Małysz: Skoki to mój chleb

Chcę jeszcze wielu zwycięstw. To nie jest pazerność. To chęć bycia dobrym, docenianym
Nikt na świecie nie zdobył więcej trofeów w ostatnich dziesięciu latach niż Małysz. Polak wygrał trzy razy Puchar Świata, trzy Letnie Grand Prix, zdobył trzy złote i jeden srebrny medal mistrzostw świata oraz srebro i brąz na igrzyskach w Salt Lake City w 2002 r.

Robert Błoński: Znowu zaczął Pan latać i został królem lata. Czy mimo zdobycia we wtorek w Oberhofie Letniej Grand Prix ma Pan przeświadczenie, że i tak najważniejsze są skoki zimą?

Adam Małysz: Ten sukces był mi bardzo potrzebny. W trakcie olimpiady w Turynie i już po niej mówiłem, że do dalszego skakania będę potrzebował nowej motywacji. Żeby te skoki znowu mnie cieszyły. Cztery letnie wygrane konkursy, a przede wszystkim dobre równe skoki, to kolejny bodziec do kontynuacji kariery. Cieszę się, że zima niedaleko, a forma do mnie przychodzi. Błędów popełniam coraz mniej.

Czy nie żałuje Pan, że nie rzucił nart w kąt po nieudanych igrzyskach w Turynie?

- Nie, na pewno nie. Było sporo przemyśleń, byłem zmęczony całą sytuacją. Ale, jakby nie było, skoki to cały mój chleb. I o tym też pamiętam. Letnie skoki były tak dobre, że nabrałem ochoty do startów.

Jak poważne były myśli o zakończeniu kariery? Wiele osób uważa, że nie myślał Pan o tym serio, choćby ze względu na sponsorów, umowy reklamowe...

- Sponsorzy dobrze wiedzieli, że naprawdę mogę przestać skakać. Najwięcej mówili jednak o tym dziennikarze. Zadawaliście pytania na igrzyskach, pchaliście mnie do tej decyzji. A ja przytakiwałem. I po igrzyskach zacząłem o tym myśleć na poważnie. Że może jednak trzeba dać sobie spokój.

Na szczęście później przyszły konkursy w Skandynawii. W Kuopio byłem trzeci, w Lillehammer skakałem bardzo dobrze. Ale tam dopadła mnie migrena. Rozbiła mnie psychicznie, gdyby nie to, też walczyłbym o podium. To mnie okropnie wkurzyło. Pomyślałem wtedy, że w Oslo już nie ma siły, muszę skoczyć bardzo dobrze. I wygrałem. To był punkt przełomowy, skończyły się myśli o rzucenie nart. To wtedy, ostatecznie, przekonałem się, że zostaję.

A był moment złości, że forma przyszła o dwa tygodnie za późno? I że na olimpiadzie mógł być medal?

- Nie. W Skandynawii zapomniałem o igrzyskach. Naprawdę przeżyłem porażkę, bo tak uważam, że - mimo piątego miejsca w drużynie i siódmego na normalnej skoczni - to był kiepski występ. To jest olimpiada. Uciekła mi.

Wiedział Pan już po igrzyskach, że to ostatnie chwile trenera Heinza Kuttina?

- To bardzo dobry specjalista. Ale załatwił sam siebie. Przed igrzyskami sam powiedział, że po sezonie odchodzi. To była prowokacja z jego strony. Ale to było niedobre dla wszystkich. Dla związku i zawodników. Uznałem, że skreślił nas już przed olimpiadą. Głupio się poczułem. O tym, że Heinz odchodzi, zdecydował jednak PZN i zdania nie zmienił, mimo że Heinz chciał zostać.

Odczuwał Pan, że Kuttin jest skonfliktowany z prezesem PZN Apoloniuszem Tajnerem, że za sobą nie przepadają?

- Nie. Rozmawiali przecież ze sobą.

Ale Kuttin nie o wszystkim wiedział. Na przykład o rozmowach z fizjologiem, profesorem Jerzym Żołądziem.

