Biały Anioł

Z niektórych chłopaków zrobiłem milionerów. Rozmowa z Włodzimierzem Lubańskim
Jaki jest Paweł Janas?

Dobry kolega. Grałem z nim tylko raz, w moim meczu pożegnalnym z Czechosłowacją w 1980 roku. Tylko on grał z tyłu, a ja z przodu. Teraz to się odwróciło: ja jestem z tyłu, a on z przodu.

Postawił na młodych zawodników.

Paweł zapowiadał, że jego kryterium będzie forma, a nie zasługi. Tak zrobił. I wolał zapobiec konfliktom. Gdyby Dudek, Kłos czy Frankowski nie znaleźli się w pierwszym składzie, byłby kwas w zespole.

Ciężko się siedzi doświadczonemu zawodnikowi na ławce?

Widziałem to na mistrzostwach świata w Korei i Japonii. Jacek Zieliński czy Czarek Kucharski z głową spuszczoną, bez uśmiechu. Przykro było patrzeć.

A jak się Panu siedziało na ławce w 1978 roku na mundialu w Argentynie?

Źle.

I co Pan z tą złością robił?

Walczyłem sam ze sobą. Szedłem na pole golfowe i wbijałem piłkę do dołka. Albo zbieraliśmy się w kilku niegrających i robiliśmy zakłady o dolara, żeby było chociaż trochę rywalizacji, adrenaliny. Ale nie mąciłem w zespole. Jak były napięcia - pamiętam jak Zbyszek Boniek i Kaziu Deyna o mało co nie pobili się przy stole pingpongowym - sam je rozładowywałem.

Miał Pan żal do trenera Jacka Gmocha?

Pomogłem mu w awansie na mistrzostwa, bo jak trzeba było wygrać mecz z Danią w Kopenhadze, to strzeliłem dwie bramki. Nie chciałem jechać za zasługi, tylko po to, żeby grać. Ale trener postawił na młodych zawodników - Iwana, Nawałkę.

Któregoś ranka spacerowaliśmy po polach golfowych i Jacek w luźnej rozmowie powiedział, że po testach psychologicznych okazało się, że ja nie mogę grać z Szarmachem. Mnie zamurowało, bo do tej pory grałem z dobrym skutkiem z Andrzejem. I w Górniku Zabrze, i w reprezentacji. A te testy wyglądały tak: przyszła pani psycholog na zgrupowanie i rozdała pytania. Wiem, że niektórzy zawodnicy odpowiadali bez czytania: jedno pytanie "tak", drugie "nie". W końcu Gmoch mnie posadził na ławkę rezerwowych, a Andrzeja Szarmacha... na trybuny. Ale to już historia.

W ostatnim, przegranym meczu z Brazylią (1:3) jednak Pan zagrał.

Poszedłem do Jacka i mówię: "Pozwól mi chociaż skończyć te mistrzostwa na boisku". Wpuścił mnie na ostatnie 20 minut za Zbyszka Bońka. Ale i tak czułem już, że jestem poza głównym trzonem zespołu. A wcześniej byłem kapitanem tej reprezentacji, prowadziłem ją do sukcesów. Wszystko się załamało w meczu z Anglikami.

6 czerwca 1973 roku, niemal równo 23 lata temu, graliśmy z Anglią mecz eliminacyjny. W 47. minucie strzelił Pan bramkę na 2:0 (i tak się mecz zakończył). A siedem minut później starł się Pan z Royem McFarlandem. Nie żałuje Pan tej akcji?

Kontuzji doznałem wcześniej, na treningu Górnika, po pechowym wślizgu Jerzego Gorgonia. Przed meczem miałem siniaka na kolanie, pudrowaliśmy go z masażystą, żeby Anglicy nie widzieli słabego punktu.

Gdybym mógł cofnąć czas, to w trakcie meczu zrobiłbym to samo. Nie unikałbym walki z McFarlandem, to nie była jego wina. Nieszczęście polegało na tym, że w drugim kroku stanąłem na nierówności i siadło mi kolano. To był wypadek przy pracy.

Zawieźli Pana do szpitala. Lekarze oglądali akurat mecz w telewizji.

Obejrzeli kolano: było opuchnięte, bolało. Założyli mi tylko szynę gipsową, zawiązali i odesłali z powrotem na stadion. Żadnego zdjęcia, skanera, czegokolwiek.

Nie protestowałem, bo mnie też najbardziej interesował mecz, a nie noga.

Dotarłem do szatni, kiedy koledzy się jeszcze przebierali. Wziąłem prysznic - z tym gipsem - ubrałem się. I znajomy odwiózł mnie do domu samochodem. Dopiero następnego dnia obejrzał mnie lekarz klubowy. Noga była już jak bania.

Po dwóch tygodniach operacja w Piekarach Śląskich. I rehabilitacja.

Byłem rozżalony. Ratowało mnie, że postawiłem sobie cel: jak najszybciej wrócić na boisko. Na sali sportowej w Zabrzu zakładałem na biodra ośmiokilogramową kamizelkę. I godzinami robiłem ćwiczenia: wieloskoki, skoki przez płotki, przez konia, skakanka. Grażynka, moja żona, mierzyła mi czas kolejnych powtórzeń: półtorej, dwie, trzy minuty. Wszystko w tej ciężkiej kamizelce. Jak ją zdejmowałem, to ciągnęło mnie do góry, jakbym był aniołem.

