Nastula: Albo ja jego, albo on mnie

- Pride to zupełnie inna bajka niż judo. Na ring wychodzi dwóch ludzi, obaj chcą wygrać i znają reguły - wszystko dozwolone. No, nie wszystko, bo nie wolno bić poniżej pasa czy wkładać palców w oczy. Ale kopać leżącego rywala wolno jak najbardziej
Zobacz Pawła Nastulę w wygranej walce Pride (Youtube)

Kiedy zobaczyliśmy jego pojedynki, a zwłaszcza ostatni, zwycięski, pomyśleliśmy - to nie może być prawda. Paweł Nastula to legenda judo. Niepokonany od lutego 1994 do marca 1998 r. zwyciężył 200 rywali, zdobywając wszystko, co było do zdobycia - dwa razy był mistrzem świata, trzy razy mistrzem Europy, a w Atlancie mistrzem olimpijskim. Ten idol, wojownik szlachetnej sztuki judo, siedział teraz okrakiem na przeciwniku, który nie mógł ochronić się od ciosu, choć żałośnie próbował, i dosłownie wbijał mu pięść w czoło, policzki, okładał, gdzie popadło...

Z trudem wytrzymaliśmy, patrząc na to. Pytanie, jak wytrzymał to przeciwnik? Otóż dość łatwo, bo minutę później w identycznej pozie leżał Nastula i to on próbował uniknąć nieuniknionego - ciosów pięści ledwo otulonej skromniutką rękawicą.

Krzysztof Kosedowski, brązowy medalista igrzysk w Moskwie, uczy Nastulę boksować. Judoka poprosił go o pomoc przed pierwszą walką. - Włączyliśmy telewizor i zaczęliśmy oglądać walki Pride. Przy pierwszej zaniemówiłem. Jak wrócił mi głos, powiedziałem: "Paweł, k...a, to jest rzeźnia!". Ale to jego decyzja, więc pomagam mu - opowiada Kosedowski.

Pride może wciągnąć nie tylko z powodu towarzyszącej wyjściom na ring adrenaliny. Przed pierwszą walką na lotnisko przyjechało po Nastulę kilka osób z zespołu Takata Dojo, na konferencji prasowej było ponad 50 dziennikarzy, transmisja na żywo szła w telewizji. - W tym samym czasie do Tokio przyjechał polski premier. Telewizje dały o tym kilkusekundowe informacje, o Pawle szły godzinne programy - mówi Kosedowski. - W wieczór walki w Sitamie [hala w Tokio] było 80 tys. osób. Poszedłem na trybuny. Gdy zobaczyłem te tłumy, usłyszałem głos spikera, zobaczyłem ring, to nogi się pode mną ugięły, włosy stanęły mi dęba. Atmosfera była po prostu zabójcza.

A Paweł nie poszedł na trybuny? - zapytaliśmy Kosedowskiego. - Nie. Spokojnie siedział w szatni i czekał.

Radosław Leniarski, Michał Pol: Łatwo było zdjąć symbolicznie judogę i zerwać z dyscypliną, którą uprawiał Pan 25 lat?

Paweł Nastula: - To była bardzo dramatyczna decyzja. Podjąłem ją z ciężkim sercem. Judo było całym moim życiem. Nawet kiedy zacząłem przegrywać i ludzie pytali, dlaczego dalej to ciągnę, odpowiadałem, że po prostu bardzo lubię judo. Ale kiedy nie zakwalifikowałem się do igrzysk w Atenach, coś we mnie pękło. Zabrakło mi paru punktów w turniejach kwalifikacyjnych. Gdybym wygrał turniej w Tbilisi, pojechałbym, ale w finale miałem za przeciwnika Azera, więc walka była nie do wygrania. Mogłem jechać do Aten z dziką kartą, którą organizatorzy daliby mi jako byłemu mistrzowi olimpijskiemu. Ale uznałem, że skoro nie zakwalifikowałem się na tatami, to nie ma co jechać. Wyjazd dla wyjazdu bez szans na medal mnie nie interesował. Skończyłem z judo. Tyle że trenowałem sobie we własnym klubie.

Aż przyszła propozycja ze stajni Pride z Japonii. Zastanawiałem się miesiąc. Wiedziałem, co to jest, bo walki oglądałem już wcześniej. Nie byłem pewien, czy nie jestem za stary, żeby uczyć się nowych rzeczy. Bo jeśli miałem się do tego brać, to po to, żeby wygrywać. Nie umiałbym wziąć kasy i po prostu odbębnić tych parę walk. Pojechaliśmy z żoną na pierwsze rozmowy do Japonii, żeby i ona zobaczyła, o co chodzi. Na szczęście trafiliśmy na bardzo spokojne walki, więc nie miała nic przeciwko. No i walczę w Pride. Było ciężko, ale nie żałuję. Zamiast siedzieć w kapciach przed telewizorem i pić piwko, przedłużyłem sportową przygodę.

