Krzysztof Baran - przepita piłka

- Dyktanda czy czytanie lektur nie były w moim charakterze, wolałem w piłkę pograć. Grałem dobrze, zarabiałem obrzydliwie dużo. Można zwariować. No i zwariowałem - mówi gwiazda polskiej piłki sprzed 20 lat. Dziś jest na dnie
Rok 1983 - Krzysztof Baran, zdolny napastnik, reprezentant młodzieżówki, przychodzi do ŁKS. Na "zagospodarowanie" dostaje 2,5 mln zł - równowartość 250 dobrych pensji!

1986 - Barana zna cała piłkarska Polska. Nowa gwiazda reprezentacji, strzelec dwóch goli z Urugwajem.

1987 - Za 50 mln zł przechodzi do Górnika Zabrze. Ponieważ limit transferowy wynosi 20 mln zł, Górnik dokupuje z ŁKS Fizdułę (za 20 mln) i Mardułę (za 10 mln). Obaj nigdy nie istnieli. Na deser działacze łódzkiego klubu dostają kilkanaście talonów na samochody.

1989 - "Witaj, królu" - krzyczą kibice, gdy debiutuje w greckiej Larissie.

1992 - Trzecioligowy Włókniarz Pabianice walczy z Terpolem Sieradz. Stadion pełen ludzi. Stoper Baran już w 3. minucie strzela samobójczego gola. Omal nie zostaje zlinczowany.

2007 - Baran jest instruktorem w szóstoligowym Rudzkim Klubie Sportowym. Za 50 zł miesięcznie. Do tego 400 zł renty, ale połowa idzie na alimenty.

Krzysztof Baran opowiada nam historię swojego upadku. Ogolony, ubrany w tani, ale schludny dres i podniszczoną skórzaną kurtkę. Mówi powoli, robi długie pauzy. Czasem uśmiecha się do wspomnień.

Wybrałem piłkę

- Wychowałem się na warszawskim Mokotowie. To był porządny czteropiętrowy blok przy al. Niepodległości. Dzieciństwo miałem szczęśliwe. Tylko jedną złą rzecz pamiętam - spadłem z topoli, która rosła obok śmietnika. Gałąź była za krucha. Ale zamiast w beton, uderzyłem głową w stopę brata. Miałem szczęście. Tak jak w piłce. Zachwycała mnie, odkąd pamiętam. Gdy graliśmy codziennie po lekcjach, mnie pierwszego wybierali do składu.

Ojciec był kibicem niemożliwym. Kiedy na boisku było nerwowo, brał gąbkę z zimną wodą i do serducha dociskał, żeby się uspokoić. Kibicował Gwardii Warszawa. W 1969 r. jako dziewięciolatek zacząłem tam kopać piłkę. Dostałem pierwsze piłkarskie buty - nie najlepszej jakości, ale przez kilka nocy spałem z nimi pod poduszką. Wreszcie mogłem grać w korkach, a nie w trampkach czy pepegach. Buty świadczyły o tym, że jestem piłkarzem.

W piątej klasie nie zdałem z polskiego. Dyktanda czy czytanie lektur nie były w moim charakterze, wolałem w piłkę pograć. No i nie było kiedy się uczyć. Najpierw mecz z kolegami po szkole, a później trening. Jak zostało trochę czasu na odrabianie lekcji, to odrabiałem, jak nie, to kładłem się spać.

Po podstawówce próbowałem sił w samochodówce, kierunek mechanik kierowca, ale do trzeciej klasy już nie zdałem. Trener postawił ultimatum: albo piłka, albo szkoła. Oczywiście wybrałem piłkę.

Zaczęły się pieniądze

Miałem 16 lat, kiedy zacząłem grać w seniorskim składzie Gwardii. Napastnikami byli wtedy Rysiek Szymczak, Marek Banaszkiewicz i Andrzej Wiśniewski. Debiutowałem w drugiej lidze. I od razu chrzest - przyjęcie do drużyny. Musiałem się przedstawić. Później wybrali "Tatę", który wziął mnie na kolano. A reszta biła w tyłek. Jezu! Pocialik był bramkarzem i miał bardzo ciężką rękę. Po uderzeniu poznałem, że to on. Tyłek bolał, ale serce się radowało.