Taki trening robiłem trzy razy w tygodniu. A następnego dnia rozbieganie na gibkość.

Wrócił Pan na boisko, ale noga ciągle bolała.

Po meczu Górnika powiedziałem w szatni, że kończę karierę. Ale był tam wiceminister górnictwa i huknął: "Jak nie potrafią cię tu wyleczyć, to pojedziesz jutro do Wiednia". Powiedziałem, że pojadę, ale z lekarzem klubowym. Następnego dnia przywieźli mi paszport, bilet. Na dworcu w Wiedniu odebrał nas pracownik przedstawicielstwa górniczego i zawiózł do kliniki profesora Schwingera. Nasz lekarz mówił po niemiecku, powiedział, co się stało. Profesor złapał moje kolano, poruszał i mówi od razu: "Uszkodzona łękotka". Zrobił zdjęcia i stwierdził, że trzeba operować.

W Polsce mi mówili, że wszystko jest w porządku, tylko jestem zablokowany psychicznie.

Operacja miała trwać pół godziny. Więc jak obudziłem się po pięciu godzinach, to wiedziałem, że coś było nie w porządku. Przez te swoje ćwiczenia z obciążeniem tak zniszczyłem kolano, że zrobiła mi się narośl kostna wielkości złotówki. Trzeba było spiłować.

Kto za to wszystko płacił?

Ministerstwo Górnictwa. Ludzie żartowali, że ministerstwo musi sprzedać kilka ton węgla więcej, żeby opłacić moją operację.

Czy czuł się Pan pupilkiem systemu?

Pupilkiem? Ja czułem się po prostu częścią systemu.

Chociaż do partii nie należałem. Mówiłem: "Dajcie mi spokój, ja jestem sportowcem".

Co Pan myślał o tym w 1980 roku, kiedy powstała "Solidarność"?

Wtedy byliśmy już w Belgii. Dziś widzę, że ten wybuch niezadowolenia społeczeństwa wcześniej czy później musiał nastąpić. Ale wtedy ani tego nie rozumiałem, ani nie doceniałem.

A co dziś myśli Pan o Peerelu?

My, sportowcy, byliśmy uprzywilejowani w stosunku do zwykłych obywateli. Ale z drugiej strony czy te przywileje były wystarczające wobec naszych talentów i tego, co z siebie dawaliśmy?

Górnik Zabrze, Legia Warszawa zdobywały laury międzynarodowe. Graliśmy z Manchesterem United, Manchesterem City: oni za 10 tys. dolarów, a my za 10.

Mundial '74 w Niemczech oglądał Pan w Wiedniu.

Tak, z żoną i znajomymi. Oglądaliśmy transmisje po niemiecku w telewizji. Z dużymi emocjami.

A nie z żalem?

Nie. Ja się czułem, jakbym tam z nimi był. Żal był potem, kiedy chłopcy osiągnęli sukces. Mówiłem sobie: "Szkoda, że mnie tam nie było. Może gdybym dołożył swoją cegiełkę, bylibyśmy mistrzami świata". Ale w czasie meczów byłem kibicem, tylko specjalnym, bo ich czułem. Krzyczeliśmy do telewizora, po każdej bramce była lampka wina. A przed meczem z Argentyną założyłem się z kimś o parę złotych monet, że wygramy. Do dziś mam te monety w domu.

Mecz z Niemcami, przegrana w półfinale 0:1 na boisku zamienionym w bajoro?

Był wyrównany, mieliśmy sytuacje bramkowe. Sepp Maier obronił w końcówce parę strzałów Kazia Kmiecika. Mogliśmy strzelić bramkę, ale często trochę więcej szczęścia ma gospodarz mistrzostw. Nie lubię tylko narzekania na warunki atmosferyczne, bo te były takie same dla nas i dla nich.

Ominęły Pana korzyści.

Chłopcy na pewno coś za mistrzostwa świata zarobili. A ja zostałem wynagrodzony złotym zegarkiem, który wręczył mi kierownik zespołu po mistrzostwach świata. Bo Polak z Niemiec, który podarował zawodnikom zegarki, wręczył o jeden więcej dla tego, "którego nie ma, a powinien być".

Cztery lata później na mundialu w Argentynie Pan zarobił?

Tak. Ale tu było dużo nieporozumień finansowych. Grupa starszych zawodników pytała przed wyjazdem kierownictwo, jakie apanaże są przewidziane za wyjście z grupy, za przejście następnej fazy. Do wyjazdu ta sprawa nie została wyjaśniona. Dopiero na miejscu nam powiedziano, za ile gramy.

Ale najbardziej przykra była sprawa sprzętu sportowego. Przed mistrzostwami Grzesiu Lato, Janek Tomaszewski i śp. Kaziu Deyna pojechali do Niemiec wybrać w Adidasie buty, getry, ubrania. Okazało się potem, że gatunkowo otrzymaliśmy dużo gorsze rzeczy, niż oni wybrali. A różnicę - bodajże 25 tys. dolarów, wówczas sumę gigantyczną - władze związku miały otrzymać w Argentynie w gotówce. I z tego nam mieli wypłacać premie za mecze. Zaczęły się kwasy.

W Argentynie zajęliśmy miejsce 5.-6., co przyjęto jako porażkę.

