Wiatr storpedował skoki

W weekend wiatr wygrał ze sportem - w sobotę odbyła się jedna seria, w niedzielę zawody odwołano. Adam Małysz i cała światowa czołówka skoczków zrekompensowała to polskim kibicom bezprecedensowym pożegnaniem
- Jest nam przykro, że nie było okazji, by skakać i odwdzięczyć się wam za ten niewiarygodny doping. Bądźcie z nami na zawsze - mówił Małysz do tłumu kibiców, kiedy zapadła ostateczna decyzja, że konkursu nie będzie.

Przeszło 60 skoczków startujących w Zakopanem - z największymi gwiazdami dyscypliny, jak: Jacobsen, Schlierenzauer, Ahonen i Schmitt - postanowiło zrekompensować to tłumom, wychodząc na zeskok i kłaniając się w pas. Austriacy urządzili swój show, zjeżdżali z zeskoku jak na sankach. - Jesteście najlepsi na świecie - powiedział do fanów trener Norwegów Mika Kojonkoski "uzbrojony" w rękawicę z napisem "I love Zakopane". Pochodzący z Polski Austriak Arthur Pauli, który miał najdłuższy skok w niedzielnych kwalifikacjach, pozdrowił kibiców po polsku.

Wszystko po to, by podziękować za cierpliwość. Fani zapłacili za bilety na piątkowe kwalifikacje i kilka godzin stali na Wielkiej Krokwi, by nie zobaczyć ani jednego skoku. W sobotę udało się przeprowadzić jedną serię, w niedzielę tylko kwalifikacje. Na zwrot za bilety fani nie mogą liczyć, bo jak powiedział organizator PŚ Lech Nadarkiewicz, "kwalifikacje to już zawody".

Małysz uprzywilejowany?

Loteria zakończona wstrząsającą tragedią Jana Mazocha - tak można określić sobotni konkurs przy sztucznym świetle. Być może w obliczu nieszczęścia, jakie spadło na młodego Czecha, nawet nie wypada o tym wspominać, ale najwięcej na tej decyzji stracił Janne Ahonen, który w drugim skoku uzyskał sensacyjną odległość 137,5 m i prowadził. Anulowanie drugiej serii sprawiło, że pozostał na 25. miejscu (tylko 117 m w pierwszym skoku przy fatalnym wietrze). W powszechnej opinii drugim, który najwięcej stracił, był Adam Małysz. Polak miał realne szanse na awans z 5. pozycji, być może nawet na pierwsze miejsce. Ktoś z ekipy słoweńskiej pozwolił sobie nawet na komentarz, że druga seria była rozgrywana tylko po to, by Polak wdarł się na podium i że gdyby na nim był po pierwszym skoku, konkurs przerwano by już wtedy.

Nie wiadomo, czy to prawda, fakt, że tysiące fanów w Zakopanem stojących za Polakiem wymusza traktowanie go w sposób uprzywilejowany. Widać to było, gdy Małysz usiadł na belce przy bardzo złym wietrze. Puszczający zawodników Milan Tepes długo czekał, aż warunki się poprawią. Polak i tak miał średnie "noszenie", ale potrafił wylądować na 129,5 m. Był jednak zawiedziony piątym miejscem, bo przecież kilkadziesiąt minut wcześniej w skoku próbnym uzyskał największą odległość ze wszystkich zawodników.

Kontrowersje wzbudziła też sytuacja z oceną pierwszego skoku Małysza. Najpierw pokazała się odległość 129 m i szóste miejsce, a potem 129,5 m, które dawało Polakowi lokatę piątą (przed Martinem Schmittem). - To był tylko błąd techniczny - wyjaśniał Grzegorz Mikuła, sekretarz PZN.

Urbanc prawie jak Hannawald

Wietrzna loteria trwała na Wielkiej Krokwi w najlepsze, psując niepowtarzalny nastrój stworzony przez kibiców. Zawody wygrał Słoweniec Rok Urbanc, który do soboty nigdy nie był nawet w piętnastce najlepszych w konkursie PŚ (najwyższe to 17. miejsce). Ale podczas lotu powiało mu pod narty tak mocno, że omal nie pobił rekordu Svena Hannawalda (140 m) - wylądował na 136. m! Drugi był Roar Ljoekelsoey, który zawsze wspaniale skakał w Zakopanem, ale ostatnio był bez formy. - Te skoki w Polsce były najlepszymi, jakie oddałem w tym sezonie - powiedział Norweg. Najmniej sensacyjna była wysoka pozycja Fina Mattiego Hautamäkiego. Wszyscy trzej byli jednak równie szczęśliwi.

O tym jak loteryjne to były zawody, świadczą słabe loty młodych wilków i bezdyskusyjnych liderów klasyfikacji generalnej PŚ Gregora Schlierenzauera (dziewiąty) i Andersa Jacobsena (siódmy). A co miał powiedzieć Simon Ammann, którego wiatr zdmuchnął na 102. m i nie pozwolił wejść do trzydziestki (45. miejsce)? Martin Höllwarth, który świetnie spisywał się na treningach i w kwalifikacjach, był 49. z wynikiem, z którego nie byłby zadowolony na średniej skoczni (91,5 m).

Gorszy był tylko Stefan Hula (68 m), zresztą Polacy wypadli słabiutko. Trener Hannu Lepistö liczył, że w trzydziestce będzie ich pięciu, tymczasem awansował do niej tylko Małysz. Najlepszy poza nim był 33. Wojciech Skupień, którego jednak trudno uznać za nadzieję polskich skoków mogącą wesprzeć Małysza w walce z czołówką. Taką nadzieją jest Kamil Stoch, ale nie wytrzymał presji i był 36. po skoku na 110 m.

Czy sędziowie powinni przerwać sobotni konkurs w Zakopanem po I serii?