Kadziewicz: Lubisz pracować, masz szanse u Lozano

Ludzie przekonali się już, że warto zainteresować się siatkówką. Że można przyjść na trybuny całymi rodzinami, obejrzeć ciekawy mecz i do tego świetnie się bawić - mówi środkowy Jastrzębskiego Węgla i reprezentacji Polski Łukasz Kadziewicz.
Terminarz, wyniki, relacje z meczów PLS

Przewodnik po PLS

Przemysław Iwańczyk: Liga wicemistrzów świata - to brzmi dumnie...

Łukasz Kadziewicz: Brzmi dumnie, ale trzeba zadbać o poziom ligi, by zbliżył się do tego, który prezentowała kadra na mistrzostwach świata. Wszystko zależy od formy siatkarzy, ale nie samych reprezentantów, tylko wszystkich.

Czy można PLS klasyfikować za ligami włoską i rosyjską?

- Patrząc na ranking klubowy, liczbę drużyn w europejskich pucharach, wychodzi na to, że nawet Austriacy są silniejsi od nas, bo mają dwa zespoły w Lidze Mistrzów, nie mówiąc już o Grekach czy Belgach. Na pewno PLS jest coraz ciekawsza, nie tylko za sprawą sukcesu reprezentacji, ale także przez stabilność finansową klubów czy transfery gwiazd europejskiej siatkówki. Nigdy w życiu nie doczekamy się w lidze Włocha czy Rosjanina grającego w kadrze w pierwszej szóstce, bo są wystarczająco dobrze opłacani u siebie, ale przyjeżdżają do nas ludzie o uznanej marce. Dają sygnał innym, że warto w Polsce grać, można się rozwijać, podnosząc jednocześnie poziom ligi.

Ale czy tych zagranicznych gwiazd jest aż tak wiele? W poprzednim sezonie hitem transferowym było ściągnięcie Bułgara Plamena Konstantinowa, teraz te nazwiska nie są aż tak głośne.

- Nie zgodzę się. Przyszedł m.in. bułgarski medalista MŚ, środkowy Ewgienij Iwanow, jego rodak, rozgrywający Nikołaj Iwanow, wrócił Dawid Murek, który przebierał w ofertach i mógł grać we Włoszech, w Rosji. Mamy Fina Janne Heikkinena, który grał m.in. w Grecji i we Włoszech. Obcokrajowcy, o których mówię, może nie są fenomenalnymi zawodnikami, ale bardzo dobrze uzupełniają swoje drużyny. W połączeniu z reprezentantami Polski, młodym pokoleniem graczy jak Jakub Jarosz czy Bartosz Kurek, spowodują, że liga będzie naprawdę ciekawa.

Dziewięciu wicemistrzów świata powinno zagwarantować naprawdę wysoki poziom.

- Tak, ale to nie tylko my stanowimy o sile ligi, tylko pozostali gracze. Zwłaszcza ci z dużym stażem ligowym, którzy kiedyś ocierali się o reprezentację. Można kupić trzy-cztery gwiazdy, ale obok nich muszą stać ludzie, którzy wiedzą, o co w tym sporcie chodzi. W Polsce jest wielu takich zawodników. Może nie sprawdzili się na arenie międzynarodowej, ale mają niesamowity bagaż doświadczeń. Cieszę się, że mogę grać obok takich ludzi.

W jaki sposób liga może skonsumować wicemistrzostwo świata?

- Zainteresowanie dyscypliną, oprawa meczów, już teraz wystarczy spojrzeć na niektóre boiska. Piękne hale w Bydgoszczy, we Wrocławiu, nowy obiekt w Bełchatowie, duże trybuny w Olsztynie i Częstochowie...

Mógłby Pan wymienić wszystkie, tylko nie Jastrzębskiego Węgla, który jest faworytem do mistrzostwa Polski, a mecze może tam oglądać kilkaset osób.

- Cóż, taki jest urok Jastrzębia. W tym sezonie nie da się tego zmienić. Ale sądzę, że tak profesjonalny klub, z takimi działaczami, bez problemu sprosta oczekiwaniom kibiców i za rok zagramy w dużo większej hali.

