Otylia popłynie bez rezerw

Trzy polskie finały mogą się w środę skończyć trzema medalami pływackich mistrzostw świata dla Polski, w tym Otylii Jędrzejczak na 200 m st. dowolnym
Jędrzejczak w zbyt obcisłym błękitnym kostiumie wciskanym na siłę przez fizjoterapeutkę przed wyścigiem w półfinale płynęła - zdawało się - ciężko. Trzymała się Laure Manaudou i vice versa.

Szybko okazało się, że dla Otylii to nie był dobry pomysł. Francuzka o godz. 19.14 zdobyła srebrny medal na 100 m stylem grzbietowym, o 19.37 wystartowała do finału na 1500 m stylem dowolnym, gdzie zajęła ostatnie miejsce z 50 s straty do zwycięzcy, wreszcie o 20 odebrała medal. O 20.15, gdy przyszedł czas na półfinał 200 m stylem dowolnym, Manaudou była wyczerpana. A Otylia się jej trzymała.

Otrzeźwienie nastąpiło w połowie dystansu, kiedy na dalszych torach parły po rekord świata Federica Pellegrini i Annika Lurz. W tym czasie Polka z trudem trzymała się środka stawki. Przy Włoszce i Niemce wydawało się, że płynie ciężko i mozolnie, a jednak do rekordu Polski, który pobiła w sierpniu w Budapeszcie w sztafecie, zabrakło jej zaledwie 0,04 s. - Oti, czy masz jeszcze jakieś rezerwy? - zapytał za metą ktoś z tłumu dziennikarzy z lekką nutką desperacji w głosie. - Żadnych - powiedziała Otylia, która miała trzeci czas półfinałów.

Tymczasem, jak stwierdziła Polka, "w finale wszystkie dziewczyny popłyną jeszcze szybciej". W tym być może nawet Manaudou, która powinna dojść do siebie po katastrofie na 1500 m. Powinna więc też popłynąć szybciej i Otylia.

W finale dzięki "Gazecie"

Za to Michael Phelps już pozbawił Pawła Korzeniowskiego złudzeń na wyrównaną walkę, nie wspominając o porażce w półfinale wyścigu na 200 m motylkiem. Amerykanin następnego zawodnika na mecie pokonał o 0,04 s. Wcale nie był to Korzeniowski, tylko Chińczyk Wu Peng. Korzeniowski nie był też następny. I następny też nie.

Polak na swoim ulubionym dystansie, na którym zapowiadał pokonanie fenomenalnego Amerykanina, miał dopiero siódmy czas. Phelps dokonał tego zaledwie godzinę po pobiciu rekordu Iana Thorpe'a na 200 m st. dowolnym, po przełamaniu bariery 1.44 (1.43,86) i pokonaniu Pietera van den Hoogenbanda w najbardziej oczekiwanym finale mistrzostw w Melbourne.

Łukasz Drzewiński też płynął w półfinale 200 m motylkiem, zresztą dzięki "Gazecie". Właśnie sobie robił pamiątkowe zdjęcia, kiedy powiedzieliśmy mu, że jeden z przeciwników wypadł z nieznanych powodów i jego miejsce zajmuje 17. na liście w eliminacjach, czyli on, Drzewiński. Było to o 18.30, czyli dwie godziny przed półfinałem. - O rany, żartujecie, nie? - zapytał, ale po naszych minach poznał, że nie. Nigdy nie pobiegł do szatni tak szybko jak wtedy - powiedziałby zapewne trener Paweł Słomiński.

Gonił resztkami sił

Przemysław Stańczyk wszedł do finału wyścigu na 800 m z szóstym czasem, 1,5 s gorszym niż rekord życiowy. Stańczyk, czwarty zawodnik MŚ na tym dystansie w 2005 r., w dzisiejszym wyścigu ma szansę na medal, jeśli popłynie lepiej niż rekord życiowy. Nie wiadomo jednak, czy będzie w stanie, gdyż już po eliminacjach stwierdził, że czuje się "całkowicie wyjechany". - Na ostatnich metrach goniłem resztkami sił - powiedział Stańczyk. Te "resztki" wyglądały imponująco, jeśli chodzi o fontanny wody wokół finiszującego Polaka, ale już gorzej, jeśli chodzi o czas ostatnich 50 m (28,76 s, najsłabszy w finale).

Mimo to statystyka podpowiada, że Stańczyk może dziś zabłysnąć. W finale 800 m zwykle pływają ci sami zawodnicy co na 1500 m, bo jest to podobny rodzaj wysiłku, wymagający podobnych przygotowań - tak właśnie było w Montrealu. Tym razem spośród dziesięciu najlepszych na 1500 m tylko czterech wystartuje na 800 m.