Byłem napastnikiem i z tego byłem rozliczany. Musiałem to robić nieźle, bo w 1976 r. wzięli mnie do kadry juniorów. Pojechaliśmy do NRD. Pierwszy mecz. Dochodzi 60. minuta, trener mówi "grzej się". W 66. min zmiana. Wchodzę. Rzut wolny gdzieś z połowy boiska. Pierwszy styk z piłką i od razu strzelam bramkę! Zremisowaliśmy 1:1.

Droga do kariery zaczęła się otwierać. Zaczęły się też pieniądze i to spore. Średnia krajowa mniej więcej 3 tys. zł, a ja potrafiłem zarobić 8. Można zwariować? I zwariowałem. Zawsze znalazłem czas, żeby wyskoczyć na piwko czy wódeczkę. Najczęściej chodziłem do Hybryd. To studencki klub, tam było ciemno. A gdzie ciemno, tam człowieka nie poznają. Co wtedy piłem? Piwo i szampany. Potrafiliśmy wejść na imprezę, wypić po piwku, a później każdy brał swojego szampana. Jeden szampan na początek, do dwóch trzech na głowę dochodziło.

Tak bawiłem się z kolegami z Gwardii. Najpierw co tydzień - mecz się kończył i szło się na dyskotekę. Jak organizm młody i wytrenowany, to taki tryb życia nie odbija się na formie. Potem już codziennie - trening i piwko. Wypijałem cztery, czasami pięć. Kurczaczka się do tego zjadło.

Królem życia byłem

Krótko po wprowadzeniu stanu wojennego wziąłem ślub z Basią. Miała 19 lat, ja 21. W drodze na świat był pierworodny syn, Robert.

W 1983 r. przeszedłem z Gwardii do ŁKS. Nigdy nie dowiedziałem się za ile, ale to były duże pieniądze. Pół roku mieszkałem w Grand Hotelu. Najpierw sam, później dojechała żona z synem. Biegał po korytarzach hotelowych zamiast po podwórku.

Później dostałem mieszkanie klubowe - cztery pokoje, 62 m z balkonem. W 1985 r. urodziła się Kasia, w 1989 r. - Rafał, a w 1993 - Aleksandra. To było następstwo gorących spotkań, gdy wracałem z długich zgrupowań. W tym czasie rzadko bywałem w domu.

W ŁKS byłem pierwszoplanową postacią. Bardzo często nieznajomi ludzie podchodzili i zapraszali: "Chodź, napij się". Odmawiałem. Stać mnie było na to, żeby sobie kupić i wypić we własnym towarzystwie, a nie że ktoś łaskę robi i stawia. Królem życia wtedy byłem.

Wyprowadziłem się z "Grandki", ale bywałem tam częstym gościem. Z kolegami z zespołu chodziliśmy do restauracji Malinowa. Przyjaźniłem się z Sławkiem Różyckim, Markiem Chojnackim, Witkiem Bendkowskim, Krzysiem Kasztelanem, Jarkiem Bako. Podziwiałem Chojnackiego, bo umiał odmówić picia.

Oprócz piłkarzy przychodzili do Malinowej cinkciarze, można było wymienić walutę. Jednak ja nie inwestowałem ani w dolary, ani w marki, chociaż zarabiałem cztery średnie krajowe pensje. Wszystko wydawałem na życie! Na siebie, żonę, synka. Płaciłem za ciuszki, które dziecko raz założyło. Oczywiście tylko z Peweksu. Myślałem, że dobry czas będzie trwał wiecznie. Że zdążę odłożyć.

Jeszcze kiedy żona była w ciąży z Robertem, poszliśmy do warszawskiej kawiarni. Żonie stawiałem lody, a sam piwko popijałem. Ona siedziała biedna, bo zjadła już ze trzy porcje. A ja pytam: "Chcesz jeszcze?". A na to kelnerka: "Co pan chce, żeby żona pingwina urodziła?".

Basia często przychodziła po mnie do "Grandki". "Co, do domu to nie łaska przyjechać?". Ale ja wtedy: "Misia, co ty. Weź parę groszy i kup sobie coś ładnego". Dawałem plik banknotów, ona wychodziła, a ja dalej z kumplami siedziałem. Nie z kobietami, bo ja nie z tych, co skaczą z kwiatka na kwiatek. Ale zabawowy byłem bardzo.

