Ropuchy nad Realem Madryt

Nie ma co za wszelką cenę bronić spraw beznadziejnych - piłkarze Realu Madryt, klubu z marką najpotężniejszego na świecie, rzeczywiście grają ostatnio kiepsko.
Katalończycy odczuwają jadowitą satysfakcję, reszcie Europy oglądanie "Królewskich" w tym sezonie czasem sprawiało wręcz przykrość. Zwłaszcza oglądanie bohaterów transferowego lata - bliskie świadomego sabotażu wybryki obrońcy Cannavaro, któremu nogi plątały kolejne trofea dla najlepszego futbolisty świata minionego roku; niepohamowana wena Reyesa, który przed kontuzją sprawiał wrażenie, jakby planował przedryblować nawet słupek bramki przeciwnika; ściśle limitowana fantazja Diarry i Emersona, których w panikę wpędza perspektywa kopnięcia piłki na odległość większą niż półtora metra; udręka van Nistelrooya zmuszanego przez kolegów do gry bez piłki przez 90 min, a potem jeszcze karconego, że z tak głupiego powodu śmie nie strzelać goli. Słowem, parada fajtłap tworząca trupę demontowaną dodatkowo chwilowymi zanikami taktyki, oczywiście z wyjątkiem tej indywidualnej, bo przecież każdy wymieniony własną koncepcję jednak miał i uporczywie ją forsował.

Prezes Ramon Calderon już duma nad akcją ratunkową. Wypsnęło mu się nawet, że ma po dziurki w nosie trenera Fabio Capello. Niewykluczone, że go spławi, bo kibice szaleją, a tę metodę walki z kryzysami Real opanował do perfekcji. Od 2004 r. zwolnił pięciu szkoleniowców. Nie przyniosło to co prawda choćby jednego najmizerniejszego pucharku, ale kto wie, może w końcu się uda.

Ciężko miał Capello od początku. Nie otrzymał należnego kredytu zaufania, za to spode łba łypali nań hiszpańscy esteci. Niepokoili się, że zaserwuje im przeraźliwą włoską nudę, styl gry zmuszający do wyproszenia ze stadionu Santiago Bernabeu kamer, przykrycia go żałobną płachtą i wstydliwego rozgrywania meczów w tajemnicy przed światem. I owszem, zaserwował, tyle że niczego innego nie obiecywał. Jego styl pracy zna każdy. Kto chce omdlewać z zachwytu, kto się brzydzi "zerozeryzmem", zatrudnia innych. Możesz oczywiście napyskować kelnerowi, że po przyniesionym na twoją prośbę obfitym spaghetti carbonara nie czujesz się leciutki jak piórko, ale jeśli kelner z zemsty napluje ci do deseru, to moralna racja będzie zdecydowanie po jego stronie.

Capello trafił na warunki pracy jeszcze bardziej skandaliczne niż strofowany za głupotę klientów kelner. Pomijam nawet kłamstwa kampanii wyborczej prezesa Calderona, który przebił bajanie o 3 mln mieszkań, gwarantując kibicom ściągnięcie Kaki, Fabregasa i Robbena. Pomijam, choć jak obiecuje magów, a stać go jedynie na defensywnych pomocników, powinien mieć przynajmniej tyle honoru, aby zwrócić za karnety. Ważniejsze jest, co Capello odziedziczył po poprzednikach. A było tego dużo.

Klub nie zdołał (nie chciał?) już na początku sezonu pozbyć się balastu w osobie Ronaldo, a zarazem wpędził go we frustrację, hałaśliwie szukając kupca. I potem, w trakcie sezonu, Brazylijczyk inspirował waśnie w drużynie, co zarejestrowały nawet telewizyjne mikrofony. Capello nie wybrał sobie też Cassano, jątrzącego już to z natury, już to z braku miłości, której niedobór wyraźnie pobrzmiewał w gazetowych zwierzeniach napastnika (kiedyś w Romie ten sam szkoleniowiec przytulał go w momentach trudnych, a teraz nie chce). Nie miał trener też wpływu na decyzję w sprawie Beckhama, a ten, nie dość, że doczłapał do schyłku kariery w sensie sportowym, to głowę zajął sobie przepychankami kontraktowymi, bo szefowie widzieli, co jest grane na boisku, ale w histerię wpędzała ich myśl, że ktoś przejmie wpływy z marketingowego wizerunku Anglika. Można by jeszcze dołożyć Roberto Carlosa, o którego stanie ducha najlepiej świadczy to, że serio rozważał propozycję z Kataru, oraz Robinho, zdaniem prasy topiącego smutki w kieliszku.

