Sport.pl

Oliwa: Tak to można tresować psa!

- Domyślam się, komu moje zachowanie mogło się nie spodobać. Tym, którzy lansują się na wielkich hokeistów, a tak naprawdę zastanawiają się, jak przewieźć butelkę wódki z Warszawy do Norwegii. Żałosne - mówi Krzysztof Oliwa, były gracz NHL i były menedżer kadry hokeja na lodzie
Oliwa - jedyny Polak, który zdobył Puchar Stanleya (w 2000 r. z New Jersey Devils), były wieloletni gracz kilku drużyn NHL (m.in. finał play-off z Calgary Flames w 2004 r.) - w zeszłym roku został menedżerem reprezentacji Polski. Przestał nim być kilkanaście dni temu, gdy odwołał go - na wniosek selekcjonera Rudolfa Rohaczka - zarząd PZHL. W geście solidarności z Oliwą z gry w kadrze zrezygnował najlepszy polski hokeista Mariusz Czerkawski (obecnie szwajcarski Rapperswil-Jona Lakers, wcześniej przez dekadę w NHL). A już 15 kwietnia w Chinach rozpoczynają się MŚ I Dywizji, gdzie rywalami biało-czerwonych będą gospodarze, Estończycy, Francuzi, Holendrzy i Kazachowie.

Wojciech Todur: Dlaczego przestał Pan być menedżerem polskiej reprezentacji?

Krzysztof Oliwa: Trener Rohaczek twierdzi, że zawodnicy się mnie boją.

Jak to boją?

No, takie uzasadnienie przedstawili działacze PZHL. Trener też nie wyobrażał sobie dalszej współpracy.

Ponoć zaszkodziło Panu zachowanie po ostatnim meczu międzynarodowego turnieju w Toruniu. Hokeiści mówią, że gdy przegrali ostatni mecz z Węgrami i stracili tym samym szansę na zwycięstwo w zawodach, wpadł Pan do szatni i zachowywał się jak furiat.

A co, miałem wejść i po główkach ich pogłaskać? Skompromitowali siebie i polski hokej. Chciałem nimi wstrząsnąć. Kto tego nie zrozumiał, to znaczy, że się nie nadaje do tej gry. Jak ktoś lubi ciszę i spokój, to niech lepiej weźmie się za szachy.

Domyślam się, komu moje zachowanie mogło się nie spodobać. Tym, którzy lansują się na wielkich hokeistów, a tak naprawdę zastanawiają się, jak przewieźć butelkę wódki z Warszawy do Norwegii [tam też rozgrywany był turniej taki jak w Toruniu]. Żałosne. Znam wszystkie numery tych cwaniaków. Mam jednak nadzieję, że w kadrze jest kilku młodych chłopaków, którzy chcą coś osiągnąć i ta lekcja nie pójdzie na marne.

Pana w czasie kariery też ktoś zdrowo opieprzył?

Bo to raz! Pamiętam jak pod sufit poleciał stolik, przy którym siedziałem. Raz nad głową przeleciał mi kubek z gorącą kawą, a wściekły trener o mało co nie złamał przeze mnie ręki. Z trudem zdołałem się opanować. Musiałem, bo taki jest podział ról - trenerowi, menedżerowi, należy się szacunek. On mówi, ty słuchasz. W takiej sytuacji masz do wyboru: albo stwardniejesz, albo przepadniesz. A wygrywają tylko twardziele. Nie raz zadawałem sobie pytanie: czego oni ode mnie chcą? Czy ja naprawdę jestem taki drewniany? W pewnym momencie poszedłem nawet do psychologa. Ale przetrwałem!

Jeden z hokeistów powiedział, że nie ma Pan prawa go pouczać, tylko co najwyżej zająć się marketingiem i poszukiwanie sponsorów...

Kto? Rafał Radziszewski [bramkarz reprezentacji i Cracovii]? Jeżeli kiedyś wrócę do pracy z kadrą, to może zapomnieć o grze... Nie zasługuje na szacunek. Mogę mu przypomnieć, jak przed ważnym meczem podczas turnieju w Austrii poszedł na imprezę... Nie potrafi się chłopak zachować. Zapomina, że jest częścią zespołu, że bez kolegów jest nikim.