Dziś byśmy to wzięli w ciemno. Dla mnie ważny był jednak sukces, że znów dobrze grałem w tych krótkich momentach, kiedy trener wpuszczał mnie na boisko. Nie miałem już takiej swobody w zwodach, ale rekompensowałem to innymi mięśniami. Czułem w nogach, że to nie jest to co przedtem. Ale uwziąłem się, że wrócę do poziomu reprezentacyjnego.

Jak się zaczęło Pana granie w piłkę?

Ojciec był prezesem Górnika Sośnica, trzecioligowego klubu z miasteczka, w którym się urodziłem. Jeździliśmy na mecze ciężarówką, po bokach były ławki zbite z desek. Imponowało mi, jak zawodnicy się ubierali w koszulki, getry, jak wychodzili na boisko - jak herosi.

Miałem z osiem lat, kiedy zacząłem kopać piłkę. Potrafiłem po pięć, sześć godzin samemu uderzać piłką w ścianę, żonglować. To była dla mnie najlepsza rozrywka.

A mama nie mówiła: Włodek do lekcji?

Nie, tylko mówiła, żeby od czasu do czasu zjeść kanapkę, bo byłem bardzo wychudzony. Lekcje musiałem odrobić, dopiero wtedy dostawałem pozwolenie, żeby pójść pograć.

W Technikum Ceramicznym w Gliwicach zdobył Pan zawód?

Miałem staże w cegielni. Wypalałem z cegły. Wie pan, najpierw wlewa się glinkę do formy. Później się wyjmuje i przenosi do suszarni, może być też suszarnia naturalna na słońcu. A później wypalaliśmy w piecu. Potem jeszcze chłodzenie i można budować.

To jest trochę tak jak z budowaniem reprezentacji kraju. Nie wystarczy, żeby kilka cegieł było pięknych, tylko wszystkie muszą do siebie pasować.

Na tę szkołę namówił mnie mój pierwszy trener Jerzy Cich, który był tam nauczycielem rysunku technicznego. To mi pomogło, bo kiedy od 17. roku życia grałem w reprezentacji, to w szkole pozwalali mi zdawać egzaminy w późniejszym terminie.

A kiedy wybrał Pan zawód piłkarza?

Bardzo wcześnie. Jak miałem osiem lat, powiedziałem babci i mamie, że będę piłkarzem, i to jednym z najlepszych.

Kiedy miałem 12 lat, jeździłem z ojcem do Zabrza na mecze Górnika. Któregoś razu rozeszło się, że piłkarz Górnika Zabrze bierze ślub w Sośnicy. To był Stefan Floreński. Ernest Pol przyjechał pod kościół ifą, a wtedy w Sośnicy były z dwa samochody. Z kolegami przycupnęliśmy w krzakach. Ci piłkarze wydawali mi się jacyś inni, wyżsi, lepsi. Pomyślałem: "Dlaczego nie mogę być taki?".

Ale na początku nie chcieli Pana przyjąć do trampkarzy, bo był Pan za młody.

Musiałem przerobić legitymację szkolną. Ale szybko się okazało, że już potrafiłem grać w piłkę, w jednym meczu strzelałem po osiem, dziewięć bramek.

Potem trenowałem w GKS Gliwice i w jednym sezonie awansowałem z trampkarzy do juniorów, a stamtąd do seniorów. Profesor Cich przywiózł mi wtedy z NRD korki na podeszwie gumowej. To była rewelacja. Cały zespół oglądał je z każdej strony. Ale po treningu byłem tak zmęczony, że przysnąłem w autobusie. I wyszedłem na przystanku bez tych butów. W domu się rozpłakałem. Bo nawet się w tych butach nie nagrałem, miałem je krócej niż tydzień.

Kiedy miał Pan 16 lat, kupili Pana do Górnika Zabrze. Rzeczywiście w trzech pokojach siedziały delegacje trzech klubów i przebijały się ofertami?

Rozeszło się, że jest zdolny junior. Poważne oferty złożyły Zagłębie Sosnowiec, Polonia Bytom i Górnik Zabrze. Wracam ze szkoły, a tu w każdym pokoju siedzi inna delegacja, ja z mamą w kuchni. Bo jak działacze Zagłębia pokazali rodzicom 100 tys. złotych w walizce, to mama uciekła do kuchni, krzycząc: "Rany Boga, co tu się dzieje!". Tata zachował spokój, rozmawiał z każdą delegacją. Ja wolałem Polonię Bytom. Ale na stadion Górnika miałem 20 minut, mogłem przejść przez lasek i byłem na stadionie.

Zdecydował w końcu wiceminister górnictwa Porąbka. Widocznie działacze Górnika Zabrze mieli do niego najlepsze dojścia. Wiceminister wezwał mojego ojca na rozmowę i dał mu do zrozumienia, że jeśli on nadal chce być sztygarem w kopalni, to lepiej, żeby syn wybrał Górnika. To była zresztą słuszna decyzja, trafiłem do świetnego klubu, dobrze zorganizowanego i z takimi piłkarzami jak Ernest Pol, Stasiu Oślizło czy Zygfryd Szołtysik.

Górnik zapłacił mniej, niż proponowało Zagłębie, 40 tys. złotych.

