Piłkarz bez prawa gry w piłkę

III-ligowy piłkarz z Torunia nie może kontynuować kariery, bo zakazuje mu tego prawo. Łukasz Kowalski grał w meczu, podczas którego bili się kibice. Policja i sąd twierdzą, że brał udział w burdach, choć nagrania telewizyjne pokazują coś zupełnie innego.
W maju ubiegłego roku Toruński Klub Piłkarski podejmował na własnym boisku Lechię Gdańsk. Oba zespoły walczyły o awans do II ligi. To był mecz podwyższonego ryzyka - do Torunia przyjechało kilkuset kibiców znad morza. Dlatego policja zaangażowała dodatkowe siły - dziesiątki funkcjonariuszy, armatki wodne, monitorowanie trybun i nagrywanie zachowań kibiców. Po godzinie meczu fani, a właściwie chuligani z Gdańska rozpoczęli regularną bitwę na murawie z grupą fanatyków gospodarzy. Piłkarze musieli uciekać. Interweniowała policja, mecz został przerwany.

W barwach TKP zagrał wówczas obrońca Łukasz Kowalski. Wysoki, dobrze zbudowany i krótko ostrzyżony 25-latek pół roku po meczu został wezwany przez policję na przesłuchanie. Ojciec Łukasza Zbigniew Kowalski: - Zdziwiliśmy się, ale nie mamy nic do ukrycia. W końcu czego policja mogłaby chcieć od chłopaka?

Piłkarz podczas przesłuchania dowiedział się, że jest podejrzany o udział w bijatyce między kibicami. Niektórzy z nich mieli koszulki podobne do tych, w jakich występują zawodnicy. Kiedy doszło do wymiany ciosów na murawie, zawodnicy uciekali przed tłumem. To wystarczyło, by policja uznała, że Kowalski był wśród uczestników walk. Teraz nikt tego nie chce komentować. - Trudno mi wyjaśniać całą sytuację. To miało miejsce ponad rok temu, a my już przekazaliśmy wszystkie materiały do sądu - mówi rzecznik prasowy policji nadkomisarz Wioletta Dąbrowska.

- Gdy zaczęto podejrzewać Łukasza, chcieliśmy to jak najszybciej wytłumaczyć. Pojechaliśmy więc do jednego komisariatu, ale tam nikt nic nie wiedział. W kolejnym podobnie. Czeski film... - mówi Zbigniew Kowalski. Na nic zdały się logiczne tłumaczenia, że prawdę można zweryfikować na podstawie nagrań nie tylko lokalnej stacji telewizyjnej, ale również w materiałach policyjnych. - Przecież to jakieś kuriozum. Mój syn właśnie musi udowadniać, że nie jest wielbłądem - denerwuje się Zbigniew Kowalski.

Jego syn po kilku wizytach na komisariatach liczył, że wyjaśnił nieporozumienie. Wyjechał do Anglii. Pracuje tam, by zebrać pieniądze na studia. Wkrótce planuje powrót do Polski. Jednak w świetle prawa na razie nie może w kraju grać w piłkę nożną. Znalazł się wśród 13 kibiców, których sąd grodzki w Toruniu zaocznie ukarał 30 godzinami pracy społecznej. Najważniejsze jednak, że przez dwa lata nie mogą wchodzić na obiekty sportowe w ramach tzw. zakazu stadionowego. - Otrzymujemy od policji listę uczestników zajść. Sąd uznał, że wina podejrzanego nie budziła wątpliwości - mówi sędzia Mariola Adamczyk, przewodnicząca Wydziału XII Grodzkiego Sądu Rejonowego w Toruniu. - Czyli jedną decyzją można złamać chłopakowi karierę? - zastanawia się Zbigniew Kowalski. Piotr Wujków, prawnik i prezes TKP: - Aż niezręcznie coś takiego komentować. Sytuacja jak z amerykańskiego filmu. Ma stuprocentowe alibi, a i tak jest skazany. Za niewinność.

Paradoksalnie piłkarz ma szansę uniknąć kary dzięki temu, że ciągle przebywa za granicą. Przysłał sprzeciw, a w związku z tym, że wcześniej nie mógł odebrać przesyłki od sądu, uznano, że został złożony w regulaminowym czasie siedmiu dni. Sprawa Kowalskiego będzie rozpatrywana ponownie - tym razem już z jego udziałem.