- Ja i Łukasz Kruczek [II trener kadry] spotkałem się z profesorem po Turnieju Czterech Skoczni [Małysz wycofał się po dwóch nieudanych konkursach]. Heinz miał o to ogromny żal do Łukasza. Mówił, że spiskuje za jego plecami, że nie jest lojalny. Musiałem wziąć Łukasza w obronę. Bo to była moja inicjatywa. I ucieszyłem się kiedy usłyszałem, że Łukasz chętnie porozmawia z profesorem - jak on to widzi, czy jest w stanie nam pomóc.

Heinz nie był do końca przekonany do tego pomysłu, nie chciał współpracy z fizjologiem. To specyficzny trener. Wie bardzo dużo. I myśli, że bardzo dużo wie. A nie zawsze tak było. Jeśli chodzi o fizjologię, to nikt nie wie tego lepiej od specjalistów. Do mnie Kuttin żalu nie miał albo nigdy nie dał mi tego odczuć. A ja, tak naprawdę, nigdy się z profesorem nie pożegnałem po tym, jak odszedł z naszej grupy z psychologiem Janem Blecharzem w 2003 r. Byliśmy cały czas w kontakcie, dzwoniliśmy do siebie raz na jakiś czas.

Pożegnał się Pan z Kuttinem?

- No właśnie nie, i to mnie boli. On i Stefan Horngacher [trener kadry B] dostali zaproszenie na taką uroczystość do Wieliczki. Ona miała zakończyć współpracę z nimi i rozpocząć z Hannu Lepistoe. Niestety, Austriacy nie przyjechali.

Ostatni raz widział się Pan z Kuttinem w Planicy na koniec poprzedniego sezonu?

- Właściwie tak. W poprzednią sobotę widzieliśmy się przez moment przy okazji zawodów Letniej GP w Klingenthal. Przywitaliśmy się, porozmawialiśmy sobie sympatycznie, podziękowaliśmy za współpracę. Takiego oficjalnego pożegnania jednak nie było. Przykro, bo wtedy można się rozstać po przyjacielsku, wiele spraw wyjaśnić. Heinz tym bardziej miło mnie zaskoczył, że sam do mnie podszedł. Cieszy mnie to, że Heinz, przechodząc koło nas, nie odwraca głowy w drugą stronę. Jak Czech Pavel Mikeska, kiedy został zwolniony i zastąpił go Apoloniusz Tajner.

Pamięta Pan pierwszy kontakt z Hannu Lepistoe?

- Byłem w domu. Zadzwonił do mnie prezes Tajner. Byli na kolacji i prezes powiedział: "Dam ci do słuchawki twojego nowego trenera, możesz zamienić z nim parę słów". I po raz pierwszy porozmawiałem z Lepistoe. Rozmowa była kurtuazyjna.

Jak wygląda współpraca?

- Zupełnie inne metody, inne ćwiczenia. Zdecydowanie mniej siły, więcej dynamiki.

Miał Pan obawy, że przyjdzie starszy trener i będzie jak Mikeska: nieomylny i wszechwiedzący.

- Dokładnie. Bałem się, że Hannu, z racji wieku, sukcesów i doświadczenia, będzie miał klapki na oczach i tylko jego zdanie będzie się liczyć. A jest zupełnie inaczej. Jest otwarty, rozmawia, chce znać nasze zdanie na każdy temat. Przed ostatnimi zawodami LGP w Oberhofie powiedział Rafałowi Śliżowi, że "jesteśmy tu, aby ci pomagać, ale kiedy jesteś na skoczni, jesteś sam. Musisz wszystko sam skontrolować, wiedzieć, jak skoczyć. Kiedy skoczysz źle, ja ci powiem, dlaczego i co było błędne. Przypomnij sobie swoje najlepsze skoki, ale przede wszystkim myśl". To był szok. Hannu powiedział zawodnikowi, że ma myśleć, że wszystkiego nie zrobią za niego trenerzy.

Czyli cieszy się Pan, że jest Lepistoe?

- Tak. Trening jest bardzo fajnie rozplanowany. Jeździmy na tygodniowe zgrupowania, po czym tydzień spędzamy w domu, ćwicząc na miejscu. To ważne dla starszych zawodników, którzy mają już rodzinę. Mamy więcej czasu dla siebie i najbliższych.

