Małysz: Wiem, że jestem w formie

Nie popadam w żadną panikę. Nie denerwuję się niczym. Wiem, że forma jest i muszę pracować tylko nad tym, by jej nie stracić - mówi najlepszy polski skoczek, Adam Małysz.
Polak w piątek w rozpoczynającym sezon konkursie w Kuusamo zajął 34. miejsce i dopóki nie wejdzie do czołowej piętnastki Pucharu Świata, musi skakać w kwalifikacjach. Taka sytuacja zdarzyła mu się po raz pierwszy od 2001 r.

Robert Błoński: To dobrze, że sobotni konkurs odwołano z powodu zbyt silnego wiatru?

Adam Małysz: Moim zdaniem nie. Chciałbym i byłem gotowy skakać w takich warunkach. Były dużo lepsze niż w piątek, kiedy mokry śnieg zasypał tory i powodował, że narty się do niego kleiły. W sobote warunki były bardzo dobre. Wiało z przodu, pod narty. Wiatr był prawie jednakowy dla wszystkich, wiał - raz mocniej, raz ciut słabiej - ale z jednego kierunku.

Wystarczyło dać niższą belkę i mogliśmy skakać. Zaczęliśmy konkurs z 13 belki, po skoku Lappiego obniżono ją o jedną, potem jeszcze o jedną. Normalnie, przy takim wietrze z przodu, skacze się tu z siódmej-ósmej. Wystarczyło dać ten rozbieg.

Może zawodnicy powinni być bardziej sugestywni, stanowczy w rozmowach z organizatorami?

- Ale oni nawet nie chcą z nami rozmawiać. Parę razy próbowaliśmy. Usłyszeliśmy tylko, że jesteśmy od skakania, a nie od gadania. Naszymi przedstawicielami są więc trenerzy, ale ich prośby niewiele dały. Jury bało się powtórki z piątku, kiedy wypaczono sens rywalizacji. Wówczas zawodnicy z czołowej piętnastki PŚ ratowali się przed upadkiem, nie myśleli, by dobrze wyjść z progu. To była walka o przetrwanie.

W Kuusamo zawsze są problemy z pogodą.

- To rzeczywiście zagadkowe. Organizatorzy PŚ i osoby układające kalendarz powinny się może zastanowić nad innym terminem rozpoczęcia sezonu? Na przykład nad początkiem grudnia?

Dyrektor ds. skoków FIS Walter Hofer stwierdził, że musimy zacząć przyzwyczajać się do wymiany pokoleniowej, a nie wciąż Małysz i Ahonen...

- Jasne, młodym trzeba dać szansę. Wymiana pokoleniowa na skoczniach następuje, ale nie może nią kierować Walter Hofer.

W piątek strasznie zdenerwowany był trener polskiej kadry Hannu Lepistoe.

- Zaskoczył nas. Ostatnio był bardzo spokojny. Chodził tylko i ciągle nad czymś rozmyślał, a tu nagle nerwy mu puściły. Dyrygował wszystkimi na wieży trenerskiej. Ale to dobrze. Poczuł się silny, zobaczył, że ma autorytet, jest w stanie z innymi trenerami rozmawiać i jest słuchany, kiedy walczy o swoje. My widzimy, że nie da nam zrobić krzywdy.

Po zajęciu 34. miejsca musi Pan startować w kwalifikacjach. Czy to dodatkowa presja? Myśli Pan, że zepsucie skoku może spowodować, że nie wejdzie Pan do konkursu?

- Nawet mi to przez myśl nie przeszło. Nie ma żadnej presji. Chcę być w czołówce najlepszych skoczków, walczyć o jak najwyższe miejsca, podium. Gdybym zaczął martwić się tym, że mogę nie wejść do pięćdziesiątki, moje starty straciłyby sens.

To dziwne uczucie startować na początku stawki?

- Trochę tak, nie jestem do tego przyzwyczajony. Jest to trochę uciążliwe. Muszę np. wcześniej pojechać na górę skoczni.

Paradoksalnie zajął Pan w zawodach dalekie miejsce, ale kiedy była możliwość normalnego skakania, latał Pan daleko.

- Dlatego nie popadam w żadną panikę. Nie denerwuję się niczym. Wiem, że forma jest i muszę pracować tylko nad tym, by jej nie stracić.

Pomówmy chwilę o czymś innym niż konkursy w Kuusamo. Jak Pan odbiera porównania do Roberta Kubicy?

- Śmieszą mnie, choć wiem, że jest tego sporo. Tyle że nigdy nie poznaliśmy się osobiście. Łączy nas chyba tylko to, że startujemy w kaskach. Ostatnio w jakiejś gazecie widziałem coś takiego: Kubica 400 koni, a ja dwie deski. Kubica ma nos sokoli, a ja szarmancki wąsik. Dziennikarze nie mają co robić.

O wynikach siatkarzy Pan wie?

- Słyszałem, że wygrali wszystkie mecze do zera. Drugi trener Łukasz Kruczek nas o wszystkim informuje. Ma internet w pokoju. Rozmawia ciągle przez komórkę, jest na gadu-gadu. Tak naprawdę to w tym Kuusamo jest przeraźliwie nudno. Nawet pamiątek żadnych nie kupiłem, zresztą tu nic nie ma. Poza tym do centrum handlowego jest 25 km, a ceny strasznie wysokie. Nudę urozmaicaliśmy sobie jazdą na skuterach po śniegu i oglądaniem filmów.

Nie boi się Pan, że tej zimy - do Turnieju Czterech Skoczni - będą problemy z pogodą i śniegiem?

- Nie. Za tydzień skaczemy w Lillehammer, a nie w Trondheim jak planowano. Za dwa tygodnie Harrachov. Parę dni temu zawody były zagrożone, ale już nie są. Słyszałem, że idzie mroźny front atmosferyczny znad Rosji. Będzie dobrze.

Plany na najbliższe dni?

- Do środy jesteśmy w domach, tego dnia wyruszamy do Norwegii. Trenować mamy w siłowni, o skakaniu mowy nie ma. Brak śniegu w kraju.