A po tej pierwszej walce z brazylijskim mistrzem Nogueirą, który siedział na Panu okrakiem i bił Pana po twarzy, żona nie namawiała, żeby więcej Pan tego nie robił?

- Pewnie, że wolałaby, żebym to ja był zawsze na górze, ale ma do mnie zaufanie. Skoro uważam, że jestem na siłach, żeby walczyć, to należy mi na to pozwolić.

Po takim laniu nie miał Pan ochoty zerwać kontraktu?

- Wręcz przeciwnie, nabrałem jeszcze większej ochoty. Bukmacherzy typowali, że wytrzymam 30 s, a ja biłem się siedem minut. Przez pierwszych pięć miałem przewagę, ale przez brak doświadczenia zabrakło mi sił. Po tej walce zaczynałem rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Zacząłem więcej trenować, ale trochę z tym przesadziłem. Za ambitny jestem i zarzynam się na treningach.

Najbliższa walka w październiku w Las Vegas. Czy będzie się różnić od tych japońskich?

- W Japonii wszystko jest ekstremalne. Walka odbywa się w trzech rundach, z których pierwsza trwa 10 min, a dwie po pięć. W USA wszystkie trzy rundy trwają pięć minut, co mnie jako byłemu judoce pasuje o wiele bardziej. Poza tym w USA generalnie wolno mniej niż w Japonii. Nie znam jeszcze wszystkich szczegółów, ale np. nie wolno kopać leżącego. To dla mnie lepiej.

Lepiej, bo nikt Pana nie kopnie, jak Pan będzie na deskach, czy dlatego, że to Panu ciężko kopać rywala w takiej sytuacji?

- Powiem tak: szykuję się do tej walki w Vegas, jakby miała się odbyć w Japonii. Czyli z kopaniem i całą resztą. Jak będą ograniczenia, to się będę ograniczał.

Unika Pan odpowiedzi, a my chcemy wiedzieć, czy judoce, który przez całą karierę postępował według reguły Jiguro Kano "ustąp, aby zwyciężyć", łatwo przemóc się, żeby bez pardonu kopać w twarz leżącego rywala?

- Pride to rzeczywiście zupełnie inna bajka niż judo. Patrzę na to, w co się teraz bawię, tak: na ring wychodzi dwóch ludzi, obaj chcą wygrać i znają reguły - wszystko dozwolone. No, nie wszystko, bo w Pride nie wolno jednak uderzać głową, zadawać ciosów poniżej pasa czy wkładać palców w oczy. Ale kopać wolno. Zaczyna się walka i albo ja jego, albo on mnie.

Więc wyobraźmy sobie, że rywal już leży na deskach i co? Kopnie go Pan, ot tak? I nic, żadnego zawahania?

- Nie mówię, że to łatwe. Ale pracuję na treningach, żeby podczas walki żadnej blokady nie było. Kiedy tak sobie tu rozmawiamy, to rzeczywiście ciężko zadeklarować - skopię leżącego człowieka. Ale podczas walki nie może być chwili wahania. Musi być impuls - pach, pach.

I tu na treningach w warszawskim Nastula Fitness Klub kopie Pan w twarz sparingpartnerów? To skąd Pan bierze chętnych do sparowania?

- Ja ich walę, a oni walą mnie. Wszystko po to, żeby później nie zastanawiać się podczas walki. Bo ja się będę zastanawiał, a mój rywal nie, i po chwili będzie po walce, a ja na deskach. Miałem już trzy walki i wiem, jak to wygląda.

Jak oglądaliśmy tę pierwszą z Brazylijczykiem Nogueirą, ciarki szły po plecach. On siedział na Panu okrakiem i walił w twarz bez opamiętania...

- Pierwsza walka była najgorsza. Nie wiedziałem jeszcze, "jak to się je". Byłem po trzech miesiącach treningów i nie bardzo wszystko łapałem. A moim rywalem był numer 2 w światowym rankingu. Naprawdę mocny facet. Często oglądam tę walkę i widzę, że właśnie brakowało mi bicia w parterze. Ciężko uwolnić się od nawyków nabytych przez 25 lat uprawiania judo, że w parterze natychmiast przechodzi się do trzymania. Przegrałem przez te nawyki i barierę, której nie byłem w stanie przekroczyć - uderzać leżącego rywala. Dziś uderzyłbym bez zastanowienia. Zaszła we mnie zmiana, którą najlepiej widać, porównując tę pierwszą walkę z trzecią, wygraną. Dużo biję i w każdej pozycji.

