Sport.pl

Leo Beenhakker: Wygrać najbliższy mecz

- Wyłowiliśmy wielu piłkarzy, którym jeszcze nie zdążyliśmy dać szansy. Ale ich czas nadejdzie. Powtarzam: Polska to kraj piłkarskich talentów. Trzeba tylko je dostrzec i popracować nad nimi, a pięknie się rozwiną - mówi trener reprezentacji Polski
Michał Pol: W sobotę Polska gra w eliminacjach Euro 2008 z Azerbejdżanem, a w następną środę z Armenią. Czy trenerowi łatwiej przygotować zespół przeciwko słabszemu rywalowi niż trudniejszemu jak Portugalia?

Leo Beenhakker: Zawsze trudniej zmotywować do gry ze słabszym. W każdych rozgrywkach, od amatorskich po najwyższe. Zawodnik Chelsea będzie się palił do gry z MU czy Barceloną. Ale każ mu grać z drużyną z niższej ligi, a będzie się krzywił. Uzna, że wynik jest przesądzony przed rozpoczęciem.

Azerbejdżan wydaje się silniejszą drużyną niż ta, którą Polska pokonała w poprzednich eliminacjach 8:0. Ma w składzie kilku naturalizowanych Brazylijczyków, Ukraińca...

Wszystko zależy od nas samych, nie będziemy się oglądać na rywali. Co nie znaczy, że zlekceważymy Azerbejdżan. Małe kraje coraz częściej potrafią zaistnieć w futbolu. W eliminacjach niespodziankę sprawia a to Macedonia, a to Malta czy Cypr.

Na przygotowanie do meczu ma Pan zwykle kilka dni. Co można osiągnąć w tak krótkim czasie?

Czas jest naszym wrogiem. Bywa, że pozwalam sobie na marzenia i myślę, ile byśmy osiągnęli z tą grupą fantastycznych piłkarzy, gdybyśmy tworzyli klub i mogli pracować przez trzy miesiące dzień w dzień.

Ale ponieważ mam tylko kilka dni, sprawą fundamentalną jest, żebyśmy byli ze sobą jak najbliżej się da. Pełna koncentracja przez 24 godziny. Dlatego zamykam nasz obóz - nie chcę, żeby piłkarze tracili energię na rozmowy np. z dziennikarzami, fanami.

Poza tym trener ma tylko dwa narzędzia. Trening, na którym musi wyjaśnić zawodnikom, co i jak mają robić, oraz rozmowę, w której musi tchnąć w piłkarzy pewność siebie, umocnić ich w wierze we własne możliwości. Wiele zależy od sytuacji. Po porażce takiej jak z Finlandią trener też jest zawiedziony. Ale budzi się następnego dnia i musi być pierwszym, który się podniesie. Musi przekonać graczy, że to, co było, to historia, bo czeka następny mecz. Podobnie zresztą po wygranej z Portugalią. W Polsce, niestety, albo coś widzicie czarne, albo białe. Po meczu z Finlandią wszystko było złe. Teraz wygraliśmy trzy spotkania i wszyscy są pewni, że awansujemy do mistrzostw Europy. Powoli.

Ale czy po meczach z Portugalią czy Belgią, a zwłaszcza po stylu tych wygranych, możemy być przynajmniej pewni, że reprezentacja Polski będzie tak grała zawsze?

W futbolu gwarancji nie ma. Co tydzień na całym świecie dochodzi do niespodzianek. Myślę, że od trenera zależy 80 proc. - taktyka, motywacja, nastawienie. Pozostałe 20 proc. to boisko - sędzia, piłka odbita od słupka, która wpada do bramki albo nie. No i zawodnicy, którzy są przecież ludźmi, a ludzką rzeczą jest błądzić.

Oto Roberto Carlos z Realu, jeden z najlepszych technicznie piłkarzy na świecie, popełnia koszmarny błąd w 11. sekundzie i Bayern obejmuje prowadzenie. Gdzie tu wina trenera? Mój przyjaciel Fabio Capello nie mógł tego przewidzieć. Roberto Carlos normalnie tak nie robi. Dlaczego teraz, dlaczego w tak kluczowym momencie? Dlatego mogę zagwarantować tylko tyle, że przekażę drużynie całą moją wiedzę, zapał i energię, jaką mam. Pozostaje pytanie, co drużyna zrobi z tym na boisku.

Żurawski kontuzjowany, Matusiak i Grzelak nie grają w klubach, Rasiak - sporadycznie. Czy gotów jest Pan stawiać na napastników, którzy nie mają miejsca w swoich drużynach?

Gdybym stawiał tylko na tych, którzy mają pewne miejsce w klubach, mógłbym mieć problem z zebraniem jedenastki na mecz. Kiedy więc spotykam się z zawodnikami, ważne dla mnie jest, w jakiej są formie i czy gotowi są oddać serce drużynie. Ich nastawienie jest kluczem, a musi ono brzmieć: najbliższy mecz trzeba wygrać.

Z jednej strony Pan mówi, że różnica między poziomem polskiej ekstraklasy a resztą Europy jest kolosalna, ale stawia na ligowców jak nikt dotąd...

