Rafał Stec: Najbardziej znienawidzeni piłkarze świata

Chelsea. Chelsea Londyn, wypchana mamoną zabawka Romana Abramowicza. Zapomnijcie o gwiazdach, zapierających dech golach, epickich triumfach, wyprzedzających epokę trenerach. Potęgę drużyny mierzy się intensywnością nienawiści, jaką wzbudza w przeciwnikach, wspierających ich sponsorach, kibicach. Nienawiści i zawiści, które łatwo ugasić, o ile portfel nie chudnie, jeśli wysupłać zeń kilkadziesiąt milionów.
Rozumie to doskonale Alex Ferguson, trener sugerujący nie tak znowu dawno temu, że wrogość osaczająca zewsząd jego niezwyciężony wówczas Manchester United nie pozostawia wątpliwości, iż przeszedł do historii, budując zespół wart honorowego futbolowego Nobla. Niby - objaśniał - wszyscy życzyli mu możliwie najgorzej, ale w rzeczywistości skrycie marzyli, by się do jego projektu przyłączyć. Przede wszystkim piłkarze śnili o założeniu koszulki "Czerwonych Diabłów", wyobrażając sobie, jak to jest strzelać gole dla ludzi z Old Trafford. Dla klubu najbogatszego, oferującego najwyższe pensje, przez półtorej dekady nieschodzącego z podium Premier League, rozpoznawalnego nawet wśród przedstawicieli ludów tak egzotycznych, że zakrywających opaskami podbrzusza tylko w chwilach wymagających stroju szczególnie wykwintnego. Man United to marka jak Coca-Cola - dowodziły sondaże w rejonach wokółrównikowych.

Cudowne lata trwałyby w nieskończoność, czyli po ostatnie dni kadencji Fidela Castro, Listkiewicza i Turkmenbaszy razem wziętych, gdyby w Londynie nie wylądował Abramowicz. Można zżymać się na jego transferową bezceremonialność i zuchwałość, na jego zarobione na podejrzanej rosyjskiej prywatyzacji ruble, ale nieuchronność historycznej prawdy nakazuje też zawołać - przed nim nie było w piłce nożnej osobnika, który by bezczelnie ogłosił, że od jutra będzie rządził futbolowym światem, i nazajutrz rzeczywiście władzę objął. Że wygrywa? Że rusza właśnie po trzecie mistrzostwo Anglii z rzędu, czego zdołały dokonać ledwie cztery drużyny? Nic to, cuda wyczyniano efektowniejsze, ale Chelsea wyrywa gwiazdy wszystkim potentatom (Ballacka - Bayernowi, Szewczenkę - Milanowi, prawdopodobnie Cole'a - Arsenalowi), a MU wręcz z perwersyjną zawziętością upokarza (właśnie sprzątnęła mu sprzed nosa Jona Obi Mikela, czyli młokosa wartego 23 mln euro, a wcześniej m.in. Essiena i Robbena). Zebrała drużynę tak mocną, że szefowie Premier League już się martwią, czy rozpoczynająca się - jak typują - dekada notorycznych triumfów londyńczyków nie ugodzi w atrakcyjność rozgrywek, zniechęcając reklamodawców.

Takie pytania padają coraz częściej, a wynajdywanie powodów, dla których pieniądze Abramowicza miałyby rzekomo uśmiercić piłkę nożną, staje się coraz natrętniej uporczywe i coraz bardziej powszechne. Wspomniani działacze wyrywają włosy z głów, tworząc czarne wizje przyszłości nudnej i nieprzyciągającej wielkich pieniędzy, bo zdominowanej przez jeden klub, tymczasem właśnie sprzedali prawa do ligi na Wielką Brytanię za 2,5 mld funtów. Przebili poprzedni kontrakt o 66 proc., mimo że Chelsea pozostaje poza konkurencją od dwóch lat. Tendencja nieustająco wzrostowa utrzymuje się zresztą od kilkunastu sezonów, choć wcześniej mieliśmy "nudę" hegemonii Manchesteru Utd, ewentualnie jego wyścigi z Arsenalem.