Co Pan musi dołożyć do judo, żeby stać się dobrym zawodnikiem w Pride? Więcej boksu, karate, sambo, brazylijskiego dżiu-dżitsu?

- Wszystkiego po trochu. Cały czas uczę się boksowania w stójce, bicia i obrony nogami. Chwytów nogami w parterze i obrony przed nimi. Znane mi z judo duszenie i dźwignie musiałem zmodyfikować, bo bijemy się nie w judogach, ale samych spodenkach. Spocone, śliskie ciało wymyka się z rąk, ciężko założyć uchwyt w parterze.

Ale przede wszystkim musiałem jednak dołożyć wytrzymałość i umiejętne rozkładanie sił. Runda trwająca 10 min to prawdziwa makabra. Kto przeszarżuje z siłami, ten polegnie. Tak było ze mną w pierwszej i drugiej walce. Wychodziłem i przez pierwsze pięć minut jechałem na maksa. I na drugie pięć nie miałem siły, byłem bez szans, żeby choć dotrwać do końca. Odpłynąłem w siódmej minucie. To straszne uczucie. Człowiek chce walczyć, ale nie ma jak. Nie czułem nawet bólu, byłem tylko potwornie zmęczony. Teraz wiem, że trzeba było zwolnić, złapać oddech, odpocząć. I za chwilę ponowić atak. A Nogueira to doświadczony wojownik - kiedy ja traciłem siły, odpoczywał. Teraz i ja ćwiczę tę umiejętność. I pracuję nad kondycją, żeby wytrzymać 20 min.

Czyli jest Pan teraz o wiele bardziej wytrzymały niż wtedy, kiedy zdobywał Pan mistrzostwo świata i olimpijskie w judo? Jest Pan w stanie np. biegać więcej niż wówczas?

- Ja w ogóle nie biegam. Nie lubię. Wytrzymałość wyrabiam w ringu poprzez walki. Tak jest najlepiej. Bieg jest fajny, ale na dotlenienie się. Czy jestem silniejszy niż w czasie igrzysk w Atlancie? Powiem tak. Niedawno byłem na obozie judo w Cetniewie. Biłem się w parterze po 10-12 walk i nic, zero zmęczenia, podczas gdy inni umierali. Patrzę na judoków i widzę, że oni są spięci przez całą walkę. Ja się już tak nie napinam. Ciągnę, kiedy trzeba, ale kiedy trzeba, odpoczywam.

Nie spinał się Pan, bo w judo nie musiał Pan walczyć o życie jak w Pride.

- Bez przesady z tą walką o życie. Pride jest po prostu bardzo widowiskowa. Zobaczycie, że wkrótce dołączy do rodziny sportów olimpijskich. Nie ryzykujemy aż tak bardzo zdrowiem, jak to się powszechnie wydaje. Z bliska nasze walki nie są aż tak brutalne. Sędziowie natychmiast przerywają pojedynek, jeśli w jego trakcie pojawi się niebezpieczeństwo kontuzji. Podczas walki czuwa nad zawodnikami aż siedmiu lekarzy. Przechodzimy bardzo dokładne badania głowy przed dopuszczeniem do pojedynku i po nim, a także testy na AIDS i żółtaczkę.

W Pride walczą mistrzowie kung fu, karate, sambo, brazylijskiego dżiu-dżitsu, byli zapaśnicy i bokserzy. Pan jako były judoka ma w tym towarzystwie łatwiej czy trudniej?

- Zależy od człowieka. Jak ktoś był słaby w którejkolwiek z tych dyscyplin, to i w Pride będzie słaby. Ale generalnie najmniej szans mają bokserzy. Umieją walczyć tylko powyżej pasa, a parter mają bardzo słaby...

Andrzej Gołota poniżej pasa był dobry...

- Ale czy na ziemi też dałby sobie radę?

O, na deskach też potrafił być efektowny...

- W boksie wystarczą trzy-cztery lata treningów, żeby zacząć odnosić sukcesy. Judo wymaga lat pracy i zbierania doświadczenia. O wiele łatwiej judoce, zapaśnikowi czy innemu "chwytaczowi" nauczyć się boksować, niż bokserowi zakładać dźwignie w parterze. Zwłaszcza że w Pride nie ma wielkiego boksowania. Ja właśnie w trzeciej walce miałem za przeciwnika byłego boksera i od razu ściągnąłem go do parteru. Ale są wyjątki, np. Mirko Krokop, mistrz świata w kickboksingu, został znokautowany w stójce przez byłego zapaśnika Kevina Randellmana. A w rewanżu Krokop "zadusił" Randellmana w parterze.