Pieniądze nie były najważniejsze. Górnik zapłacił rodzicom jednorazową zapomogę "na zagospodarowanie syna". 40 tys. złotych to były trzyletnie przeciętne zarobki. Rodzice to wpłacili na moją książeczkę, a część wydaliśmy: kupili mi lepsze łóżko, meble do pokoju.

A samochód?

Później. Dopiero jak miałem 18 lat, zacząłem myśleć o samochodzie. To był fiat 124 z przydziału.

Byłem kontuzjowany, jakieś pachwinowe dolegliwości, a graliśmy na Polonii Bytom. Nie chciałem grać, ale dyrektor zjednoczenia mówi, żebym zagrał, bo ma dla mnie nie-spodziankę. Zachęcił mnie do gry, w 30 minut strzeliłem dwie bramki, potem zszedłem. Po meczu do szatni wszedł dyrektor i wręczył mi przydział. Trzeba jeszcze było za to zapłacić, przydały się pieniądze z książeczki.

Fiat był jasnoniebieski. Trzy lata później jechaliśmy nim z żoną do ślubu.

Jak się poznaliście?

Zaraz po maturze, u znajomych. Grażynka nie wiedziała absolutnie nic o piłce. Dopiero od znajomych dowiedziała się, że jestem znanym piłkarzem. Kiedy ze sobą chodziliśmy i jej rodzina zaczęła oglądać mecze, to babcia się dziwiła, dlaczego wszyscy biegają za jedną piłką, skoro mogliby dostać każdy swoją.

Na weselu Pan się długo nie pobawił.

Następnego dnia graliśmy ze Śląskiem Wrocław. Zaprosiłem najbliższych kolegów z zespołu. Był Musiałek, Szołtysik i trener Kalocsai. Wszyscy się bawią, zbliża się godzina jedenasta, a trener wstaje, pokazuje na nas trzech i mówi: "Do łóżka". Dobrze, że pozwolił żonę zabrać ze sobą. Goście zostali do rana, trener zaprosił wszystkich na mecz, a po meczu były poprawiny.

Ze Śląskiem zagrałem dobrze, bramkę strzeliłem.

Kiedy strzelanie bramek stało się dla Pana rutyną?

Cały czas było przyjemnością. Potrafiłem na treningach sam bawić się przed bramką, wyprowadzać ją i uderzać w światło bramki, w jeden róg, drugi, trzeci. Mocno, żeby się siateczka zatrzęsła. Tak przez pół godziny. W trampkarzach, juniorach, seniorach - to była ta sama przyjemność.

Chociaż takie przeżycie jak strzelenie bramki w ostatniej minucie meczu z AS Roma, ten dreszczyk, to rozładowanie emocji... Naprawdę ekstra.

Awansowaliśmy dzięki temu do finału Pucharu Zdobywców Pucharów.

A gdyby mógł Pan zamienić bramkę na 2:0 z 47. minuty w meczu z Anglią w 1973 roku na to, żeby w 54. minucie nie odnieść tamtej kontuzji?

Niczego bym w życiu nie zamienił. Zresztą gdybym nie strzelił i gdyby Anglicy wyrównali, to pewnie byśmy nie pojechali na mistrzostwa świata.

Naprawdę by Pan niczego w życiu nie zamienił? Mógł Pan grać w Realu Madryt!

Ale historia ułożyła się inaczej. Przez Helenio Hererę, który prowadził AS Romę, zostałem zaproszony w 1970 roku do Szwajcarii na mecz reprezentacji Europy z Ameryką Południową. Bardzo dobrze mi się grało z piłkarzami Realu Amancio i Velasquezem. Oni po meczu zapytali, czy nie chciałbym przyjść do Realu. Ja im nie umiałem odpowiedzieć, bo nie znałem języka, więc im pokazywałem takiego ludzika z dłoni na stole, że nawet pieszo bym przyszedł. Tak bardzo chciałem. Ale że mała szansa, bo mnie nie puszczą.

Amancio z Velasquezem zrobili, co trzeba, namówili prezesa Realu. On przyjechał do Warszawy, rozmawiał z Ministerstwem Sportu i w KC PZPR, oferował milion dolarów. Wrócił z niczym. Ale ja się o tym dowiedziałem dopiero po latach.

Nie myślał Pan nigdy, żeby zostać na Zachodzie?

Przemyśliwaliśmy o tym z Grażyną. Najbliżej tej decyzji było, jak w 1971 roku pojechałem do Rotterdamu rozmawiać z Feyenoordem. Wywalczyłem paszport - przynieśli mi go w końcu do szatni po meczu z Legią - i pojechałem na dziesięć dni na rozmowy w Holandii. Do Feyenoordu dołączyły się Ajax Amsterdam i Anderlecht Bruksela. Ostatnia oferta była najpoważniejsza, miałem zarabiać rocznie

250 tys. dolarów netto plus różne apanaże. A wtedy w Polsce zarabiało się 250 dolarów rocznie.

A Pan ile zarabiał?

Trochę więcej niż ojciec w kopalni. Pensji górniczej 2 tys. plus 600 złotych miesięcznie dożywiania, diety na mecze zagraniczne po 10-15 dolarów. Propozycja Anderlechtu była dla mnie astronomiczna. Ale baliśmy się, że nawet jak pozwolą mojej żonie wyjechać, to nie puszczą nas w trójkę, a mieliśmy już córkę Małgosię. Więc musiałem wrócić. Tak było, nie zmienimy tego.