Jakie błędy Pan popełnia? Co trzeba poprawić przed zimą?

- Niewiele. Cały czas pracuję nad techniką, ułożeniem ciała, rąk, wyjściem z progu. I nad tym, żeby mi się narty nie krzyżowały w locie.

Najważniejsza dla Pana jest chyba stabilność. Znowu, nawet jak skok próbny jest gorszy, to w zawodach potrafi Pan odlecieć, skoczyć bezbłędnie.

- Wcześniej skoki dobre przeplatały się ze złymi. I nigdy nie można było przewidzieć, który i kiedy będzie jaki. Teraz są stabilne i mam nadzieję, że tak będzie też zimą.

Wygrał Pan letnie GP, kiedy trenerem był Apoloniusz Tajner, kiedy przyszedł Heinz Kuttin i teraz. Jak Pan porówna zwycięstwa, szczególnie te za Kuttina i teraz, za Lepistoe?

- Każda wygrana niesie za sobą radość. Dla mnie jest ważne, że potrafię wygrywać właśnie teraz, kiedy jestem starszym zawodnikiem. Niestety, ale moment zakończenia kariery zbliża się nieuchronnie. Chcę jeszcze wielu zwycięstw. To nie jest pazerność. To jest chęć bycia dobrym, docenianym. Chcę, by moje nazwisko pozostało w pamięci ludzi, kiedy skończę skakać.

Uważa Pan, że jeszcze nie przeszedł do legendy polskiego sportu?

- Uważam, że przeszedłem. Ale głodu sukcesów jeszcze nie zaspokoiłem. Nie chcę skończyć kariery w momencie, kiedy będę skakał źle. Pałętał się gdzieś po 30. czy 40. miejscach. Ja nie jestem i nie chcę być Goldbergerem. Nie umiałbym być maskotką. Skakać słabo, ale być wiecznie uśmiechniętym, zadowolonym, imprezować. Ale też nie chciałbym skończyć jak Hannawald. Był na szczycie, szybko z niego spadł i już się nie podniósł.

Co łączy nazwiska Ichinoe, Kasai, Kiuru i Ahonen?

- Dwaj pierwsi to Japończycy, ostatni - Finowie.

Są jako jedyni z tych, co skakali w Oberhofie, starsi od Pana.

- Starsi są jeszcze Austriacy Widhoelzl i Hoellwarth oraz Japończyk Okabe. Liczyłem to po konkursie w Klingenthal.

Czuje Pan, że ten czas za szybko upływa?

- Czasem tak sobie pomyślę: "Boże, jaki ja już jestem stary". Do osiemnastki życie się dłużyło. Tak chciałem być pełnoletni, dorosły. A potem poleciało, ani się obejrzałem, a w grudniu skończę już 29 lat. Teraz chciałbym, żeby ten czas nie płynął w takim tempie.

Na skoczni wiek ma znaczenie?

- Im jestem starszy, tym więcej mam rutyny. Mniej jest strachu, respektu dla innych zawodników. Bardziej znam swoją klasę, miejsce wśród rywali.

Niemiec Aleksander Herr chce być Polakiem.

- Podchodzę do tego z przymrużeniem oka... Ja bym chciał, żeby z nami skakał. Dla polskich skoków byłoby to wielkie wsparcie. Trudno mi powiedzieć, jak odebraliby to kibice polscy i niemieccy. Jego dziadkowie byli Polakami, ale zrzekli się obywatelstwa. I to może ludzi boleć. Nie wiem, czemu on chce do nas przejść, słyszałem o jakiś konfliktach z trenerem. Ja się z nim lubię. Nigdy nie było między nami złości. Jako Niemiec był sympatyczny, przyjaźnie nastawiony.

Zdaje Pan sobie sprawę, że po letnich zwycięstwach zimą znowu będzie Pan uważany za faworyta. Poprzeczka wisi, jak zawsze nad Adamem Małyszem, wysoko.

- Chcę dobrze skakać, wykonywać wszystkie polecenia automatycznie i bezbłędnie. Wtedy sprostam oczekiwaniom.