Zniechęcił się Pan już do reformowania polskiego hokeja?

Zniechęciłem się do współpracy z PZHL-em, ale nie do hokeja. Od dwóch lat staram się zrobić coś dobrego, angażuję się w turnieje dla dzieci, spotykam się z władzami różnych miast - wszystko by promować hokej. Taki był nasz plan: mój i Mariusza Czerkawskiego.

Jeśli chodzi o PZHL, to widzę, że nie jestem potrzebny. Rezygnują ze mnie ci sami ludzie, którzy siedemnaście lat temu mówili, że nie mam czego szukać na lodzie. Wysyłali mnie do kopalni! Wróciłem z bagażem sukcesów i doświadczeń, ale jak się okazuje, dla nich znowu jestem za słaby. To może jednak z nimi jest coś nie tak?

A może na przeszkodzie stoi Pana trudny charakter? Gdy w czasie lockoutu w NHL w 2005 r. podpisał Pan krótki kontrakt z Podhalem, od razu pojawiły się konflikty w zespole.

Podhale to był miły epizod. Do dziś jestem wdzięczny panu Wiesławowi Wojasowi [sponsor klubu z Nowego Targu], że dał mi szansę gry. Gdyby nie kontuzja pachwiny, na pewno pomógłbym drużynie.

W jaki sposób został Pan poinformowany, że jednak nie pojedzie Pan z kadrą na turniej do Chin?

Śmieszna sprawa. Dzień wcześniej byłem w siedzibie związku i rozmawialiśmy o szczegółach wyjazdu, a nazajutrz wysłali mi maila, że jednak nie jadę. Co to ma być?! Bali mi się o tym powiedzieć w twarz?!

Zarząd PZHL podjął decyzję na wniosek trenera Rohaczka. Zaskoczyło to Pana?

Nie. Twierdził, że mu się wtrącam do treningów. Tymczasem podczas zajęć najczęściej siedziałem na trybunach, nawet posiłków razem nie jedliśmy.

Były konflikty, to fakt, święty nie jestem. Wtedy w Toruniu wszedłem do szatni po ostatnim meczu, bo już nie mogłem na to patrzeć. Chciałem wstrząsnąć drużyną. Zmusić chłopaków do pracy i poczucia odpowiedzialności. Trener Rohaczek w takich chwilach mówi najczęściej tak: "Było ciężko, ale powalczyliśmy". "Nie wygraliśmy, bo wyszło zmęczenie" itd... Tak to można tresować psa, a nie hokejowy zespół!

Na wieść o tym, że przestał Pan być menedżerem kadry, z wyjazdu na MŚ do Chin zrezygnował Mariusz Czerkawski. Będzie Pan go namawiał do zmiany decyzji?

To jego sprawa. Mariusz jest solidarny, wspiera mnie także przy promocji hokeja i cenię go za to. To oznacza, że jesteśmy zespołem, trzymamy się razem! Na przekór tym wszystkich, którzy tak boją się o swoje krzesełka. Nie bójcie się! Przez najbliższy rok sobie jeszcze porządzicie, a potem będą wybory i zobaczymy co będzie dalej.

Mariusz i ja mamy pomysł, jak zreformować polski hokej. Chcemy, żeby w zarządzie pojawili się ludzie młodzi, energiczni. Tacy, którzy potrafią odnosić sukcesy. Obawiam się jednak, że wystartuje ktoś z obecnych członków zarządu i na dodatek jeszcze wygra... Obym się mylił!

Prezes Zenon Hajduga twierdzi, że nadal liczy na współpracę. Miałby Pan odpowiadać za marketing, sponsorów.

Zapomnij! Nie po to przez całe życie pracowałem jak wół, żeby teraz ktoś mną poniewierał. Nie ma mowy!