Wracając do ligi, ludzie przekonali się już, że warto zainteresować się siatkówką. Że można przyjść na trybuny całymi rodzinami, obejrzeć ciekawy mecz i do tego świetnie się bawić. PLS stał się towarem marketingowym, w który warto inwestować.

O mistrzostwo znów walczą cztery najbogatsze kluby. Czy nie zaniża to poziomu?

- Jeśli mówimy o poziomie ligi, to bardzo ważna sprawa. Zawodnicy grający we Włoszech opisują tę ligę jako trudną. Na przykład lider jedzie do 10. albo 11. drużyny i wynik do końca jest sprawą otwartą. Beniaminek po awansie kupuje kilka zagranicznych gwiazd, podpiera się kilkoma rodzimymi graczami i potrafi zagrozić najlepszym. W Polsce jeszcze tego nie ma. Ale spokojnie, PLS ma dopiero pięć lat, kluby dopiero teraz mogą swobodnie funkcjonować finansowo i jest realne, by za kilka lat większość drużyn prezentowała podobny poziom.

Pana faworyt do mistrzostwa Polski?

- Oczywiście Jastrzębski Węgiel, choć zdaję sobie sprawę z tego, że każdy z zawodników z czołowej czwórki na to pytanie wskaże swój zespół. I nie dziwię się, że konkurencja wśród tych drużyn jest olbrzymia. Mistrza zdobędzie ten, kto lepiej wytrzyma fazę-play off i kto przystąpi do niej z najwyższej pozycji. Jeśli mój zespół ominą urazy, jestem spokojny o wyniki.

Dawid Murek to zdecydowany nr 1 transferowego okienka. Będzie największą gwiazdą PLS?

- To już jest gwiazda, którą znają wszyscy na świecie. Gdziekolwiek jesteśmy z reprezentacją, wszyscy pytają, dlaczego na mistrzostwach świata nie grał Murek. To ogromny autorytet, nawet dla starszych od siebie graczy. Jest doskonałym sportowcem, ale i fantastycznym człowiekiem. Chociaż mógłby wysoko nosić głowę, zawsze jest skromny. Dawid to instytucja polskiej siatkówki, jak kiedyś Tomasz Wójtowicz czy Ryszard Bosek. W kadrze ma ponad 200 występów i gdyby nie poważna kontuzja - bo on gra, dopóki mu nogi nie urwie - wciąż grałby dla reprezentacji. Polska długo nie będzie miała takiego zawodnika, ale ma go PLS, w której Dawid będzie największą gwiazdą.

Na mecze której drużyny selekcjoner Raul Lozano powinien zaglądać najczęściej?

- Dobrze, że nie jestem na jego miejscu. Ale Raula nie interesuje widowiskowość w grze, oglądając mecz stara się dostrzec graczy pasujących do jego koncepcji, którzy będą wykonywać powierzone im zadania. Dla niego ważne jest, jak kto przyjmuje, blokuje i w ogóle jak podchodzi do gry.

Lozano uważa, że przed następnymi imprezami osiemnastka, spośród której wybierał kadrę, niewiele się zmieni. Pan widzi zawodników, którzy mogą przebojem wskoczyć do reprezentacji?

- Wspominani przeze mnie Jarosz i Kurek mają szansę być bardzo dobrymi siatkarzami. W Serie A w podstawowym składzie gra Zbigniew Bartman. W Jastrzębiu jest grupa zdolnych juniorów, którym warto się przyjrzeć. Są też tacy, którzy dopiero zaczynają przygodę z PLS, a o których już się mówi, jak Bartosz Janeczek z Gwardii Wrocław. Każdy, kto lubi pracować, ma szansę zagrać w kadrze Lozano.

Jak Pana zmienił, sportowo i mentalnie, srebrny medal mistrzostw świata?

