Sport.pl

Sylwester Szmyd, kolarz grupy Lampre Fondital: Jesteśmy III ligą

Nie można zatrzymać się w latach 70., wspominać sukcesów Szurkowskiego oraz Szozdy i na tej podstawie mówić, że ciągle jesteśmy wielcy - mówi najlepszy polski kolarz Sylwester Szmyd.
Wojciech Borakiewicz: Kto jest najlepszym polskim kolarzem: mistrz kraju, najlepszy z Polaków w Tour de Pologne czy też może ten z naszych zawodników, który zajmie najwyższe miejsce w jednym z trzech wielkich wyścigów: Giro d'Italia, Tour de France lub Vuelta Espana?

Sylwester Szmyd: Podczas tegorocznej Vuelta Espana, w której byłem czternasty, pytano mnie, dlaczego nie pojechałem w naszej reprezentacji w mistrzostwach świata. Odpowiedziałem, że Polski Związek Kolarski żyje sobie swoim życiem. To, co się dzieje w ProTour [cykl najważniejszych wyścigów świata], go nie obchodzi. Niech to będzie odpowiedź.

Skąd tak ostre słowa?

- Powiem więcej - jesteśmy w kolarskiej III lidze. Nie można zatrzymać się w latach 70., wspominać sukcesów Szurkowskiego oraz Szozdy i na tej podstawie mówić, że ciągle jesteśmy wielcy.

Polski Związek Kolarski lubi się chwalić sukcesami na torze i w kolarstwie górskim. Niech torowcy zdobywają medale, a nasze dziewczyny w MTB. Witryną kolarstwa jest jednak szosa - najważniejsze wyścigi etapowe i klasyki Pucharu Świata. To o nich się mówi. Trzeba się zmierzyć z prawdziwym zawodowym kolarstwem w Giro d'Italia, Tour de France oraz Vuelta Espana. To całkowicie inny poziom.

Sam przeszedłem na zawodowstwo w 2001 r., a trzy lata wcześniej przeniosłem się do Włoch i startowałem jako amator. W sumie więc mieszkam na Półwyspie Apenińskim już osiem lat. Przeprowadzka była trudną decyzją. Chodziłem wtedy do piątej klasy technikum, miałem przed sobą maturę. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Kiedy teraz pytają mnie młodzi kolarze w Polsce, co mają robić, to najchętniej odpowiedziałbym: "Ucz się, chłopie!". Obecnie o wyjazd np. do Włoch i załapanie się w jakiejś grupie jest coraz trudniej. Włosi wprowadzili ograniczenia dla zagranicznych kolarzy. Zresztą i ich rodacy mają wielki kłopot z podpisaniem zawodowego kontraktu. Sam miałem więc trochę szczęścia, że wyjechałem w odpowiednim momencie i spotkałem menedżera, który mi pomógł. Też mnie zresztą wepchnął na zawodowy kontrakt z kimś bardziej znanym. Byłem niejako w pakiecie.

Jedyną szansą na rozwój polskiego kolarstwa jest więc wyjazd utalentowanych zawodników do Włoch lub Francji, bo inaczej będziemy się cofać?

- Ale najpierw PZKol musi zacząć zależeć na szosie. W poczynaniach związku widać, że ich to nie obchodzi. Łatwiej zdobyć medal mistrzostw świata w MTB, skoro ścigają się cztery dziewczyny na krzyż. Torowców też jest dużo mniej. Na szosie konkurencja jest potężna, w samych Włoszech to już tysiące ludzi.

Do PZKol wszedł jako sponsor BGŻ. Dlaczego prezesowi nie zależy, by stworzyć za te pieniądze ekipę najlepszych w Polsce młodzieżowców i wysłać ich na Zachód. Mogą mieć stałą siedzibę np. we Włoszech. Pokażą się z dobrej strony i otworzą dla siebie szansę podpisania zawodowego kontraktu. Ja przeszedłem tę drogę sam, a oni mieliby łatwiej, bo w grupie.

Spór między Panem a PZKol zaczął się od olimpiady w Atenach. Związek miał do Pana pretensje, bo miał Pan być liderem drużyny, a wycofał się na trasie.

- Rzeczywiście, padł taki argument przed tegorocznymi mistrzostwami świata w Austrii, gdzie w końcu nie wystartowałem. Potraktowano mnie nie jak piąte, ale szóste koło u wozu. A kolarstwo to moja praca i pasja. Zależy mi na nim. Przed olimpiadą byłem przygotowany najlepiej, jak umiałem. Noga się kręciła. Ta jedna niedziela mi nie wyszła. Nie jestem maszyną, kryzys może zdarzyć się zawsze.

W zawodowym peletonie ma Pan ściśle określoną funkcję - kolarza przeznaczonego do pomocy liderowi. Ale ma Pan pewnie marzenie, żeby jakiś wyścig wygrać dla siebie?

- Nie zadowoliłem się rolą pomocnika, czyli greggario. Od początku tego roku żyłem tylko jedną myślą: Tour de Romandie. Wiedziałem, że mój lider w nim nie jedzie, a to wyścig zaliczany do ProTour i bardzo mi odpowiada, choć szef mojej ekipy nie chciał, żebym walczył w klasyfikacji generalnej. Miałem sobie wybrać jakiś etap i postarać się o zwycięstwo. To wszystko, a potem oszczędzać się na Giro, które dla Włochów jest najważniejsze.

