje świetnie przygotowany zespół RTI Mińsk. Oczy kibiców są zwrócone na szczupłego 26-latka. To Griszczuk.

Grał w koszykówkę od czwartej klasy szkoły podstawowej, szybko zdobył doświadczenie. Potem znalazł się w specjalnej klasie koszykarskiej i sportowym internacie. Ukończył też Białoruski Instytut Wychowania Fizycznego w Mińsku. Młody, niepokorny, imponujący walorami nie tylko koszykarskimi, ale i prawdziwą sportową charyzmą. Gdy rzucał, trafiał. Gdy podawał, to precyzyjnie, co do centymetra piłka była w rękach partnera. Na trybunach hali w Warszawie siedzą Andrzej Dulniak, prezes Provide Włocławek, tworzącej się nowej siły w krajowej koszykówce i szkoleniowiec Mirosław Noculak. - Gdy zobaczyliśmy, jak Igor gra, powiedzieliśmy sobie, musimy go mieć - mówi ten pierwszy.

Opiekun do dziecka

Rozmowy rozpoczęto już we Włocławku, gdzie RTI został zaproszony na towarzyski turniej. Negocjacje z koszykarzem trwały krótko - obie strony chciały przecież dokładnie tego samego. Jedynym problemem pozostawało tylko stanowisko władz białoruskich. - Przepisy były takie, że zawodnicy do 28 lat nie mogli wyjechać na Zachód - tłumaczy koszykarz. Plany włocławian i Griszczuka próbował pokrzyżować nawet szkoleniowiec zespołu z Mińska Aleksander Borysow. Zupełnie odizolował zawodnika od świata, zamykając go w hotelowym pokoju i definitywnie zabraniając jakiegokolwiek kontaktu z przedstawicielami polskiego klubu. Nie odłączył jednak telefonu, przez który Griszczuk doszedł do porozumienia z nowymi pracodawcami i podpisał aż czteroletni kontrakt. Kolejnym problemem był już tylko wyjazd z Białorusi. Niezbędny był do tego podstęp - utalentowany koszykarz teoretycznie musiał zostać na Białorusi aż do ukończenia 28 lat, kiedy władze mogły mu wydać pozwolenie na wyjazd. Oficjalnie więc do pracy w Polsce wyjechała żona Griszczuka, Ina. Igor miał jedynie opiekować się córką Mają. To wyraźnie przekonało urzędników i już po kilku miesiącach późniejszy ulubieniec kujawskich kibiców przyjechał do Włocławka. Reszta rodziny dotarła... z półtorarocznym opóźnieniem.

Zadziorny duch zespołu

Początki nie były łatwe. Nowy koszykarz zza wschodniej granicy wkupił się w łaski kolegów z włocławskiego zespołu... salami, którą przywiózł z domu. - Od zawsze nazywano go w zespole "Rusek". Nie miało to złośliwej wymowy, on był oczywiście typowym dobrym duchem zespołu. Ale po prostu Griszczuk jest taką prawdziwą "zadziorą" ze specyficznym charakterem - ocenia najsławniejszego włocławskiego koszykarza Jerzy Polak. Sportowa złość, zaciętość, dążenie do zwycięstwa za wszelką cenę - wszystkie atuty Griszczuka często przeradzały się w karierze sportowej w nerwy. Porywczy, impulsywny, z dużym temperamentem dawał się prowokować rywalom i wdawał się w dyskusje z arbitrami. Najpoważniejsza z jego kłótni przeszła do historii polskiej ligi koszykarskiej jako jeden z najgłośniejszych konfliktów między zawodnikiem a sędziami. Po przegranym meczu w 1996 roku we wrocławskiej Hali Ludowej niezadowolony obrońca Nobilesu/Azoty według relacji arbitrów wtargnął do szatni i straszył "sprawiedliwych" białoruską mafią. Został zawieszony na dwa mecze i ukarany grzywną 1000 złotych.

- Przy jego emocjonalnym podejściu to się zdarza. On maksymalnie ładuje w grę całe swoje serce, to niesamowite i już bardzo rzadko spotykane podejście do sportu - opowiada Wojciech Krajewski, szkoleniowiec, który najdłużej z polskich trenerów miał okazję pracować z czasami niesfornym koszykarzem.

Krawat zamiast spodenek

Od 1997 roku po przyznaniu mu paszportu i obywatelstwa jest już Polakiem. Kilka lat temu zmienił już koszykarską koszulkę, spodenki i sportowe buty na garnitur i krawat. Został asystentem pierwszego trenera Anwilu Andreja Urlepa.

Teraz samodzielnie prowadzi Energę/Czarnych - z wielkimi sukcesami.