Błędem byłoby z góry zakładać, że ci z zagranicznych klubów są bezwarunkowo lepsi. Ja po prostu chcę mieć w drużynie najlepszych piłkarzy. Razem z trenerami Dziekanowskim i Kaczmarkiem bierzemy pod uwagę i obserwujemy wszystkich, którzy mają polskie obywatelstwo. Dzięki tym analizom do kadry trafili Błaszczykowski, Matusiak, Bronowicki, Wasilewski, Golański. Trafili, bo na to zasługiwali. Trzeba było tylko ich wyłowić i dać im szansę.

Wyłowiliśmy zresztą wielu piłkarzy, którym jeszcze nie zdążyliśmy dać szansy. Ale ich czas nadejdzie. Powtarzam: Polska to kraj piłkarskich talentów. Są tu zawodnicy wcale nie gorsi niż w reszcie Europy. Trzeba tylko te talenty dostrzec i popracować nad nimi, a pięknie się rozwiną.

Choć jednocześnie muszę ze smutkiem przyznać, że zdarza mi się spotkać utalentowanych piłkarzy w wieku 24-25 lat, którzy nie zdają sobie sprawy z podstawowych zasad znanych na Zachodzie 16-latkowi. Muszę im je tłumaczyć. To dla mnie niesamowite. Oczywiście sami piłkarze są tu najmniej winni.

Myśli Pan, że Matusiak, Wasilewski czy Błaszczykowski zmienili ostatnio kluby na zachodnie dzięki dobrej grze w reprezentacji?

Na pewno gra w kadrze miała z tym wiele wspólnego. Bez dwóch zdań można powiedzieć, że Wasilewski załatwił sobie transfer występem przeciwko Belgii w Brukseli. Pozostałym na pewno będzie łatwiej zdobyć dobrą pozycję w klubie, mając status reprezentanta. Ważniejsze są jednak sygnały, jakie dochodzą mnie z Europy, że wielu zaczyna interesować się polskimi piłkarzami nie dlatego, że grają w reprezentacji, ale dlatego, jak w niej grają.

Zdolny Polak powinien natychmiast wyjechać?

Ważniejsze, żeby piłkarz zasługiwał na regularną grę w swoim klubie, gdziekolwiek by on był. Zawsze dobrze jest zmienić klub na lepszy, ale piłkarz musi być do tego gotowy. Np. z rozmów z Matusiakiem wiem, że taki charakter ma i był gotowy podjąć wyzwanie. Mądrze to przemyślał. Kierował się nie pieniędzmi, bo ma czas, żeby je jeszcze zarobić, ale perspektywą rozwoju, systemu gry, swoją rolą w drużynie. I nie bał się zmiany, co nie jest oczywiste w przypadku 25-letniego człowieka.

Bronowicki zagrał w Pana drużynie na lewej stronie, Dudka w środku pomocy. Czy powinniśmy spodziewać się kolejnych niespodzianek?

Jeśli boisz się przegrać, nigdy nie wygrasz. Jeśli boisz się podjąć ryzyko, też jesteś skazany na porażkę. Nigdy nie jest tak, że mam plan na każdą sytuację. Pewne decyzje dojrzewają do ostatniej chwili. W przypadku Dudki zostałem zmuszony do ryzyka, bo musiałem znaleźć następcę Lewandowskiego. Tu po treningu nabrałem przekonania: to on, on go zastąpi. Dudka zareagował śmiechem: "Ja pomocnikiem?". Ale uwierzył mi i okazało się, że podołał. Po meczu znów się śmiał. Teraz, jak się widzimy, nigdy nie witam go słowami: "Hello, Dariusz", ale "Hello, midfielder" (cześć, pomocniku).

Trener musi mieć odwagę i być konsekwentny. Ja np. stawiałem na Błaszczykowskiego mimo jego gorszego występu z Finlandią. Uważam bowiem, że zawodnikowi wolno zagrać słabiej z powodu problemów w klubie czy życiu prywatnym. Musi jednak wykazywać serce do gry, wolę walki. Jeśli je widzę w piłkarzu, gotów mu jestem zaufać. Łatwo człowieka przekreślić, ale kto to robi, nie jest prawdziwym trenerem.

Wspomniał Pan o Realu. Czy nadal czuje Pan sentyment do "królewskiego" klubu, śledzi jego losy i martwi się ostatnimi niepowodzeniami?

Jeszcze jak! Mówię wręcz, że moje serce jest w 50 proc. "białe". Spędziłem w Realu cztery najwspanialsze lata w mojej karierze. Nigdy wcześniej ani później nie spotkałem tak świetnie, tak profesjonalnie zarządzanego klubu. Wszystkimi, od prezesa, przez ludzi odpowiedzialnych za akademię młodzieżową, po faceta dbającego o trawę, powodowała miłość do klubu i oddanie. Mimo gigantycznej presji i tego, że musiałem pracować 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu, uważam, że to był raj dla trenera. Teraz Real przechodzi trudne chwile, ale poradzi sobie. I wróci jeszcze silniejszy.

Ile punktów zdobędą Polacy w meczach z Armenią i Azerbejdżanem?