- Zawsze staram się grać jak najlepiej, choć nie zawsze jest tak, jakbym chciał. Jako wicemistrz świata muszę trochę zmienić swoje zachowanie. I nie ukrywam, że jest to trudne, bo nie od dziś pracuję nad swoim charakterem. Czasem warto być spokojnym człowiekiem. Choć nie chciałbym, żeby studzenie mojego temperamentu wpłynęło na grę, bo kiedy starałem się zamknąć w sobie, nie zawsze dobrze mi szło. Szukam złotego środka i cieszę się, że są ludzie, którzy moje wady potrafią obrócić w atuty. Skoro podczas zgrupowań wytrzymali ze mną przez tyle dni bez większych awantur, to znaczy, że nie jestem taki najgorszy.

To Lozano Was zmienił? Argentyńczyk twierdzi, że nocny incydent w Olsztynie, po którym Pan, Krzysztof Ignaczak i Andrzej Stelmach zostaliście odsunięci od reprezentacji, był fundamentem rewolucji w tej drużynie.

- Rzadko zdarza się, by trener podjął taką decyzję na tydzień przed ważną imprezą, jaką były mistrzostwa Europy. Rzadko też zdarza się, by ten, który jest odsunięty, wrócił do kadry. Ale nie wróciłbym, jeśli nie dostałbym szansy. Decyzja Lozano była słuszna, bo i reszta zespołu zaczęła postrzegać siebie jako wartość. Bo to my jesteśmy na pierwszych stronach gazet i trzeba zastanowić się dwa razy, zanim zrobi się coś głupiego.

Lozano mówił też, że bez jego wiedzy bawili się i inni, ale ich nie przyłapał. Nie czuliście się ofiarami?

- Czy inni moi koledzy się bawili? Lozano wkurzył się na nas, że wyszliśmy bez jego wiedzy. Spędziłem z nim ostatnie pół roku i nigdy nie było problemu, kiedy któryś z nas chciał gdzieś wyjść. Sam nawet proponował, byśmy poszli się rozerwać, na kolację, napić się wina czy do kina. Ale przed mistrzostwami Europy troszkę mnie poniosło i kara była zasłużona, choć to, co działo się dookoła tej kary, było nieco przesadzone. To już historia, a ludzie, którzy mają szansę znaleźć się w kadrze Lozano, niech nie uczą się na swoich błędach, tylko niech popatrzą na nas.

Miał Pan pretensje, że działacze, którzy wieszali na Panu psy po olsztyńskim incydencie, sami podczas mundialu w Japonii w różnym stanie śpiewali na trybunach: "Piotrek Gruszka niech żyje, niech się z nami napije".

- Nieraz w sporcie ktoś się potykał i stawał się później wielką gwiazdą. Więc jeśli ktoś się pomyli i przewróci, to nie warto go kopać, bo samemu można znaleźć się w takiej sytuacji. Nasz incydent jest nauczką dla wszystkich - zawodników, działaczy.

Czy to prawda, że Lozano stanął przed wyborem - Pan albo Krzysztof Ignaczak? Że nie chciał mieć w kadrze dwóch tak silnych osobowości?

- W grupie 18 ludzi trudno znaleźć 18 milczków. Jeden się śmieje, drugi nie, każdy inaczej reaguje na stres i obciążenie treningowe. A ja nie jestem silną osobowością. Wystarczy mi powiedzieć dwa słowa i wiem, kiedy przyhamować. Wydaje mi się, że Lozano nigdy nie zdradzi, dlaczego tak wybrał. Z Krzyśkiem jesteśmy kolegami, świetnie się dogadujemy, to szalenie inteligentny facet i nie robiłbym z niego kozła ofiarnego, pijaczka czy awanturnika. Świetny zawodnik, ale nie miał szczęścia i nie pojechał. Nikt jednak nie zamyka przed nim kadry, tak jak nikt nie otwiera ich wszystkim medalistom mistrzostw świata. O miejsce trzeba walczyć non stop i pokazać to w lidze.

Lozano to selekcjoner, który nie bierze najlepszych, ale takich, którzy mu do kadry pasują?

- Lozano wybiera tych, którzy pasują mu charakterologicznie. Wziął ludzi i szkolił ich non stop. Zmieniliśmy styl gry, mentalność. Ten zespół naprawdę świetnie się dogaduje, choć nie wszyscy jesteśmy przyjaciółmi i nie całujemy się codziennie na dzień dobry. Ostatnie miesiące pokazały, że potrafimy wytrzymać ze sobą nawet w ekstremalnych warunkach.