Żył Pan z tej górniczej pensji? Nie wierzę.

Oczywiście, że nie. Dolarowych diet się nie wydawało, bo mieliśmy też swojego kucharza. Te dolary potem po czarnorynkowym kursie wymieniali nam w Polsce znajomi. A wyjazdów było sporo, Górnik był często zapraszany na turnieje w Ameryce Południowej. Za mecz dostawaliśmy po 10-12 dolarów, ale tych meczów graliśmy dziesięć. A jeśli tamtejszy menedżer miał gest, to za tytuł króla strzelców turnieju mogłem dostać

50 albo 100 dolarów.

A piłek albo butów za dolary nie sprzedawaliście?

Nie, tylko kryształy. Przed wyjazdem do Kolumbii dostaliśmy cynk, że dobrze sprzedają się tam kryształy. Cały zespół wyładował sobie bagaż ręczny kryształami, torby były tak ciężkie, że ręce nam się wydłużały. Jeden z kolegów znalazł jakiegoś biznesmena, który chciał wszystkie te kryształy kupić. Zebraliśmy wszystko; te kryształy zajęły połowę pokoju hotelowego. Przebicie było nie-złe - za kryształ płaciliśmy w Polsce 5 dolarów, a dostawaliśmy za niego 25.

Woziło się też wódkę, po pięć, dziesięć butelek. Butelka kosztowała tutaj dolara, a dostawaliśmy za nią 5-6 dolarów. Jak przyjeżdżała drużyna, to ludzie, często mieszkający tam Polacy, wiedzieli, że można kupić wódkę.

I jeszcze woziliśmy kawior, też dobrze schodził.

Kawior skąd?

Z wyjazdów do ZSRR. Bo tam nam płacili w rublach transferowych, trzeba się ich było na miejscu pozbyć, bo to nic nie było warte. Przywoziliśmy więc kawior.

Kiedy Pan zarobił pierwsze większe pieniądze na piłce?

W 1972 roku za złoty medal olimpijski dostaliśmy po 60 tys. złotych plus 600 dolarów. W Monachium kupiłem za to żółtą beemkę. Dla uczestników igrzysk była wtedy zniżka, chyba ze 30 procent. Kolega mi przywiózł ten samochód, bo my przylecieliśmy samolotem i mieliśmy bankiet na stadionie Legii z władzami sportowymi i kibicami. A dzień później było przyjęcie państwowe, Edward Gierek, Piotr Jaroszewicz. Dostałem wtedy Krzyż Kawalerski za złoty medal olimpijski. Atmosfera była bardzo sztywna.

Mieliśmy malutkie mieszkanko, 50 metrów kwadratowych. Górnik Zabrze mi pomógł to mieszkanko dostać. Gazety wtedy pisały, że Lubański ma taką chałupę, że może po niej jeździć rowerem. A rower to ja mogłem tylko na podwórzu postawić, bo tak było w domu ciasno.

Z sąsiadami żyliśmy dobrze, jeden poprosił mnie na chrzestnego. Byłem jednym z wielu.

Przecież był Pan gwiazdą!

Nie chciałem się wyróżniać na osiedlu. Ja chciałem się wyróżniać na boisku.

Po meczu Górnika z Manchesterem City w 1971 roku dostał Pan przydomek Biały Anioł. Bo jako jedyny nie ubrudził Pan ubrania.

Miałem wtedy kontuzję kostki, zagrałem, bo trener mnie poprosił. Grałem przeciętnie, ale poświęciłem się dla dobra drużyny. A potem mi zarzucili, że się oszczędzałem.

Kiedy ogląda się stare mecze, to widać, że wszyscy piłkarze są szczupli i delikatni jak baletnice.

Piłka zrobiła się szybsza, bardziej agresywna. Dziś w futbolu potrzeba więcej siły i mocniejszego przygotowania fizycznego.

A jak Biały Anioł odnalazłby się w dzisiejszej piłce?

Dobrze. Baza piłkarska jest ta sama - technika. Resztę bym sobie do tego dopracował.

W 1975 roku pozwolono Panu wreszcie wyjechać.

Dostałem pozwolenie na wyjazd podpisane przez działaczy Górnika Zabrze. Napisali, że mogę wyjechać "ze względu na nieodwracalne zmiany zdrowotne". Jak miałem z takim świstkiem dostać dobry kontrakt?

Najpierw były kontakty z AS Monaco. Zostaliśmy z małżonką w Monako zaproszeni przez wiceprezesa, księcia Rainiera III. Oni chcieli mnie zaangażować, ale w trakcie naszych rozmów ówczesny prezes podpisał kontrakt z Argentyńczykiem i nie było już miejsca dla kolejnego obcokrajowca. Poważną propozycję złożyło za to belgijskie Lokeren, gdzie trenerem był Czech Ladislav Novak. I to mnie przekonało, że przynajmniej z trenerem będę się mógł porozumieć.

Proponowali też rozsądne warunki finansowe: 40 tys. dolarów za podpis i co najmniej drugie tyle pensji rocznie. Nam to wtedy wystarczało, chociaż wiadomo, że gdybym był zdrowy, to mówilibyśmy o zupełnie innych pieniądzach i innym klubie.