W ekipie na mistrzostwa w Chinach znalazł się też Pana ojczym, który ma się zająć wideorejestracją zawodów. Pojedzie?

W PZHL bardzo na to liczyli, ale mój ojciec postawił sprawę jasno: ja nie jadę, to i on nie jedzie. Ma też swoje obowiązki, które mu to uniemożliwiają. Mam przed sobą jego pismo, którym wypowiada umowę PZHL i kończy współpracę. Nie ma obaw, na jego miejsce znajdzie się niejeden chętny. W ekipie już jest kilka osób, które wyjazd do Azji traktują jak atrakcyjną wycieczkę.

To, co Pan mówi, to gorzka prawda o polskim hokeju?

Na własne życzenie jesteśmy średniakiem. Drużyny, które jeszcze kilka lat temu były w naszym zasięgu, uciekają nam z każdym sezonem. Spójrzmy na Duńczyków [obecnie w światowej elicie], za chwilę nie będziemy mieć szans w konfrontacji z Węgrami.

To właśnie porażka z Węgrami tak bardzo mnie zdenerwowała podczas turnieju w Toruniu. Tam poszli po rozum do głowy. Zatrudnili dobrego trenera z Kanady i już są tego efekty. Też proponowałem takie rozwiązanie, ale nikt mnie nie słuchał.

Naszej drużynie życzę jak najlepiej. Niech wejdą do elity i grają tam i przez dwadzieścia lat. Obawiam się jednak, że w Chinach będziemy walczyć o utrzymanie. Będzie ciężko.

Otwarty konflikt z PZHL-em zaczął się kilka tygodni wcześniej. Wtedy Pan i Czerkawski protestowaliście przeciwko organizacji przetargu na zakup sprzętu hokejowego.

Już to odpuściłem, za dużo mam rzeczy na głowie. Ale potwierdzam słowa Mariusza: przetarg był tak skonstruowany, że może go wygrać tylko jedna, współpracująca ze związkiem firma.

Czy nadal będzie Pan promował hokej?

Pewnie, że tak. Niedawno byłem w Lublinie, w kwietniu organizuję z Mariuszem turniej dla dzieci w Bytomiu, a w maju w Gdańsku i Lublinie. Z Mariuszem, Erwiną Ryś-Ferens i Karolina Wirowską-Ulińską zakładamy Fundację Mistrzów Sportu na Lodzie MEK. Jeszcze wierzę, że zmiany na lepsze są możliwe.

Zenon Hajduga, prezes PZHL: Nie mogliśmy się zachować inaczej. Oliwa musiał się pożegnać z kadrą - taka była wola trenera. Wydaje mi się, że w NHL jest podobnie, to szkoleniowcy podejmują takie decyzje i Oliwa chyba powinien o tym wiedzieć. Zarząd poparł wniosek trenera Rohaczka jednogłośnie.

Czy zastanawialiśmy się nad zatrudnieniem szkoleniowca z Kanady? Był taki pomysł i to prawda, że jego największym zwolennikiem był właśnie Oliwa. Miał też zorganizować pieniądze na zatrudnienie takiego szkoleniowca. To nie jest mały wydatek. Do wysokiej pensji dochodzą jeszcze bilety lotnicze, samochód, mieszkanie. Związku na to nie stać! Oliwa pieniędzy nie znalazł, to i tematu nie ma.

Dyscyplina w kadrze? Myślę, że nie ma z tym większego problemu. Pewnie, że rok temu był kłopot z Radziszewskim [po turnieju w Estonii przyszedł na rozdanie medali pod wpływem alkoholu], ale został ukarany, zawieszony. Nie może przecież cierpieć za swoją głupotę przez całe życie. Po meczu w Toruniu Oliwa wszedł do szatni i połamał Radziszewskiemu kij. Czy to jest dobre zachowanie? To raczej nie pomaga w budowaniu dobrej atmosfery.

Widzę dla Oliwy miejsce we władzach PZHL. Kto wie, może mu się powiedzie w przyszłorocznych wyborach? Ja sam kandydować nie zamierzam, nie będę też członkiem zarządu.