Zaraz po zdobyciu srebrnego medalu Lozano, jak trener Brazylijczyków Bernardo Rezende, zamiast się cieszyć, zaczął mówić o planach na przyszłość.

- Najgorsze byłoby teraz położyć się i przez 20 lat rozmyślać o tym, jak udało się zdobyć srebrny medal. To już za nami. Teraz przez pięć miesięcy jest liga, podczas której trzeba zapracować na uznanie Lozano. Wicemistrzostwo to wielkie zwycięstwo, ale nie jest to pełny sukces, bo nie ma złota. Nikt z nas nie ma prawa powiedzieć: "Mistrzostwa świata za nami". Nie, bo za cztery lata są kolejne i stamtąd trzeba przywieźć złoto. Nikt z nas nie może się teraz zatrzymać i powiedzieć: "Mam medal, jestem spełnionym sportowcem". Przed nami mistrzostwa Europy, igrzyska, Liga Światowa.

Trener zaszczepił Wam zasadę Beethovena, że talent to 2 proc., a reszta to ciężka praca?

- Jest tylko kilku, którzy mogą nic nie robić, a wychodzą i piłka ich się słucha. Tak jak Dawid Murek, który długo leczył kontuzję, a teraz jest najlepszym zawodnikiem Jastrzębskiego Węgla. Tylko że Dawid jest do tego pracowity, stąd bierze się jego wysoka renoma. Trzeba pracować, bo jeśli popełnia się błąd, to w konsekwencji popełnia go cały zespół. Siatkówka jest grą zespołową i każdy musi zaangażować się na 100 proc. Trzeba też widzieć cel i do niego konsekwentnie dążyć.

Kadrowicze już o tym wiedzą. A pozostali ligowcy są w stanie tak pracować, skoro nie poczuli ręki Lozano?

- Są w Polsce szkoleniowcy, którzy mają ciężką rękę i wielu ligowców ją poczuło.

Ciężka ręka trenera to jeszcze nie wszystko. Trzeba umieć wyegzekwować z zawodników to, co najlepsze.

- Mamy wielu stuprocentowych profesjonalistów, mimo że nie zasmakowali gry w kadrze. Także trenerzy. Znam takich, którzy mają pojęcie o siłowni, regeneracji, bije z nich wiedza, którą wykorzystują. W PLS gra blisko stu zawodników, w tym wielu obcokrajowców. To elita i duża sztuka jest się w niej utrzymać. A reprezentanci, jak ja, właśnie dzięki nim mogą grać na wysokim poziomie.

A ci trenerzy-profesjonaliści? O których Pan myśli?

- Jest kilku, tak jak i tych, których nigdy tak bym nie nazwał. Widać u nich parcie na wiedzę, chęć dokształcania się. Polska szkoła trenerska nie jest wcale taka zła. Przy jeszcze bardziej otwartym umyśle, chęci przejęcia wiedzy od lepszych od nas, będzie coraz lepiej. Siatkarze chcą się uczyć od Rosjan, Włochów czy Brazylijczyków, trenerzy też powinni.

Więc czy po tym sezonie powiemy, że PLS zbliżyła się do ligi włoskiej, czy rosyjskiej?

- Poczekajmy na to, co zdziałamy w europejskich pucharach. Skra Bełchatów pokazała, że może być nie szóstym, ale trzecim czy czwartym klubem w Europie. Liga na pewno pójdzie do góry, a dodatkowo mogą ją wywindować puchary.

Łukasz Kadziewicz

26 lat, 206 cm wzrostu, środkowy bloku reprezentacji Polski i Jastrzębskiego Węgla. Pochodzi z Olsztyna, zaczął grać w wieku 12 lat. Zagrał na igrzyskach w Atenach, brał udział w pięciu edycjach Ligi Światowej, wicemistrz Polski z PZU AZS Olsztyn i Jastrzębskim Węglem. Grał też w rosyjskim Gazpromie Surgut. W 2005 roku nie pojechał na mistrzostwa Europy za nocny wypad do miasta. Żonaty, ma córkę Amelię (jej imię w języku starochińskim wytatuował sobie na ramieniu).