Do końca wstydziłem się im pokazać to pismo od Górnika z uzasadnieniem o zmianach zdrowotnych. W końcu ich przekonałem, że musieli mi wystawić coś takiego, żebym dostał zgodę na wyjazd z Polski.

W pierwszej wersji było "ze względu na warunki klimatyczne".

Bo najpierw chodziło o wyjazd do Monako. Mówiłem, że tam jest ładna pogoda, chcę się odbudować fizycznie i psychicznie. A później się okazało, że mam pojechać do zimnej Belgii. W Ministerstwie Sportu powstał opór, trzeba było zmienić uzasadnienie zgody na wyjazd.

W ogóle ta rozmowa była dla mnie szokująca. Przyszedłem do ministra sportu i po ludzku mówię: "Panie ministrze, straciłem wiele rzeczy, nie byłem na mistrzostwach świata, chciałbym wyjechać". A on mi w pewnym momencie: "A co towarzysze w Moskwie na to powiedzą?". Mówię: "Nie wiem. A czy to takie ważne?". On mi wtedy: "Jest pan wzorem dla młodzieży".

Byłem zszokowany.

Nawet wtedy nie obudził się w Panu antykomunista?

Nie, ale byłem zaskoczony. Bo spodziewałem się innej odpowiedzi: "Dobra, jakoś to załatwimy". A on mi o towarzyszach w Moskwie.

A propos, jestem jedynym polskim sportowcem odznaczonym tytułem Mistrza Sportów Związku Radzieckiego. Kubański bokser, czeski łyżwiarz, bułgarska gimnastyczka, węgierski dziesięcioboista, reprezentanci demoludów, w tym ja, zostaliśmy zaproszeni w czasie obchodów 50. rocznicy Wielkiej Rewolucji Październikowej i uhonorowani.

Jest Pan z tego dumny?

Wtedy czułem się wyróżniony. Jako sportowiec, reprezentant Polski.

Jak było na początku w Lokeren?

Bardzo ciężko - życiowo i sportowo. Nie znaliśmy kompletnie języka. Córka codziennie wracała z przedszkola z płaczem. A sportowo się nie wiodło, bo na początku bolało mnie jednak kolano, a wymagania wobec mnie były duże. Dopiero profesor Martens, do dziś jeden z najlepszych ortopedów na świecie, wstrzyknął mi środek na odbudowę maziówki, czyli - mówiąc prościej - "naoliwił" to kolano. Po trzech miesiącach wróciłem do formy, strzeliłem 17 bramek. Jak się zaczęło układać sportowo, to i życiowo: pojawili się nowi znajomi, przyjaciele.

A język?

Złapałem po roku wśród kolegów, znajomych. Córka mówiła po flamandzku już w grudniu. Najdłużej uczyła się żona, bo siedziała w domu - z telewizji, z gazet.

Co jeszcze było trudne?

Wszystko. Zakupy - chodziliśmy początkowo tylko do domów towarowych, bo tam nie musieliśmy o nic pytać, tylko braliśmy z półki to, co potrzebne. Albo inne zwyczaje. Nieraz popełniliśmy faux pas, bo przyszliśmy do kogoś z wizytą bez zapowiedzi. Wtedy w Polsce ludzie nie mieli telefonów, więc się spontanicznie do kogoś szło. A tam musieliśmy się nauczyć, że trzeba zadzwonić i uprzedzić.

Wasze dzieci czują się Polakami?

Tak. Małgosia chodziła do szkoły polskiej przy ambasadzie. Grażyna ją wiozła 45 minut z Lokeren do Brukseli, lekcja trwała 45 minut i z powrotem kolejne 45.

A Michał, który urodził się już w Belgii, jest dumny z Polski. Przywozi tu kolegów i pokazuje im, jak Polska pięknieje. Jest członkiem klubu Lions, chłopaków posiadających pozycję w mieście. Mówi już, że mógłby pracować jako przewodnik w Krakowie, Oświęcimiu albo Wieliczce. Miał dziewczynę Polkę.

Dzieci są dorosłe. Michał skończył informatykę i pracuje w Brukseli. A Małgosia skończyła transport i pracuje w spedycji międzynarodowej. Oboje są czterojęzyczni: perfekt mówią po francusku, angielsku, flamandzku i po polsku.

W 1978 roku przeżył Pan zamach.

W Lokeren mieszkaliśmy początkowo w małym mieszkanku klubowym. A po mistrzostwach świata w Argentynie przenieśliśmy się do własnego domku. Ale mieliśmy tam telefon z numerem z poprzedniego mieszkania. W nocy ktoś dzwonił i pytał: "Czy to pan Lubański?". Sprawdzał, czy jestem w domu.

A w naszym poprzednim lokum mieszkał wtedy czeski trener Lokeren Vacanowski. W nocy przyszli do niego dwaj napastnicy i zaczęli strzelać, jak tylko im otworzył. On zdążył zamknąć drzwi i uciekł przez okno.

Sprawców szybko złapano.

To była grupa belgijskich nacjonalistów, którzy przemycali jakieś dziecko z Polski na Zachód, złapali ich na granicy i wsadzili do więzienia. Ta grupa chciała wziąć odwet na Polsce. A ja wtedy byłem najpopularniejszym polskim sportowcem w Belgii. Myślę, że chcieli mnie porwać. Ambasada polska wiedziała, że będzie jakaś akcja, bo dostawali od nich groźby. Ale nic nam nie powiedziała.