Biała strzała nie do zatrzymania

Najlepszy występ w reprezentacji to mecz z Urugwajem. W 1986 roku. Wynik 2:2. Obydwie bramki strzeliłem. Jedną z woleja, drugą po szybkiej akcji. Czasem wracam do tego meczu. Ale to stresuje, bo człowiek wie, co stracił. Udało mi się prześcignąć Enzo Francescoliego, najlepszego urugwajskiego piłkarza, gwiazdę znaną na całym świecie. On nam bramki nie strzelił, a ja dwie! Gazety urugwajskie się o nas rozpisywały. O mnie dali tytuł dużą czcionką: "Biała strzała nie do zatrzymania". Tak, nie potrafili mnie powstrzymać. Szkoda, że nie dostałem tej gazety. W ich języku była, ale i tak szkoda.

Po meczu z Urugwajem wszystko wskazywało, że mam pewne miejsce w reprezentacji. Nogą, głowa czy z woleja, wszystko mi wychodziło! Czułem się świetnie. Za kilka miesięcy był mundial w Meksyku. Wybrałem się tam tylko jako turysta. Dlaczego? Czasem myślę, że przegrałem z układami.

W 1987 r. przeszedłem do Górnika Zabrze. Telefony z różnych klubów się urywały, ale najwięcej zapłacili z Zabrza. Za trzyletni kontrakt dali ŁKS prawie 20 mln zł i kilkanaście talonów na samochody.

W Górniku miałem etat w jakiejś kopalni, chyba Bielszowice, ale na dole byłem tylko raz - w Wieliczce. Zarabiałem jeszcze więcej niż w ŁKS. 15 średnich krajowych. Wygrywając mecz, dostawałem jeszcze 300 tys. zł premii, a prawdziwy górnik zarabiał w kopalni około stu tysięcy miesięcznie. Byłem obrzydliwie bogaty i obrzydliwie dużo wydawałem. Kupiłem samochód. Wolałem poloneza, ale talon dostałem na ładę.

Zachciało mi się Zachodu. W 1989 r. wyjechałem do Grecji. Poszedłem do Larissy, mistrza kraju. Dojechała do mnie rodzina i na początku było super. Wchodziłem na stadion, a kibice krzyczeli "Witaj, królu". W sklepach dostawałem wszystko za darmo. Ale za dużo piłem, dziennie już 15 piw. Metaksy też próbowałem, ale wolałem czystą wódkę.

Rano trenowałem, a później albo do tawerny, albo nad morze. Zawsze się kogoś spotkało, bo tam było dużo Greko-Polaków. Żona problemów nie robiła, bo chociaż piłem dużo, nie było po mnie widać. Mocną mam głowę, do dziś.

Było mi wstyd

W Grecji grałem coraz rzadziej, dużo siedziałem na ławce. Miałem przejść do zespołu z Cypru, ale nic z tego nie wyszło, bo znalazł się bułgarski napastnik, dużo tańszy ode mnie. I po dwóch latach wróciłem do kraju. W walizce miałem kilka koszulek i 22 tys. dol.

Postanowiłem skończyć karierę. Pieniędzy wystarczyło do 1994 roku. Trybu życia nie zmieniłem. Jak jest kasa, to się żyje.

Odnalazł mnie trener Andrzej Włodarek z trzecioligowego Włókniarza Pabianice, ale tam już nie było wielkiej kasy. Grałem prawie pięć lat, kończyłem jako stoper. Układ miał być taki, że ja się postaram dla Włókniarza, a Włodarek pomoże mi załatwić kontrakt do Francji. Myślałem, że piękne czasy wrócą. Ale czekałem i nic. I zaczęło się wszystko psuć. Pieniądze się kończyły, perspektyw żadnych. Uciekałem w alkohol. Głównie piłem wódkę. Treningów nie opuszczałem, ale nieraz przychodziłem wstawiony.

Potem był ten mecz z Terpolem. Samobój. I to był koniec kariery.

Mieszkałem wtedy w takim ładnym, 11-piętrowym bloku. Często myślałem, czy nie wejść na ten dach i skończyć ze sobą. Było źle. Przestaliśmy płacić za mieszkanie.

Kiedyś obudziłem się w nocy, a żony obok nie było. Tłumaczyła, że odwiedzała koleżankę. Tylko że tych odwiedzin było coraz więcej. Powolutku przyznawała, że ma kogoś. Mówiła, że nie może znieść takiego życia - nie ma pieniędzy, a ja piję.

