Mecz Gwiazd NBA: opera nie za 3 grosze

Wprawdzie Zachód wygrał ponad dwudziestoma punktami (153:132), ale mówi się, że NBA All Star Weekend skończył się, gdy przestali go komentować Szaranowicz i Łabędź. Fakt - impreza w ostatnich latach straciła nieco na prestiżu, na pierwszym planie grać zaczęły pieniądze z reklam a wydarzenie sportowe zamieniło się w kiczowatą maskaradę. Zawodnicy, którzy wybiegli na parkiet w Las Vegas zrobili wszystko, by ten weekend zapamiętano tylko dzięki wyścigowi 44-letniego, byłego koszykarza z nadwagą i 67-letniego sędziego z anoreksją.
Mecz Gwiazd - zobacz zdjęcia

Wybór koszykarskich gwiazd do meczu All-Star przestał być emocjonujący, odkąd elektorat NBA powiększył się o 2 miliardy obywateli Chińskiej Republiki Ludowej. Zwycięzca kolejnego głosowania z rzędu, Yao Ming, nie mógł jednak wystąpić z powodu kontuzji. Podobny los spotkał innych gwiazdorów: Jasona Kidda, Carlosa Boozera, Allena Iversona i Steve'a Nasha, choć ten ostatni otwarcie przyznawał, że niezbyt chce mu się biegać po parkietach Las Vegas. Między innymi dzięki tym absencjom, w ostatni weekend aż 7 zawodników debiutowało w All Star Game, w tym lider strzelców - Carmelo Anthony i jeden z najzdolniejszych centrów młodego pokolenia - Dwight Howard. W wyjściowej piątce Zachodu wybiegł Dirk Nowitzki i został tym samym pierwszym koszykarzem z Europy, który zagrał w All Star od początku meczu.

Kiedy w sobotę w nocy ujrzeliśmy Magica Johnsona w stroju Rzymianina, zmierzającego do studia TNT, rydwanem zaprzęgniętym w kasztankę, pomyśleliśmy, że się starzejemy. Dla nas mecz gwiazd bywał areną wielkich wyczynów sportowych przechodzących do historii ligi. Choć nasza pamięć sięga jedynie 1992 roku, to i tak pełna jest wspomnień, dziś już kultowych wydarzeń: czerwone buty Scottie Pippena, ostatni mecz Jordana i szkoła jaką dał młokosowi Bryantowi, nieustanne wygwizdywanie Kobego w rodzinnej Filadelfii przed pięcioma laty, czy wreszcie pożegnalny mecz Magica Johnsona w 1992 roku:



Tymczasem w Las Vegas rydwany, Statua Wolności w koszulce Dwighta Howa rda, występy miejscowych Aborygenów i Christiny Aguilery, Tony Parker w drewnianej skrzyni, przecinany wpół przez iluzjonistę. To wszystko przesłoniło nam sportowe emocje, jeśli w ogóle coś takiego dało się wykrzesać z siebie. Aha. Narzeczona Tonego, siedząca przez cały weekend na trybunach, również przesłaniała.

Zachód wygrał mecz 153-132. To drugi, najwyższy wynik w historii. Przewaga przez cały mecz utrzymywała się w okolicach 20-30 punktów, wobec czego notoryczne ziewanie Shawna Mariona po zdobytych punktach nie dziwiło. Mieliśmy wrażenie, że wszystkie akcje meczu gwiazd widzieliśmy dzień wcześniej, podczas sobotnich konkursów. Bieganie od kosza do kosza i punkty zdobywane albo zza linii rzutów za 3, albo dunkiem. Nasze ziewanie wzmagał fakt, że reklamy serwowane przez stację TNT oglądaliśmy już od piątku, a większość z nich była ciężkostrawna. Pomiędzy klipami zachwalającymi luksusowe materace, soczyste skrzydełka kurczaka i seriale telewizyjne bywały jednak perełki.

Kobe Bryant dostał nagrodę MVP, drugi raz w karierze. Zasłużył, choć my dalibyśmy ją Amare Stoudemire albo jeszcze lepiej, całej drużynie Zachodu, która zagrała najbardziej zespołowo w historii bijąc rekord asyst (52, poprzedni rekord - 46). W drużynie sromotnie pokonanych najlepiej wypadł LeBron James (28 punktów), gracz meczu gwiazd sprzed roku. Suche statystyki wymownie oddają ubóstwo materii, którą moglibyśmy się podzielić po tym, co zobaczyliśmy. Z nadzieją w sercach czekamy jednak weekendu za rok, choćby miało się okazać, że czekaliśmy tylko na sir Charlesa w nowej roli, w nowym pojedynku, z nowym przeciwnikiem. Wszystkim czytelnikom, którzy współuczestniczyli w tej nocnej batalii, życzymy słodkich snów.

Więcej o wyścigu Charlesa Barkley'a i całym Weekendzie Gwiazd na blogu autorów "Fruwając pod Koszem" (oni ponoszą również odpowiedzialność za podpisy pod zdjęciami)