Rzecz nawet nie w tym, że wymienieni to były filary zespołu lub osobowości mające sporo do powiedzenia w szatni, więc znacząco wpływające na atmosferę. Lista nazwisk uświadamia nade wszystko, jak ogromniastego wyzwania podjął się Capello. Słynne futbolowe firmy starają się zazwyczaj, aby rekonstrukcja drużyny była procesem ciągłym, aby przebiegała w miarę bezboleśnie, bo naprawczy sezon bez trofeów to dla nich pożar gaszony potopem. Capello tego luksusu nie miał, musiał wszcząć rewolucję. Poprzednicy nie zadbali o łagodną wymianę pokoleń i Real jeszcze przed jego przybyciem ruszył do zakupów detalicznych (Reyes, Cassano), by wkrótce przejść na hurt (Cannavaro, Diarra, Emerson, van Nistelrooy, Marcelo, Gago, Higuain).

Żadna piłkarska potęga w Europie nie została poddana tak totalnej przebudowie w tak krótkim czasie, a przecież pozyskane właśnie gołowąsy z Ameryki Południowej arcymocnej ligi hiszpańskiej z dnia na dzień nie podbiją, przecież w Realu etyka pracy została zrujnowana doszczętnie i niektórzy wciąż nie potrafią pojąć, że trener to taki facet, co wymaga i rozkazuje. Dla nich to frajer, co zbiera burę, kiedy oni partaczą. Ostatnio rozpanoszył się megagwiazdor Guti. Rozbolała go kostka, więc postanowił zakończyć trening. Trener miał inne zdanie, więc usłyszał - w wolnym tłumaczeniu - że opinie "pierd... makaroniarza" Guti ma gdzieś.

I jak tu psioczyć, że Capello jako pierwszy szkoleniowiec w dziejach klubu zechciał zamykać treningi przed prasą?

Włoch niewątpliwie popełnił błędy. Rekomendowani przez niego Cannavaro i Emerson rozczarowują (choć czy po mundialu ktokolwiek nie rekomendowałby Cannavaro?), a lubianemu przez kolegów Beckhamowi niepotrzebnie ogłaszał, że po podpisaniu przez Anglika kontraktu z niezidentyfikowanym klubem spod Hollywood już go do składu nie wstawi. Zwłaszcza że kadrą - nie z własnej winy - dysponuje szczuplutką. Capello się mylił, ale pożar jednak musiał gasić potopem. I to ze skutkiem całkiem przyzwoitym. Madryt lamentuje, jakby nadciągał kataklizm wszech czasów, jakby niebo zamiast deszczem chlusnęło ropuchami, a przecież drużyna wciąż ma realne szanse na mistrzostwo kraju, przecież Barcelonę pokonała, przecież będzie faworytem meczów z Bayernem w Lidze Mistrzów. Udało się co nieco osiągnąć, choć urazy i rozmaite turbulencje w ekipie sprawiły, że Ivan Helguera, który przed sezonem nie dostał nawet numeru na koszulce, potem został kapitanem zespołu. Trzeba było trochę kombinować, co?

Doprawdy, pojęcie "kryzysu" w futbolowym słowniku staje się coraz pojemniejsze. José Mourinho też już został po wielekroć ścięty, choć to raczej Manchester odzyskał świetność, niż Chelsea definitywnie straciła klasę rywalizacji o triumf w Anglii, choć w Champions League daleko od ostatecznych rozstrzygnięć, a idyllę w szatni zmąciły transfery, których trener sobie nie życzył. Kryzys? Jaki kryzys? Capello też nie jest doskonały, ale jak na bajzel na kółkach, który zastał, brudna robota idzie mu świetnie. Dlatego kto wie, czy nie przegra i nie zostanie przepędzony, a zarazem nie wymości następcy mięciutkiego lądowiska.

Chyba że w Madrycie zastanowią się, dlaczego irytującego Włocha jeszcze nikt nigdy - w całej karierze, żaden klub - nie wylał z pracy.

Liczby Realu a la Capello

6

porażek ponieśli "Królewscy" w pierwszych 22 kolejkach. Z takim dorobkiem na tym etapie rozgrywek nigdy nie zdobyli mistrzostwa.

4,4

celnych strzałów oddają średnio w meczu. Najmniej od 20 lat.