Mnie nie chce się wierzyć, że londyńczycy europejską (ich aspiracje sięgają daleko poza Wyspy) piłkę zdominują, i to nie dlatego, że wypatruję interwencji Putina, która Abramowicza umieści w tym samym łagrze, co Chodorkowskiego. Po prostu drużynę tworzy jedenastu graczy i trener, więc nawet rosyjski miliarder nie skupi wszystkich największych, a największych starczy dziś, w epoce wytrenowanych do biologicznych granic Terminatorów, na znacznie więcej zespołów zbliżających się w kopaniu piłki do perfekcji. Owszem, szeroka kadra to atut niepodlegający dyskusji, ale już np. w Lidze Mistrzów, w której decydują pojedyncze wieczory, niewystarczający. Weźmy miniony sezon, kiedy do finału dobrnął Arsenal, czyli klub w swej filozofii stanowiący przeciwieństwo Chelsea. Trener Wenger wielokrotnie odmawiał przecież ściągnięcia piłkarza jego zdaniem zbyt drogiego, choć prezes przekonywał, że pieniądze ma, ba, że chętnie je wyda. Mourinho oporów nie ma, a niedawno publicznie chlapnął: "Tak, wiem, że przepłacamy, ale szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to. To nie moje pieniądze".

Po takim wyznaniu niby wiadomo - Chelsea kupuje zwycięstwa i basta - ale będę się upierał, że o jej wyższości przesądza jednak know-how i Jose Mourinho. Przecież tego lata np. więcej w nowych piłkarzy zainwestował Inter Mediolan (170 mln euro), choć mało kto z tego sobie zdaje sprawę, bo kluby zazwyczaj podają kwotę wykupu bez szczegółów podpisanych kontraktów. Przecież włoski potentat od lat wysysa fortunę z własnego Abramowicza - Massimo Morattiego, ale nie tylko w europejskich pucharach nie wynika z tego nic. Przecież jeśli londyńczycy pozyskali bezcennego Claude'a Makelele, to dlatego że skromnej podwyżki pożałował mu szastający milionami Real Madryt. Przecież Petr Cech markę wyrobił sobie dopiero w Chelsea, która kupiła go, gdy na rynku tłoczyli się bramkarze bardziej szanowani. Przecież piłkarzami emblematami na Stamford Bridge pozostają Terry i Lampard, a obaj ostali się jeszcze z ery przed Abramowiczem. I są dowodem, że Chelsea to jednak nie zgraja parweniuszy, lecz drużyna z duszą, której charakter oni - nieustępliwi, niezmordowani i niezniszczalni - sami ucieleśniają.

I każą szukać nowego sensu w tzw. starej piłkarskiej prawdzie, że pieniądze nie grają. Nie grają, bo nie gwarantują zwycięstw, ale jeśli tak, to niemądrze byłoby spoglądać na Terry'ego, Lamparda i Szewczenkę jak na plik banknotów. To zapracowani ludzie z ambicjami wykraczającymi poza wielocyfrowe czeki, którzy zostali wybitnymi sportowcami nie dlatego, że talent kupił im Roman Abramowicz.

Liczby ligi angielskiej

362

transferów, czyli wszystkie dokonane przez kluby Premier League od stycznia 2004, obejmie śledztwo, które ma wykazać, czy nielegalnych zysków nie czerpali z nich trenerzy

40

procent zysków z każdego meczu Arsenalu przyniesie na nowym stadionie sama tylko loża dla najbogatszych kibiców

7

lat spędzi fan Arsenalu na liście oczekujących na Srebrne Członkostwo, jeśli ma już zwykłe, Czerwone Członkostwo, ale chce zdobywać bilety na więcej meczów. Za samo oczekiwanie co roku zapłaci 50 euro