Rozpoczął Pan przygodę z Pride od dwóch porażek. Każdy, kto zaczyna, jest skazany na porażki?

- Raczej nie ma tu gościa, który nigdy nie przegrał. Mój przypadek był wyjątkowy, bo trafiłem do Pride jako były mistrz świata w judo, a tytuł wywalczyłem w Japonii. Byłem więc tam dość znany. Nie dano mi więc stopniowo wchodzić w dyscyplinę, nie zaczynałem od zawodników na moim poziomie, tylko od razu rzucono mnie na głęboką wodę. Uznali, że nie wypada, żeby mistrz walczył z kimś słabym. Stąd pierwsza walka z numerem 2 w rankingu. I dobrze. Teraz wiem, że nic gorszego mnie już nie spotka.

Ma Pan 36 lat. Jak długo zamierza Pan jeszcze walczyć?

- Wiek to nie problem, bo wielu zawodników jest po "40". Pytanie, czy po tych pięciu zakontraktowanych walkach będę miał jeszcze ochotę na następne. Tyle lat już walczę, trzeba wiedzieć, kiedy przestać. Po pierwsze, to kwestia motywacji. Po drugie, zdrowia, bo niby jest OK, kontuzje mnie omijają, ale człowiek wstaje codziennie rano i wszystko go boli. Zaczekam, jak wypadną te dwie ostatnie walki. Jeśli uznam, że robię postępy, pomyślę co dalej. Musi być też wola moich japońskich promotorów. Na razie wszystkie walki bardzo im się podobały. Bo dla fanów Pride nie tylko samo zwycięstwo jest ważne, ale styl. Można przegrać, jak ja - dwukrotnie, ale wszyscy widzieli, że nie unikałem walki, szukałem jej. Oni to doceniają. Były mistrz olimpijski w zapasach ważący 140 kg Roullon Gardner, pogromca sławnego Aleksandra Karelina, stoczył w Pride jedną walkę. Pokonał Japończyka Yoshidę. Ale nic nie pokazał, przestał ją prawie całą, więc mu podziękowali.

Pieniądze też będą chyba motywacją?

- Nie najważniejszą. Ja po tych pięciu walkach jestem wystarczająco usatysfakcjonowany finansowo. I jeśli nie będę czuł wewnętrznej woli walki, żadne pieniądze mnie do niej nie zmuszą. Jeśli nie będę miał sił przygotować się najlepiej, jak umiem, nie wyjdę na ring, bo ryzykowałbym wówczas zdrowie.

PRIDE FC

walka w ringu 7 x 7 metrów

pierwsza runda 10 minut, druga i trzecia po 5 minut, pomiędzy rundami są 2 minutowe przerwy

Kategorie wagowe: do 93 kg i powyżej 93 kg, organizowane są też walki wszech wag, gdzie nie ma podziału na kategorie

Wygrywa się przez:

- poddanie się przeciwnika przy dźwigni lub w dowolnym momencie walki

- nokaut - (chwilowa) utrata przytomności

- nokaut techniczny - niezdolność do walki z powodu kontuzji (orzeka o tym lekarz)

- decyzję arbitra, np. gdy przewaga jednego z zawodników okazała się zbyt duża

- rzut ręcznika przez sekundanta (też forma poddania się)

- dyskwalifikację przeciwnika - trzy żółte kartki

- na punkty - punkty przyznawane przez trzech sędziów. Punktowane są: agresywność, urazy zadane przeciwnikowi, kombinacje ciosów i kontrola na ziemi, różnica wag.

Poza bardzo rzadkimi walkami na specjalnych regułach nie ma możliwości rozstrzygnięcia walki przez remis.

Zabronione

- Atakowanie krocza

- Uderzenia łokciami w głowę

- Uderzenia głową

- Atakowanie oczu przeciwnika

- Ciągnięcie za włosy

- Gryzienie

- Wkładanie palców do ust lub nosa

- Kopanie lub uderzanie rękoma w tył głowy przeciwnika i kark

- Dźwignie na małe stawy (dozwolone atakowanie co najmniej czterech palców rąk lub nóg)

- Wyrzucanie przeciwnika poza ring

- Uciekanie poza ring

- Przytrzymywanie lin

- Kopanie przeciwnika, który leży twarzą do ziemi, w głowę

- Stosowanie olejków i innych substancji