Dostaliśmy wtedy ochronę policyjną na tydzień. Powiedziałem, że w takich warunkach nie będę siedział w Belgii, że jadę do Polski i wrócę, jak ich złapią. Na szczęście szybko to zrobili.

Skończył Pan grać w 1986 roku. Miał pan aż 38 lat.

Natury nie okłamiemy, byłem coraz słabszy. Ale jedno, że chciałem się jeszcze ruszać, pozostać aktywnym, a drugie, że chciałem zarobić.

Kończąc karierę w Lokeren, otrzymałem ofertę z Valenciennes, francuskiego klubu drugoligowego. Miałem motywację finansową, bo oferowali dobre warunki. I sportową, bo stwierdziłem, że na tym poziomie - piętro niżej - chciałbym jeszcze coś osiągnąć. I zostałem królem strzelców z 28 bramkami w sezonie.

Ostatni mecz rozegrałem w Racing Mechelen, tam już byłem trenerem. W jednym meczu brakowało nam zawodników, a że ja jeszcze miałem kartę zawodniczą, to się sam zmieniłem. Te ostatnie 45 minut na boisku wspominam jako zupełnie przyzwoite, miałem asystę przy bramce.

Był Pan dobrym trenerem?

Początkowo na pewno nie, bo bardziej patrzyłem na grę jako piłkarz, a mniej jako trener. Motywacja, rozmowa z piłkarzem były OK. Ale nie potrafiłem ogarnąć drużyny jako całości, nie zwracałem uwagi na błędy w ustawieniu. Dziś warsztat mam dużo szerszy.

Rozkręcał Pan interes.

Pod koniec kariery zainwestowaliśmy w kawiarnię. Najgorsza inwestycja życia. W remont budynku włożyliśmy 60 tys. dolarów. Trzy lata to ciągnęliśmy, ja jeszcze grałem, Grażyna siedziała z personelem. Potem wyjeżdżaliśmy do Francji i musieliśmy kawiarnię sprzedać za 15 tys. dolarów.

Dużo Pan zarobił na piłce?

Nie. Postawiliśmy dom, mamy komfort życiowy. Ale trzeba zarabiać, żeby żyć na poziomie.

Przez 13 lat był Pan menedżerem.

Koledzy namówili mnie, żebym zrobił licencję menedżerską FIFA. Była potrzebna gwarancja bankowa na 250 tys. franków szwajcarskich. Dom, samochód, oszczędności - uzbierało się tyle.

Potem musiałem zdać egzaminy ze znajomości przepisów transferowych. Dostałem licencję i zacząłem pracować. Na rynku polskim, potem ukraińskim, belgijskim.

Na czym polega ta praca?

Kluby mówią, że potrzebują zawodnika na jakąś pozycję. Czasem klub się zgłasza, czasem ja pytam w klubach. I szukam odpowiedniego gracza. Kandydatów szukałem głównie w Polsce, śledziłem mecze ligowe, też w telewizji, bo od paru lat mamy na satelicie polskie programy. Jeździłem na mecze reprezentacji młodzieżowych. Podchodziłem do zawodnika i proponowałem mu współpracę menedżerską.

Szukał Pan drugiego Lubańskiego? Grającego podobnie?

Na pewno wśród napastników szukałem takich, którzy umieją się dobrze ruszać, strzelić bramkę. Tylko ciężko takich znaleźć.

Największy diament?

Tomasz Radziński, Polak z Kanady, który sam się do mnie zgłosił. Z niczego doprowadziłem go do niezłego poziomu europejskiego. Szybki, zwrotny napastnik. Gdyby nie grał kiedyś w młodzieżówce Kanady, byłby wzmocnieniem dla naszej reprezentacji. Mieszkał nawet u nas przez sześć miesięcy, trenowałem z nim, graliśmy jeden na jednego albo w siatkonogę.

Próbowałem go umieścić w Lokeren, ale tam go nie chcieli. Wziął go Germinal Elsener, a teraz gra w Fullham. Ale to już po zakończeniu naszego kontraktu, na ostatnie transfery do Anglii prowadził go ktoś inny.

Który zawód najcięższy: piłkarza, trenera czy menedżera?

Piłkarza. To wysiłek fizyczny, odpowiedzialność przygotowania się do zawodu. I jako aktor musi być zawsze przygotowany do widowiska.

Trener ma pracę bardziej stresującą, więcej spalania psychicznego niż fizycznego. Większą odpowiedzialność za wynik. Ale pracę w sumie lżejszą.

Menedżer musi się najeździć po świecie. Najpierw skauting, czyli wyszukiwanie piłkarzy. Potem nagrywanie ich meczów, bezpośrednio i z telewizji. Zaproszenie zainteresowanego klubu na mecz. Jeżeli zawodnik jest pod kontraktem, to ustalenie sumy odstępnego. Wymagania finansowe zawodnika. To trzeba przed rozmowami ustalić.

Umie się Pan targować?

Robiłem to dobrze. Z niektórych chłopaków zrobiłem milionerów.

Najwyższe zarobki, jakie Pan wynegocjował?

400 tys. dolarów netto za rok. Z jednej strony ja i zawodnik, z drugiej menedżer klubu.