Jednak nasz menedżer Giuseppe Saronni [były znakomity kolarz] się postawił: "Nie, jeśli Szmyd ma nogę, niech jedzie, jak najlepiej potrafi". Niestety, nie udało mi się wygrać. Skończyłem Tour de Romandie na 10. pozycji i to mnie zupełnie nie zadowalało, skoro mogłem jechać na siebie. To oczywiście nie oznacza, że cała ekipa ma mi pomagać jak np. Damiano Cunego, którego osłaniamy od wiatru albo ciągniemy pod górę. Po prostu zwalnia się mnie z obowiązków greggario. Wtedy można wykorzystać pracę innych grup i zachować się jak pasażer pociągu - tylko zapiąć pasy i uważać, żeby nie wypaść z pędzącego wagonu. Mam ambicje wygrywania i są one coraz większe. Czekam na kolejny sezon i pierwsze ważne zwycięstwo.

Pana ostatnią pasją jest latanie samolotami z wielką prędkością. Jakoś trudno to pogodzić z Pana największą słabością kolarską, jaką jest zjazd z góry.

- Dla mnie góry rzeczywiście zaczynają się dopiero po wjechaniu na szczyt, wtedy, gdy trzeba zjechać z niego w dół. Trudno nawet powiedzieć, czy źródłem jest obawa przed upadkiem. Na treningach sobie radzę, ale kiedy przychodzi wyścig i siedzę na innym rowerze, z węższymi felgami, jest inaczej.

Zauważyłem, że kiedy grupka jest mniejsza, nigdy nie zdarzyło mi się z niej odpaść. Na treningu jadę sam, a podczas etapu panuje ścisk, jeden obok drugiego, jeden za drugim. To jest dodatkowy stres, a trzeba jechać z szybkością 80-90 km/godz. Innym problemem są zakręty, przed którymi trzeba mocno wyhamowywać i potem znowu się rozkręcać. Kiedy zdarzy się podczas zjazdu kilka konkretnych serpentyn, a po zakręcie i hamowaniu trzeba przyspieszyć, zaczynam tracić koło, nie mam rozkręcenia. Jestem dieslem.

Co to znaczy?

- Wolno się rozpędzam, jak to diesel. Nie mam też finiszowego sprintu, nie jestem także typowym góralem jak np. Pantani, pod górę również nie wyrwę błyskawicznie jak Simoni czy Cunego. Ciągnę mocno, ale jednostajnie, jak muł. To wynika z budowy moich włókien mięśniowych. Mogę za to pod górkę mojego lidera ciągnąć długo i równo. I taka jest moja praca.

Czy zaczął Pan już ostre przygotowania do siódmego sezonu w zawodowym peletonie?

- Trening jest jeszcze łagodny. Zaczynam od siłowni - trzy razy w tygodniu. Do tego mały rozjazd na rowerze, mniej więcej dwie godziny. To szkoła włoska, w miarę lekka. Zimowa praca ma sprawiać przyjemność. Grudzień to dla mnie czysta zabawa. Mam czas i ochotę, żeby sobie posiedzieć w domu przy kominku.

Od stycznia zaczyna się prawdziwe przygotowanie. Mniej więcej po sześć godzin jazdy. Podam przykład z tego roku, kiedy odbudowywałem formę przed Vuelta Espana. W ciągu 17 dni - cztery dni powyżej sześciu godzin, jeden nawet powyżej siedmiu. Oprócz tego kilka dni powyżej pięciu godzin w siodełku. I to jest jeżdżenie tylko po górach. To oznacza, że w ciągu jednego dnia treningowego zaliczam 5 tys. m przewyższenia. Tak jakbym wjechał na Mount Blanc. W ciągu dwóch treningów zdobywam Mount Everest.

Poważną sprawą w kolarstwie jest doping. Jak sobie z nim poradzić?

- Doping niszczy cały sport. Z jakiegoś jednak powodu tylko kolarstwo jest pod szczególną lupą antydopingową. To wygląda jak nagonka. Ekipa kontrolerów z policją może przyjść nawet do domu, przestraszyć żonę i dzieci. Nasze środowisko zgodziło się na takie traktowanie, piłkarze np. odmówili i jest spokój.

Jeśli Pan dziś napisze, że brałem EPO, jutro od razu tracę pracę na sześć-osiem miesięcy. I sam muszę potem udowadniać, że jestem niewinny. Nic nie zarobię i stracę mnóstwo pieniędzy na adwokatów. Prokuratorzy we Włoszech, Hiszpanii i Francji wyrabiają sobie na kolarzach nazwiska. Wprowadza się jeszcze badanie DNA, tak jakbyśmy byli seryjnymi zabójcami. Zgadzam się - róbcie je, ale wszystkim sportowcom. To dziwne, że tam, gdzie jest więcej pieniędzy, jest ciszej o kontrolach.

Sylwester Szmyd
28 lat
kolarz zawodowej grupy Lampre Fondital
w 2006 r.: 19. w Giro d'Italia, 14. w Vuelta Espana