Golf naładowany emocjami

W piątek w Irlandii rusza prestiżowy mecz między USA a Europą. 12 Amerykanów i 12 Europejczyków będzie udowadniać sobie, kto lepiej gra w golfa. Relacje w SportKlubie
Zgodnie z sięgającą lat 20. tradycją golfiści nie dostają za grę ani centa, liczy się tylko prestiż, ale występ w Ryder Cup to i tak ich największe marzenie. - Skandal! Jak tak można?! - złościł się więc Duńczyk Tomas Bjorn kilka tygodni temu, gdy do składu nie powołał go przyznający dzikie karty kapitan reprezentacji Europy Ian Woosnam (dziesięciu zawodników trafia do drużyny automatycznie z rankingów, dwóch dobiera kapitan).

Przeprosiny na piśmie

Emocje są też wśród kibiców - na żadnym innym turnieju golfowym nie jest tak głośno. Nigdzie indziej nie można zobaczyć ludzi tańczących w szale radości po udanym zagraniu. To dlatego, że Ryder Cup jest jedyną imprezą, na której golfiści nie reprezentują samych siebie i własnych kont bankowych. Grają dla drużyny, swoich krajów i kibiców. - To trochę jak powrót do college'u. Choć raz w roku możesz zachowywać się jak szczeniak i pokrzyczeć, podopingować faceta, z którym normalnie rywalizujesz - wspomina Fred Couples, zawodnik amerykańskiej reprezentacji z lat 1989-97.

Emocje udzielają się też golfistom. W 1999 r., gdy Amerykanin Justin Leonard trafił do dołka niesamowitym uderzeniem z 50 stóp, na pole wtoczył się rozradowany tłum jego kolegów, którzy nie mogli powstrzymać emocji. Nie zważali, że Jose Maria Olazabal nie skończył jeszcze gry. Hiszpan musiał czekać siedem minut, aż Amerykanie się uspokoją. "Hańba", "Wygrali i zapomnieli o zasadach" - grzmiała następnego dnia europejska prasa. Leonard przepraszał potem Olazabala na piśmie!

Pamiętny był też 1991 r., gdy w polityce było gorąco ze względu na wojnę w Zatoce Perskiej. Niektórzy Amerykanie pojawili się na ceremonii otwarcia w czapeczkach w panterkę, by podkreślić poparcie dla żołnierzy. Europejczycy byli zniesmaczeni. Oskarżyli potem Amerykanów, że celowo zmienili piłki na lżejsze, gdy grali z wiatrem. Amerykańskie gazety zauważały natomiast z przekąsem, że Hiszpan Severiano Ballesteros dostaje ataku głośnego kaszlu zawsze w tym samym momencie - gdy przeciwnik robi zamach.

Europa stawia na drużynę

Tegoroczna 36. edycja rozgrywanego co dwa lata meczu odbędzie się po raz pierwszy w Irlandii, na zaprojektowanym przez legendę golfa Arnolda Palmera polu w "K Clubie" w Straffan pod Dublinem. W Irlandii już podczas mundialu w telewizji było więcej reklam związanych z Ryder Cup niż z piłką nożną. To po prostu największe sportowe wydarzenie na wyspie od lat. Dla klubów golfowych goszczenie Ryder Cup jest wielkim zaszczytem, dlatego ostro walczą o organizację. Prawa do Pucharu są rozdane do 2020 r., i już można rezerwować bilety na mecz, który odbędzie się za 14 lat! Jeśli Tiger Woods utrzyma formę, to już dziś wiadomo, że jako 44-latek pojedzie wtedy do Sheboygan w stanie Wisconsin.

Faworyta w Ryder Cup zawsze wskazać trudno, ale generalna zasada jest taka, że Amerykanie mają większe gwiazdy, ich siłą jest indywidualizm, a Europa stawia na ducha drużyny - golfistów ma słabszych, ale razem stanowią zgrany zespół.

