Rajd Dakar: Gryszczuk i Kazberuk jadą dalej. Hołowczyc miał dziś awarię

Albert Gryszczuk i Jarosław Kazberuk (Land Rover EvoDakar) na metę poniedziałkowego 9. etapu 29. Rajdu Dakar dotarli dopiero po północy. Mechanicy dokonali przeglądu samochodu i załoga wystartowała do wtorkowego etapu Nema - Nema o długości 400 km, w tym 366 km odcinka specjalnego
Polacy na trasie niedzielnego, 8. etapu mieli wypadek. - Dachowaliśmy już na pierwszej linii wysokich wydm - opowiada Jarek Kazberuk. - Zbyt szybko najechaliśmy na jeden ze szczytów, co skończyło się klasycznym "stemplem". Na szczęście nic się nam nie stało. Samochód mimo drobnych uszkodzeń nadawał się do dalszej jazdy. Wyjęliśmy resztki przedniej szyby, usunęliśmy olej, który przelał się do cylindrów i po naprawie rozrusznika oraz alternatora ruszyliśmy do Tichit.

Gryszczuk z Kazberukiem do mety ósmego etapu dojechali dopiero w poniedziałek nad ranem, jadąc przez kilkaset kilometrów tylko z jednym kołem w zapasie. Wcześniej musieli bowiem zmienić przebitą oponę. W Tichit niestety nie mogli skorzystać z pomocy serwisu. Ta niewielka miejscowość leży na uboczu i nikt poza zawodnikami do niej w trakcie rajdu nie dociera. Piekielnie zmęczeni Polacy nie mogli nawet dodzwonić się stamtąd poprzez swoje telefony.

- Sprawdziły się nasze obawy - relacjonuje Jarek Kazberuk. - Tym razem telefon odmówił współpracy i do Polski nie dotarły żadne wiadomości o tym, co się z nami dzieje. Sami zajęliśmy się przygotowaniem samochodu do dalszej jazdy. Dopiero później, po krótkim noclegu, wyruszyliśmy na trasę 9. etapu do Nema.

Poniedziałkowy etap również był sprawdzianem wytrzymałości Polaków. Na kamienistym fragmencie trasy do Nema w Land Roverze EvoDakar złamał się tylny amortyzator. - W efekcie musieliśmy bardzo mocno zwolnić - opowiada Albert Gryszczuk, konstruktor swego samochodu. - Land Rover na wybojach wpadał w straszny rezonans, co przy większej prędkości groziło nawet wywrotką. Na niektórych fragmentach trasy nie dało się jechać szybciej niż 30 km/h.

Załoga Diverse Extreme TVN Turbo Teamu ostatecznie dotarła do mety poniedziałkowego etapu już po północy. Samochód natychmiast trafił w ręce mechaników, którymi szefuje inny doskonały kierowca off-roadowy - Paweł Moliński. Dziś rano rajdówka była już gotowa do dalszej jazdy.

Do wtorkowego 10. etapu stanowiącego pętlę ze startem i metą w Nema, oprócz Gryszczuka i Kazberuka, wystartowali motocykliści Jacek Czachor i Marek Dąbrowski oraz kierowca Nissana Krzysztof Hołowczyc, który na 63. kilometrze musiał zatrzymać się z powodu problemów z układem przeniesienia napędu. Polak jedzie już jednak dalej.

Po poniedziałkowym etapie prowadzenie w rajdzie objął jego główny faworyt: Stephane Peterhansel, za którym - podobnie jak w ubiegłym roku - jedzie inny kierowca Mitsubishi Pajero Evolution: Luc Alphand.