Tiger Woods - w imię ojca

Tiger Woods rozpłakał się jak małe dziecko na oczach świata. Płakał, bo jego ojciec Earl nie zobaczył, jak wygrywa 11. turniej Wielkiego Szlema. W maju umarł na raka
Woods wygrał w niedzielę British Open, jeden z czterech tzw. majors, czyli najważniejszych turniejów golfowych (pozostałe to Masters, US Open i PGA Championship). Z wynikiem 270 (18 poniżej par) wyprzedził o dwa uderzenia Amerykanina Chrisa DiMarco i Erniego Elsa z RPA. To był 11. wygrany major Woodsa. Na liście najlepszych golfistów w historii awansował na drugie miejsce. Dzieli je z grającym jeszcze przed wojną Walterem Hagenem. Lepszy jest już tylko legendarny Jack Nicklaus, który w latach 1962-86 wygrał 18 majors.

Po ostatnim uderzeniu Woods padł w objęcia swojego caddie (pomocnik, który nosi kije) Steve'a Williamsa i rozpłakał się jak małe dziecko. Świat zobaczył po raz pierwszy, jak zarabiająca 80 mln dol. rocznie największa ikona współczesnego sporu zalała się łzami.

Woods nie płakał ze szczęścia. Słynie z perfekcyjnego panowania nad emocjami. Płakał, bo jego ojciec Earl nie zobaczył tego zwycięstwa. Zmarł w maju na raka prostaty. Tiger wiedział, że 74-letni Earl umiera, i chciał osłodzić mu ostatnie chwile jeszcze jednym ważnym triumfem. Nie udało się, bo Woods przegrał kwietniowy Masters - turniej, o którym Earl mawiał, że jest najpiękniejszy, bo "odbywa się w scenerii, jakby sam Pan Bóg ją namalował". Potem przegrał też US Open.

Udało się dopiero w Anglii. - To zwycięstwo jest dla ciebie, tato - powiedział więc wzruszony Woods w niedzielę.

Ojciec był dla niego kimś wyjątkowym. Earl Woods, Afroamerykanin z domieszką krwi indiańskiej i chińskiej, w młodości był niezłym baseballistą, jednym z pierwszych czarnych, którzy dostali się do drużyny w college'u. Miał propozycję gry z zawodowcami, ale odrzucił ją, bo chciał skończyć studia. Był ambitny. - Nie miałem w młodości sportowego idola, najbliżej był Joe Louis [słynny bokser], ale był niewykształcony - mówił Earl. To on wymyślił przydomek "Tiger" dla swojego syna z drugiego małżeństwa. Woods junior w rzeczywistości ma bowiem na imię Eldrick. "Tygrys" - tak wołano na południowowietnamskiego generała Vuong Dang Phonga, z którym Earl Woods zaprzyjaźnił się podczas wojny w Wietnamie. Earl służył w zielonych beretach, brał udział w wielu niebezpiecznych akcjach, zajmował się też przesłuchiwaniem więźniów. Złośliwi twierdzili, że zdobytą wiedzę socjotechniczną wykorzystał potem, szkoląc syna.

Tiger Woods to bowiem szczegółowo zaplanowana inwestycja. O tym, że syn zostanie najlepszym golfistą świata, Earl zdecydował już, zanim ten się narodził. Kijem nauczył go machać w wieku trzech lat. Gdy Tiger miał ich osiem, występował już w telewizyjnym show o cudownych dzieciach i wygrywał turnieje z dziesięciolatkami. Gdy był jeszcze niemowlakiem, ojciec puszczał mu też płyty jazzowe, bo to "ostatnia kreatywna dziedzina sztuki".

Temat golfisty wszech czasów wyhodowanego przez ojca jest wałkowany w USA od lat. Jedni twierdzą, że Earl zrobił z Tigera robota, inni - że Woods junior ma po prostu niebywały talent. - Nigdy nie traktowałem syna jak dziecka, traktowałem go jak równego sobie - mówił Earl. Obrażał się, gdy porównywano go do despotycznych rodziców, np. Stefano Capriatiego, ojca tenisistki Jennifer. - Nie wychowywałem Tigera na mistrza, wychowywałem go na dobrego człowieka - mówił w wywiadzie dla "Golf Digest" w 2001 r. Był jednak z syna bardzo dumny. - Wiecie, na czym polega fenomen Tigera? On kocha rywalizację, gdyby miał wystartować w zawodach na to, kto szybciej wypije szklankę wody, też byłby faworytem - mawiał Earl Woods. - Bardzo za nim tęsknię. Szkoda, że tego nie widział. Na pewno by się uśmiechnął. Rozpłakałem się, bo uświadomiłem sobie, że już nigdy nie zobaczy, jak wygrywam - powiedział w niedzielę Tiger.