Sport.pl

Messi trzy razy uratował Barcelonę

Trzy razy Real Madryt prowadził na Camp Nou. Trzy razy geniusz Lionela Messiego ratował grającą pół meczu w osłabieniu Barcelonę. W 90. min. Camp Nou eksplodował, a wściekły obrońca gości Ivan Helguera przez kilkadziesiąt sekund walił pięścią w murawę. Real zremisował wygrany mecz.
Protokół meczu

97 823 kibiców wpadło w ekstazę po fantastycznej akcji i strzale na wagę punktu Argentyńczyka. Siedzieliśmy w drugim rzędzie za bramką, której w drugiej połowie bronił Casillas. Ludzie zerwali się z miejsc, a zwątpienie przerodziło się w nieopisaną radość. Po raz ostatni sobotniego wieczoru wszyscy się zjednoczyli.

"Messi, Messi, Messi" - niosło się po trybunach. Taki sam tytuł pojawił się w niedzielnym "Asie". Po raz pierwszy wszyscy śpiewali jednym głosem klubowy hymn na początku meczu. Później był chaos. Jedni wyzywali piłkarzy z Madrytu ("ulubieńcy" to Guti i Casillas) albo źle prowadzącego mecz sędziego, inni w skupieniu delektowali się ucztą zwaną derbami Europy.

Świat w kolorze blaugrana

Stadion Camp Nou żył od samego rana. Tu nie ma czasu na przerwy. Gigantyczne pieniądze wydawane na zawodników muszą się zwrócić. Od samego rana, mniej więcej 350 dni w roku, czynne jest muzeum. Dziennie odwiedza je około ośmiu tysięcy ludzi. Bilet kosztuje 10 euro. Można zwiedzić stadion, zobaczyć szatnię gości (w sobotę była wyjątkowo niedostępna ze względów bezpieczeństwa, masażyści i ludzie z Realu przygotowywali sprzęt od 10 rano) i loże VIP-ów. Albo zrobić zdjęcie w fotelu, z którego mecz ogląda zwykle prezydent Laporta. Można też pomodlić się w kapliczce z Czarną Madonną, która jest tuż przed wyjściem na boisko. No i zobaczyć imponujące muzeum z wszelkimi możliwymi pucharami, butami Stoiczkowa i Bakero, koszulkami Schustera i Maradony. Na monitorach wyświetlane jest zdjęcie Ronaldinho. Można do niego podejść, objąć i fotka wygląda jak prawdziwa - trzeba tylko zapłacić kolejne 10 euro. Zdjęcie na tle murawy stadionu albo ławki rezerwowych - darmowe, ale własnym aparatem.

Polskie akcenty to zdjęcie Edmunda Zientary, kapitana drużyny Warszawy (w rzeczywistości reprezentacji Polski) wyprowadzającego drużynę na mecz inaugurujący otwarcie Camp Nou (we wrześniu tego roku minie 50 lat). Jest też zdjęcie frunącego obok Gary'ego Linekera Damiana Łukasika z meczu Lecha Poznań przeciwko Barcelonie. Na tablicy upamiętniającej futbolowych medalistów igrzysk w Barcelonie w 1992 dwa razy wymienione są nazwiska Kowalczyka i Mielcarskiego.

Z muzeum jest przejście do sklepu Barcelony, w którym kupić można dosłownie wszystko, nawet kość czy grzechotkę dla psa, ale w kolorze blaugrana. Ceny wysokie (koszulka z numerem 10 i własnym nazwiskiem to 85 euro), ale kolejki do kas na pół godziny stania. Ze sprzedaży koszulek klub zarabia, rocznie 50 milionów dolarów (to kilkudziesięcioletnie budżety niektórych klubów polskiej ligi).

Kupienie wejściówki graniczy z cudem. 90 procent kibiców to posiadacze karnetów. Wejściówki kosztują od 73 do 170 dolarów. U koników - pięć razy więcej.

Ronaldinho może więcej?