W 1996 roku musieliśmy opuścić mieszkanie w bloku. Przeprowadziliśmy się do gorszej dzielnicy, do kamienicy bez wygód. Potem rozwód. Ale do tej pory razem mieszkamy, bo nie mam gdzie się wyprowadzić. Zgodziłem się w sądzie, że to obopólna wina. Ale uważam, że to jej wina. To ona mnie zdradziła, nie ja ją. Ale z drugiej strony to ją zaniedbywałem. W kinie byliśmy tylko raz, w Polonii naprzeciw Grand Hotelu. Pamiętam, "Poszukiwacze zaginionej Arki".

Ale w dobrych czasach, nie myślałem, że robię coś złego. Wracałem do domu i wszystko wyglądało normalnie.

Zacząłem się rozglądać za jakąkolwiek pracą. Trafiłem do zakładów mięsnych. Chodziłem na 5. Pracowałem w chłodni, nosiłem ciężkie skrzynie. Wróciły kłopoty z kręgosłupem, które zaczęły się jeszcze w młodości. Ale jeszcze liczyłem, że coś się zmieni. Kiedyś nasz majster mówi - chyba skądś pana znam. Przyznałem, kim jestem. Ale to nie znaczyło, że mogę mniej dźwigać.

Od siedmiu lat nie pracuję. Zwyrodnienie, usunięcie kręgu. Miałem trzy zabiegi. W końcu trafiłem do opieki społecznej. Dostałem 250 zł. Kupiłem za to jedzenie. Było mi wstyd.

O sobie nie mówię

Żona kogoś ma. Czasami nawet z nim pomieszkuje. Mają dziecko, pięcioletnią dziewczynkę. Bardzo ją kocham, czasami odprowadzam do przedszkola. A moje dzieci? Najstarszy syn ma 25 lat. Miał warunki, żeby być piłkarzem, ale nie chciał grać. Niedawno wyszedł z więzienia, po pięciu latach.

Młodszy syn i córka chodzą do gimnazjum. Wagarują. Najstarsza córka wyprowadziła się na swoje. Dwa miesiące temu zostałem dziadkiem. Wnuczek to chyba jedna z niewielu dobrych rzeczy, jakie mi się ostatnio przytrafiły.

Pracuję jako instruktor VI-ligowego Rudzkiego Klubu Sportowego. Za 50 zł miesięcznie. Renty mam nieco ponad 400 zł, ale połowę muszę oddać na alimenty. Na opłaty nie starcza i mieszkanie zadłużone jest na 7 tys. zł. Niedawno elektrownia odłączyła prąd, bo mamy 3 tys. długu. Zimno się od razu w mieszkaniu zrobiło, bo ogrzewanie jest na prąd.

Próbowałem wrócić do Gwardii. Chciałem prowadzić młodzież i mieszkać w pokoiku przy boisku. Mieszkał tam kiedyś Marek Banaszkiewicz. Kiedy umarł, chciałem go zastąpić. Mieli się ze mną skontaktować.

W 2005 r. na ŁKS były derby Łodzi. Miałem zagrać w przedmeczu oldbojów. Ale zapomnieli o mnie. Przykro się zrobiło, bo chętnie przypomniałbym kibicom o sobie. W RKS poznałem Wiesława Stroińskiego, kierownika zespołu. Czasami zabiera mnie na mecze ŁKS i Widzewa, bo mnie nie stać na bilet.

Dlaczego piłkarze piją? Ci dobrzy piją. Ci, którzy odnoszą sukces. Może z nadmiaru pieniędzy albo z nadmiaru stresu. Jest nawet w środowisku powiedzenie: "Jak pijesz, to grasz, nie pijesz, to nie grasz". Teraz, jako instruktor w RKS, powtarzam dzieciakom, żeby trenowali, jeśli chcą do czegoś dojść. O sobie nie mówię, nie chcę wracać do swoich błędów. Jeśli widzę, że piją, mówię im: "Nie róbcie tego, nie warto".

Baran kończy opowiadać. Szklanka pod drugim piwie jest pusta...

Krzysztof Baran 26 lipca skończy 47 lat. W 1978 roku wywalczył brązowy medal mistrzostw Europy juniorów. W reprezentacji Polski wystąpił 10 razy, strzelił cztery gole. W ekstraklasie zagrał 174 mecze, zdobył 44 bramki. Był mistrzem Polski z Górnikiem Zabrze.