Tak samo będzie teraz. Amerykanie mają w składzie trójkę najwyżej notowaną w światowych rankingach - Tigera Woodsa, Jima Furyka i Phila Mickelsona. Ich roczne zarobki to prawie 200 mln dol. (licząc wygrane i sponsoring).

W drużynie Europy najwyżej notowany jest Hiszpan Sergio Garcia (8) i Anglik Luke Donald (10). Tak naprawdę dużo silniejszą drużynę niż Europa mogłaby zmontować Oceania wspólnie z RPA, ale Ryder Cup to tradycja, która wywodzi się z rozgrywanych od 1927 r. meczów między Amerykanami i Brytyjczykami. Pomysłodawcą był handlarz zbożem Samuel Ryder, od którego nazwiska wziął nazwę turniej.

Jedna z golfowych anegdot mówi, że dopóki Amerykanie sprawiali Brytyjczykom lanie, nikt specjalnie nie interesował się Ryder Cup (między 1935 a 1983 r. Wielka Brytania wygrała tylko raz), ale odkąd w 1985 r. manto spuszczono Amerykanom, śledzi go cały świat. Tylko w amerykańskiej telewizji rozgrywki zobaczy w tym roku ponad 60 mln widzów. - Moim zdaniem po mundialu i igrzyskach to największa sportowa impreza na świecie - mówi golfista z Irlandii Paul McGinley.

Europa radzi sobie lepiej niż nieźle. Na pięć ostatnich meczów wygrała cztery, w tym dwa ostatnie. W 2004 r. Amerykanie zostali upokorzeni - przegrali u siebie w Oakland Hills różnicą aż 9 pkt. Jeszcze nigdy w 80-letniej historii Ryder Cup nie ponieśli takiej klęski. Fatalne decyzje podejmował wówczas kapitan Amerykanów Hal Sutton, który postanowił połączyć w parę (część pojedynków na Ryder Cup gra się dwójkami) Tigera Woodsa i Phila Mickelsona. Mimo że amerykańskie media grzmiały od początku, że to błąd, Sutton uparł się, że nieprzepadający za sobą liderzy nauczą się wreszcie współpracować. Nie nauczyli się i obecny kapitan Amerykanów Tom Lehman musiał już wiele miesięcy temu przysięgać dziennikarzom, że nie będzie łączył w parę Woodsa i Mickelsona.

Woods załatwi 170 mln

Największą gwiazdą medialną będzie oczywiście Woods. Ekonomiści szacują, że tylko dzięki jego wizycie przemysł golfowy na Wyspach Brytyjskich dostanie zastrzyk dodatkowych 170 mln funtów. Zadziała tzw. efekt Tigera - fani będą wydawać więcej na gadżety i sprzęt, a golfiści amatorzy zagrają jedną rundkę więcej. Na Wyspach jest 700 tys. członków klubów i "jedna rundka więcej" oznacza ok. 14 mln funtów. Prawa telewizyjne i radiowe do relacji z Ryder Cup sprzedano za 52 mln funtów.

Kilka lat temu Woods zasugerował, że skoro Ryder Cup to taki świetny biznes, to może golfiści powinni jednak dostać coś dla siebie. Rozpętała się wielka awantura, Europejczycy zagrozili bojkotem, a Woods musiał się potem tłumaczyć, że źle go zrozumiano. - Tylko głośno się zastanawiałem, teoretyzowałem, poza tym i tak oddałbym wszystko na cele charytatywne - kajał się potem najbogatszy sportowiec świata. Zrozumiał, że przesadził, że do tradycji i emocji, jakie towarzyszą Ryder Cup, lepiej nie mieszać dolarów.

W tym roku ma być spokojniej. Wszystko przez piątą rocznicę zamachów z 11 września i to, że w obu ekipach są żałobnicy. Tiger Woods stracił w tym roku ojca, a Darren Clarke z Irlandii Północnej - żonę. "Prawdopodobnie będziemy świadkami najbardziej cywilizowanego Ryder Cup w historii. Może nie zobaczymy nawet jednej awantury" - napisała jedna z amerykańskich gazet.