Mecz jest widowiskowy, bo defensywy obu drużyn pozwalają na wszystko i dbają o odpowiednią liczbę błędów oraz goli. Trybuny zioną nienawiścią do Madrytu. Mieszkańcy stolicy Hiszpanii nazywają fanów Barcelony Polacos. Ponoć dlatego, że Polska to dla nich kraj z końca Europy, a dla nich tam właśnie, a nie w Hiszpanii, leży Katalonia. W pierwszej połowie bramkę, za którą siedzimy, atakuje Real. Widać, jak wielkim piłkarzem jest Ruud van Nistelrooy. Zastawia się, przyjmuje piłkę w biegu, wygrywa pojedynki główkowe, ma oczy dookoła głowy, ośmiesza słabych defensorów Barcy i strzela dwa gole. Tyle że trafił na jeszcze lepszego. Messiego, który za każdym razem burzy radość Holendra i odpowiada trafieniem.

Nie mija pół godziny, a trybuny znajdują kolejnego wroga. To sędzia, który wyrzuca - i tak beznadziejnego tego wieczoru - Oleguera (najniższe noty w niedzielnej prasie, tak jak zresztą wszyscy obrońcy), dyktuje karnego dla Realu, nie pokazuje kilku żółtych kartek gościom. Kiedy w ostatniej akcji nie dyktuje karnego, gdy w polu karnym pada Ronaldinho, żegna go buczenie, wycie i kilkadziesiąt tysięcy białych chusteczek.

Z remisu nie jest zadowolony nikt. "Ostatni pociąg" - napisała przed meczem "Marca", sugerując, że to ostatnia szansa dla trenera Fabio Capello. Włoch ma zostać w klubie do końca sezonu i samemu się pożegnać bez żadnego odszkodowania. Jeśli klub wyrzuciłby go w trakcie sezonu (nigdy dotąd nie przytrafiło się to włoskiemu szkoleniowcowi) musiałby jemu i współpracownikom zapłacić 18 mln euro. Włoch buduje drużynę na kolejne lata, już bez zagranicznych galacticos, na których w ostatnich latach klub wydał dziesiątki milionów euro (Figo, Ronaldo i Zidane'a już nie ma, spakowany jest Beckham, odchodzi też Roberto Carlos).

Trener Barcy Frank Rijkaard - mimo że jego drużyna, tak jak Real, odpadła już z Ligi Mistrzów, może spać spokojnie. Jest w klubie człowiekiem od gaszenia pożarów. Niedawno łagodził spór z Samuelem Eto'o, który pokłócił się z Ronaldinho. Po odpadnięciu z Liverpoolem Eidur Gudjohnsen zarzucił kolegom egoizm, powiedział, że "grają dla siebie i myślą tylko o sobie, a nie myślą o dobru klubu".

Na pomeczowym rozruchu (na maleńkim boisku, tuż obok Camp Nou) ze wszystkich gwiazd brakuje Ronaldinho. Brazylijczykowi zarzuca się lenistwo, nadwagę, zajmowanie się letnim transferem do Mediolonu oraz udział w nowym filmie Woody'ego Allena, do którego zdjęcia mają być kręcone właśnie w Barcelonie. Oficjalnie mówi się, że Ronaldinho nie przyjechał, bo odczuwa jeszcze skutki kontuzji, jaką leczył w ubiegłym tygodniu. Dla miejscowych sprawa jest jasna - będący na specjalnych prawach Brazylijczyk znowu zakpił sobie ze wszystkich.

Ale Rijkaard może spać spokojnie, ma Messiego.

Dla "Gazety", Jan Urban, były reprezentant Polski, obecnie skaut i trener w Osasunie Pampeluna:

Mecz się podobał, a remis jest zasłużony, oba zespoły pozostają w walce o tytuł. Real szybciej i lepiej się podniósł po odpadnięciu z Ligi Mistrzów. Capello nie eksperymentował. Wystawił najlepszy skład, jaki mógł. Rijkaard znowu ustawił trzech obrońców i Marqueza przed nimi. Ale żaden z nich - ani Oleguer, ani Puyol, ani Thuram, ani Marquez - nie potrafi wyprowadzić piłki. Siłą i zaskoczeniem Barcy byli dotąd boczni obrońcy van Bronckhorst, Zambrotta, Sylvinho czy Belletti. W sobotę byli łatwiejsi do rozszyfrowania.

Sędzia? Był poprawny, choć można było mieć wrażenie, że sprzyja Realowi. Ale Oleguer zachował się głupio. Sprokurował karnego, a potem bezmyślnie faulował.

not. rb