Zaczęliśmy od 500 tys. dolarów. On, że nie mogą tyle dać. My, że nie możemy przyjść do nich za takie same pieniądze, jakie zawodnik miał dotąd w słabszym klubie. On, że ich na takie warunki nie stać. My, że wiemy, że niektórzy zawodnicy tyle zarabiają. On, że tak, ale przychodzili tu w innym okresie, na innych pozycjach. My, że nasz zawodnik jest wart takich pieniędzy.

Po półgodzinie menedżer powiedział, że jego kompetencje sięgają sumy 250 tys. dolarów, i wezwał na pomoc prezesa. Prezes mówił tak: "Ulalalala, nas na to nie stać, ulalalala, nie wiedzieliśmy, że będziesz tyle chciał". Poszli na bok, o czymś rozmawiali, coś sobie liczyli na kartce. I trochę podwyższyli sumę. A my obniżyliśmy, ale ciągle była spora różnica.

Po godzinie prezes mówi, że się nie dogadamy. To zawodnik wstaje, że niestety musimy się rozstać. Na to oni chórem: "My cię chcemy". Wróciliśmy do stołu. Udało się jeszcze dograć pewne szczegóły. Bo od pewnego czasu na Zachodzie zawodnik może 30 proc. zarobków brutto złożyć w specjalnej kasie i po 35. roku życia je odebrać, płacąc tylko 18 proc. podatku. Dokonaliśmy tu pewnych przesunięć i po godzinie kontrakt był gotowy do podpisu.

Uczestniczy Pan też w ustalaniu sumy transferowej? To nierzadko miliony dolarów.

To robi klub z klubem. Ale jeśli się ustali sprawy transferowe, można negocjować swoje prowizje.

Dam panu przykład: klub chce za zawodnika 500 tys. dolarów. Ale ja znajdę klub, który jest gotów zapłacić 600 tys. To ja mówię: OK, to ja chcę z tej sumy prowizję taką i taką. Oficjalna prowizja to jest 7 proc. od sumy transferowej. A w przypadku ustalania kontraktu zawodnika to FIFA zezwala, żeby prowizja wynosiła od 5 do 10 proc. sumy rocznych zarobków.

Dlaczego Pan zawiesił działalność menedżerską?

Teraz zawodnicy mogą współpracować z kilkoma menedżerami. Bywają nielojalni. Pracuje pan dwa lata dla zawodnika, przygotowuje wszystko, a tuż przed skonsumowaniem transferu podłącza się ktoś i zabiera panu zawodnika.

Zrobił tak Panu ktoś?

Nie, mnie się to nie zdarzyło.

Na pewno?

Opowiem o Bartoszu Karwanie.

Jego ojciec nawiązał ze mną kontakt również w 1993 roku. Ja już widziałem Bartosza na boisku Hutnika Warszawa w meczu reprezentacji młodzieżowej Polski: duże predyspozycje biegowe i dobra baza techniczna. Trafił do Anderlechtu, był tak ułożony i grzeczny, że klub był z niego bardzo zadowolony. Ale że Bartosz miał różnego rodzaju drobne kontuzje, zrobili mu badania i stwierdzili, że ma jakieś biodrowe historie, które mogą mu uniemożliwić grę na wysokim poziomie.

Próbowałem mu znaleźć kluby na Zachodzie, ale mi to nie wychodziło. Bartosz grał w GKS Katowice, potem w Legii Warszawa. Ale jego transfer do Herthy Berlin pilotował już kto inny, bo nasza umowa menedżerska wygasła.

Wcześniej umówiliśmy się z ojcem Bartosza, że kiedy syn będzie transferowany, to dostanę wynagrodzenie za te lata szukania mu zachodniego klubu. I wie pan co? Otrzymałem od ojca około 20 tys. dolarów.

Ilu piłkarzy Pan sprzedał?

Pośredniczyłem w kilkunastu transferach. Lepiej mniej, a z górnej półki. A od pół roku jestem drugim trenerem w Lokeren.

Jerzy Dudek sugerował, że nie jedzie na mistrzostwa świata przez układy trenera Pawła Janasa z menedżerami, którzy chcą wylansować nowych graczy. Co Pan o tym sądzi?

Absolutnie się z tym nie zgadzam.

Ja na mistrzostwa świata 22 lata temu nie pojechałem przez kontuzję i musiałem się nauczyć, jak z tym dalej żyć. Jurek Dudek przez decyzję trenera. Widocznie potrzebuje sobie znaleźć jakieś uzasadnienie tej decyzji.

Na co stać polską drużynę na mistrzostwach świata?

Na wyjście z grupy. Teoretycznie jesteśmy lepsi niż Kostaryka i Ekwador, gramy na poziomie zbliżonym do Niemiec. Może im jednak sprzyjać to, że są gospodarzami. A następny etap pokonać będzie trudniej, bo i Szwecja, i Anglia są od nas lepsze.

Objawi się drugi Lubański?

Chciałbym. Jestem bardzo zadowolony, że Paweł Brożek jedzie na mistrzostwa świata. To bardzo perspektywiczny zawodnik. Szybki, umie wychodzić na pozycje i strzelać bramki. Nie ma jeszcze doświadczenia, odporności psychicznej, więc zdarzają mu się słabsze mecze. Ale powinien nam dostarczyć dużo radości.